— Co
pijemy? Lubię bimber, ale tutaj berbeluchy nie podają -
zaśmiałem
się przy tym.— Umówmy się tak. Opowiadasz, ja stawiam.
Ciebie
nie interesuje co i za ile. Pijemy razem, ty opowiadasz, ja słucham,
nie
zadaję pytań. W końcu Pulicer będzie na moje
konto,
nie twoje. Stać mnie na to aby postawić akonto. Zgoda?
— Zgoda.
Zawsze padałeś na cztery łapy, ale ok. Mówisz i masz.
Zamówiłem
butelkę „krupniku” Zawsze tą wódę lubiłem choć
nigdy
nie piłem. Wiem, że to dziwne, ale tak było. Być może dlatego,
że
nigdy trunku w sklepach nie było, był smak. Teraz jest trunek
i
smak na wyciągnięcie ręki, za jedyne 20 złotych.
-Zdrowie.
Jedziemy…
-To
była jedna, ośmiogodzinna służba. Służba jak służba,
mówią,
ale nie tym razem. Niedziela, letni poranek 1976 r.
W
nadzwyczajnie zielonej, starszej części Nowej Huty jest wietrznie,
toteż
kiecki dziewczyn podfruwają, przez co zamiast sumiennie kontrolować
w
rejonie służbowym m.in. sklepy, czy kto ich czasem nie
odwiedził
poza godzinami otwarcia, chętniej zerkamy za milszymi
dla
oka, duszy i ciała „obiektami”. Cichy pomruk silnika wolno
sunącego
radiowozu
przerywa skrzecząca głosem oficera dyżurnego
radiostacja:
„Udaj
się na Centrum B, blok nr …, masz nagły zgon. Wisielec!”.
Aaa
by to murarska kreeew zalała! — zakląłem. A takimi pięknymi,
„zwiewnymi”
zjawiskami dzień się zaczął… Wchodzimy do
mieszkania.
Przez okno kuchni mignęło mi spiżowe oblicze wciąż
jeszcze
twardo stojącego na cokole towarzysza Lenina, wyraźnie —
tak
mi się zdało — mającego gdzieś wszystkich i wszystko,
szczególnie
zaś
to, co akurat zdarzyło się tutaj. Zapłakana, starsza kobieta
wskazuje
na łazienkę. Wchodzimy… Na klozecie siedzi-wisi, ubrany
w
piżamę około 50-latek. Zbudowany bardziej niż dobrze, waga —
jakieś
85—90 kg. Po przyjrzeniu się stwierdzam odkrywczo, że do
tego,
by usiadł na sedesie, brakuje mu jakieś 10 cm, czyli jeszcze
może
ok. godziny (tym bardziej rozciąga się materiał, na którym
wisi
ciało, im dłużej to trwa). „Zawiesie” przywiązał do starego
typu,
żeliwnego
górnopłuku.
Zdziwienie
nasze wzbudził fakt, że znudzony życiem powiesił
się
na tasiemce szerokości 1,5÷2 cm, jakby oddartej „po długości”
z
prześcieradła. W pałkach (obu) nie chciało nam się zmieścić,
że
takie
„sznurowadło” utrzymało tyle kilogramów.
Jak
widać, złe nie śpi i w takich momentach wykazuje się wyjątkową
usłużnością.
Po
jakimś kwadransie przyjechała grupa i chłopaki wzięli się
do
roboty. „Samobój” był ewidentny, więc Zyga (technik
kryminalistyki)
i
dochodzeniowcy uporali się ze zdarzeniem w „przyzwoitym”
czasie.
— Dlaczego
odszedł?
-Skąd
mam wiedzieć, nikt go nie pytał.
Znowu
w rejonie. Właśnie zamierzamy przystopować na drugie
śniadanie,
gdy ta sama radiostacja, tym samym głosem dyżurnego
ordynuje
kolejne zajęcia praktyczne: „Udaj się na Bohaterów Września.
Blok
nr …, piwnica — masz nagły zgon. Wisielec! Wycedziłem
przez
zęby ogólnie znane „parole non parlament”, po czym
w
drogę. Na miejscu wielu gapiów, pokazują palcami, gdzie mamy
iść.
Mój dysponent, zwykle w takich momentach wielki „co to nie
ja”,
wyprzedza mnie i prze do przodu zdecydowanym krokiem.
W
piwnicy półmrok, bo brak światła, a jedyne wpada tylko przez
niewielkie
okienko tuż przy komórce samobójcy. W otwartych
drzwiach,
zasłaniając jej wnętrze, wisi szary koc (przeszkoda dla
oczu
złodzieja). Kolega nie zatrzymując się, energicznie go odsuwa
i
równie energicznie wchodzi dalej. Nagle dostaje ruchów jak na
przyspieszonym
filmie i na krótko „daje w długą”, niemal mnie tratując.
Nie
wiedząc, że drugi znudzony życiem targnął się na nie
tuż
za kocem, najzwyczajniej zderzył się z nim i wpadł w panikę.
BoCHater
— psiakrew — pomyślałem. Zjawia się grupa. Zyga
wymownie
popatrzył na mnie, ja na niego, i z wzajemnym zrozumieniem
każdy
z nas przystępuje do swoich czynności. On „oględza”
ciało
i miejsce zdarzenia, my je zabezpieczamy. Już w końcowej
fazie
oględzin Zyga woła mnie i mówi: Pomóż mi zdjąć ciało.
Ja
je lekko uniosę, a ty tylko odwiąż pasek od rurki. Nooo… Tyyyle,
to
mogę zrobić — pomyślałem. Wlazłem na jakąś skrzynkę
i
zrobiłem, co chciał. Jednak nim zszedłem, on prosi: Słuchaj, mnie
boli
kciuk, więc jak już tam jesteś, to poluzuj mu pasek na szyi,
bo
muszę obejrzeć bruzdę wisielczą i ją sfotografować. Miałem
boja,
że hej, bom wciąż jednak nie rutyniarz, a poza tym — nie
co
dzień w takich terminach się bywa. Ale jak było odmówić?
I
co powiedzą koledzy, jeśli scykorzę? Stojąc na skrzynce, jestem
z
denatem niemal twarzą w twarz. Delikatnie poluzowuję pętlę.
W
chwili gdy „puściła”, nieboszczyk przemawia do mnie głębokim
i
przeciągłym: Yyyyyyyyy… Nie wiedziałem kiedy i jak, z walącym
serduchem,
przyspieszonym oddechem i dziwnie błyszczącymi
oczami
— znalazłem się niemal przy schodach. Niewiele brakło,
by
moje spodnie ważyły jakieś 0,5 kg więcej nim przed włożeniem,
zaś
ja sam dokładnie o tyle mniej. Och żesz ty w mordę,
Zygaaa…
Zatłukę cięęę! — przeleciało mi przez głowę. A co ów
zrobił,
że tak się stało? Ano, uniósł ciało może 5 cm, ale mimowolnie
(?)
ścisnął mu brzuch. Jako, że nie nastąpiło jeszcze stężenie
pośmiertne,
uciśnięcie przepony spowodowało wydobycie się
z
płuc będącego tam jeszcze „wdechu”, który z kolei uskutecznił
ostatnie
„zagranie” strun głosowych. Zyga — mimo bolącego
kciuka
— na moją pomoc nie mógł już liczyć. Ja zaś w sumie okazałem
się
drugim boCHaterem! -Dobra, opowiadaj dalej, ja się napiję.
Napiję
się bo nie chcę się śmiać. Wolę płakać. O… Już 13.00! Do
końca
szychty godzinka — mówię do dysponenta. Ten nie zdążył
jeszcze
skomentować mojego radosnego „O…”, gdy ta sama radiostacja,
tym
samym głosem dyżurnego znowu skrzeczy: „Udaj się na
Złotego
Wieku, park przy forcie. Masz nagły zgon. Wisielec! Przez
szybę
radiowozu pozdrowiłem dyżurnego żołniersko-szewsko-rzeźnickimi
słowy,
po czym… do parku! U pokaźnego drzewa otoczonego
co
najmniej dwumetrową kępą dość gęstych krzaków, plecami
do
„przełazu”, siedział na własnych piętach młody chłopak.
Powiesił
się
na swetrze, robiąc pętlę z jednego rękawa, drugi przywiązując
do
solidnego konara. Pod ciężarem ciała sweter z czasem tak
się
rozciągnął, że denat przeszedł z pozycji „wisząc” do
„klecząc”,
i
w końcu do „siedząc”. Miał jakieś 20 lat. Zabezpieczyliśmy
teren
i
nieliczne ślady, a po niedługim czasie zjawiła się ta sama grupa
dochodzeniowo-śledcza.
Tym razem stałem już z dala od samobójcy,
na
zewnątrz zarośli. Po oględzinach Zyga woła spomiędzy
krzów:
Adam, palec mnie… Przerwało mu wpół zdania moje donośne:
A
paszoł ty w buraki! Uważaj, żebym ci czasem nie pomógł!
Służbę
skończyłem niemal 2 godziny później, niż powinienem.
W
końcu zjem… drugie śniadanie! W domu wyłączyłem nawet zegar
z
kukułką, nie mówiąc o radiu. Bałem się, że znów usłyszę
skrzeczące:
„Udaj
się…”.
Nigdy
wcześniej ani później nie zdarzyło się, bym miał na jednej
służbie
(i to zaledwie 8-godzinnej) trzy tak dramatyczne wydarzenia.
Od
chłopaków z „siwej karetki” (przewóz zwłok) dowiedziałem
się,
że minionej doby był to w województwie 19. przypadek
samobójstwa.
Od dwóch dni wiał halny, a wtedy — co już udowodniono
— desperaci
zdecydowanie częściej i skuteczniej podejmują
próby
samobójcze.
— Po
jednym???
Wspominał
Adamsnak
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz