Byłem
zwykłym posterunkowym w maleńkiej gminie. Było nas
trzech.
Ja, jeszcze jeden posterunkowy oraz komendant Posterunku.
Pan
całą gębą. Był u nas obcy, ciężko mu było nawiązać kontakt
z
mieszkańcami. Co innego my. Znaliśmy wszystkich, rozumieliśmy
się
bez słów. Jak trzeba było, razem kręciliśmy lody. Nie zrozum
mnie
źle, ale czasami przymykaliśmy oczy na drobne szwindelki.
Teren
zalesiony to i kłusownicy byli. Zawodowców tępiliśmy, ale
biedakom
pozwalaliśmy coś „złapać”. Jak taki złapał dzika, sarnę,
to
i nam coś „skapło”. Potem flaszeczka, grill i było dobrze.
Pamiętam
taki
przypadek. Sobota. Dyżur miałem. Nagle wpada zdyszany
popapraniec
z płaczem, że jest ścigany przez nieznanych cywilów,
że
zauważyli jak podchodzi do wnyka. Udało się uciec z tym, że
mógł
zostać rozpoznany. Nie wie co robić. Mówię aby siadał i składał
zawiadomienie,
że będąc na grzybach zauważył w lesie kłusowników.
Przybiegł
aby o tym powiadomić. Spisywałem zawiadomienie
gdy
przybiegli właściwi ścigający. Zaczęło się wzajemne
oskarżanie,
krzyki, ubliżanie. Była niezła zabawa. Nie ustalili kto
kłusował,
kto ścigał. Zaproponowałem aby doszli do porozumienia
bo
nie mam ochoty i czasu na pierdoły. Praworządni podejrzewali
smród,
ale mogli mi skoczyć. O swoich wątpliwościach poinformowali
Komendanta,
a ten za dziczyzną przepadał. Żyłem z pensji więc
kurę
też czasami dostałem. Lubię rosół. Kiedyś to były rosoły. Na
surowo
mogłeś jeść. Dzisiaj, to szkoda gadać. Znacznie młodszy
jesteś
ode mnie więc nie pamiętasz listonoszy chodzących z telegramami.
Telegramami
informującymi o narodzinach, śmierci,
życzeniach
świątecznych, imieninowych itd. Mieliśmy starego listonosza.
Porządny
to był człowiek. 23—24 grudnia roznosił ostatnie
telegramy.
Wręczał papierek i składał życzenia od siebie. Jeden telegram,
jedna
pięćdziesiątka. Potem drugi telegram i druga. Odbierający
telegram
i życzenia czuli się zobowiązani do postawienia kielicha.
Po
kilku pięćdziesiątkach listonosz miał dość. Postanowił
rozwieźć
telegramy
następnego dnia. Do domu daleko a zapomniał
gdzie
rower zostawił. Wziął pierwszy lepszy i wężykiem dojechał.
Wiele
osób widziało jak pedałował. Kolega posterunkowy też
widział.
Nawet śmiał się z niego. Najważniejsze, że dojechał.
Następnego
dnia, czyli 24 grudnia, na Posterunek przyszedł właściciel
roweru.
Zgłosił kradzież. Od kiedy pracowałem w MO, nie
zdarzyło
się aby na naszym terenie dokonano tego typu kradzieży.
Kurę,
świniaka tak, ale roweru??? Kolega mówi: „Panie, jaka kradzież,
listonosz
zrobił wycieczkę i tyle. Jak tylko dojdzie do siebie,
rower
odprowadzi w miejsce skąd wziął. Idź pan do domu i czekaj
spokojnie.
Jeżeli panu się spieszy, idź pan do listonosza. Na pewno
odda”.
Rozmowę słyszał komendant. Uznał, że ma czystą sprawę.
„Złodziej”
na wyciągnięcie ręki, statystyka się poprawi, pochwalą za
profesjonalne
działania. Może jakaś nagroda? „Idziemy do listonosza”
— powiedział.
Odradzaliśmy, tłumaczyliśmy, że to bez sensu.
Niestety,
był nieprzejednany. Złodziejstwa tolerował nie będę —
powiedział.
Kazał przyjąć zgłoszenie o kradzieży a mnie iść ze sobą.
Jeszcze
po drodze tłumaczyłem, prosiłem aby nie robić sensacji, bo
sprawa
nie jest tego warta.
Wigilia
dzisiaj- mówię — dajmy spokój, narobimy zamieszania
Nie
zgodził się. Listonosz nie spał. Komendant mówi po co
przyszliśmy.
Ten
odpowiada, że mu wstyd, że właśnie szykował się do
odprowadzenia
roweru, że przeprasza. Widziałem, że zdenerwował
się
bardzo. Komendant polecił aby wziął rower i razem z nami udał
się
na Posterunek. -Tam wyjaśnimy sprawę -oświadczył. Szliśmy
w
trójkę przez całą wioskę. Listonosz potwornie zdenerwowany,
skulony,
szedł w środku prowadząc nie swój rower. Po jego prawej
stronie
dumny komendant. Ja po lewej. Niezła sensacja była. LISTONOSZ
ARESZTOWANY!!!
Wioska żyła sprawą. Po przyjściu do Posterunku
okazało
się, że zgłaszający kradzież roweru wycofał wszystko.
Poinformował
komendanta, że sprawa nie jest warta zaangażowania
tylu
osób. Od razu wiedziałem, że to robota kolegi, który przekonał
gościa
do zmiany zdania. Listonosz niesamowicie zdenerwowany,
prawie
płaczący, przeprosił, oddał rower. Komendant rozczarowany,
musiał
chłopa zwolnić. Około 17.30, gdy byliśmy po wigilijnym
kieliszku,
życzeniach świątecznych przyszła, zapłakana, żona
listonosza.
Zapytała o powód aresztowania męża. Mówimy, że po
godzinie
poszedł do domu, że nikt nie zatrzymywał itd. Torba listonosza
z
telegramami w domu a jego nie ma. Wigilia, która dla nas
się
nie zaczęła już się skończyła. Listonosza odnaleziono na skraju
lasu.
Powiesił się na pasku od spodni wykorzystując gałąź drzewa.
Nogi
w kolanach były lekko przykurczone. Dotykały ziemi. Wstyd był
silniejszy
od rozsądku
Wiesz,
mieliśmy taki miesiąc, że trafiło się nam czterech samobójców.
Kończyli
ze sobą z różnych powodów. Ja najbardziej pamiętam
listonosza.
Dziwne, dla mnie telegramu nie miał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz