niedziela, 23 lutego 2020

CO JA MOGĘ OPOWIEDZIEĆ.


Byłem zwykłym posterunkowym w maleńkiej gminie. Było nas
trzech. Ja, jeszcze jeden posterunkowy oraz komendant Posterunku.
Pan całą gębą. Był u nas obcy, ciężko mu było nawiązać kontakt
z mieszkańcami. Co innego my. Znaliśmy wszystkich, rozumieliśmy
się bez słów. Jak trzeba było, razem kręciliśmy lody. Nie zrozum
mnie źle, ale czasami przymykaliśmy oczy na drobne szwindelki.
Teren zalesiony to i kłusownicy byli. Zawodowców tępiliśmy, ale
biedakom pozwalaliśmy coś „złapać”. Jak taki złapał dzika, sarnę,
to i nam coś „skapło”. Potem flaszeczka, grill i było dobrze. Pamiętam
taki przypadek. Sobota. Dyżur miałem. Nagle wpada zdyszany
popapraniec z płaczem, że jest ścigany przez nieznanych cywilów,
że zauważyli jak podchodzi do wnyka. Udało się uciec z tym, że
mógł zostać rozpoznany. Nie wie co robić. Mówię aby siadał i składał
zawiadomienie, że będąc na grzybach zauważył w lesie kłusowników.
Przybiegł aby o tym powiadomić. Spisywałem zawiadomienie
gdy przybiegli właściwi ścigający. Zaczęło się wzajemne
oskarżanie, krzyki, ubliżanie. Była niezła zabawa. Nie ustalili kto
kłusował, kto ścigał. Zaproponowałem aby doszli do porozumienia
bo nie mam ochoty i czasu na pierdoły. Praworządni podejrzewali
smród, ale mogli mi skoczyć. O swoich wątpliwościach poinformowali
Komendanta, a ten za dziczyzną przepadał. Żyłem z pensji więc
kurę też czasami dostałem. Lubię rosół. Kiedyś to były rosoły. Na
surowo mogłeś jeść. Dzisiaj, to szkoda gadać. Znacznie młodszy
jesteś ode mnie więc nie pamiętasz listonoszy chodzących z telegramami.
Telegramami informującymi o narodzinach, śmierci,
życzeniach świątecznych, imieninowych itd. Mieliśmy starego listonosza.
Porządny to był człowiek. 23—24 grudnia roznosił ostatnie
telegramy. Wręczał papierek i składał życzenia od siebie. Jeden telegram,
jedna pięćdziesiątka. Potem drugi telegram i druga. Odbierający
telegram i życzenia czuli się zobowiązani do postawienia kielicha.
Po kilku pięćdziesiątkach listonosz miał dość. Postanowił rozwieźć
telegramy następnego dnia. Do domu daleko a zapomniał
gdzie rower zostawił. Wziął pierwszy lepszy i wężykiem dojechał.
Wiele osób widziało jak pedałował. Kolega posterunkowy też
widział. Nawet śmiał się z niego. Najważniejsze, że dojechał.
Następnego dnia, czyli 24 grudnia, na Posterunek przyszedł właściciel
roweru. Zgłosił kradzież. Od kiedy pracowałem w MO, nie
zdarzyło się aby na naszym terenie dokonano tego typu kradzieży.
Kurę, świniaka tak, ale roweru??? Kolega mówi: „Panie, jaka kradzież,
listonosz zrobił wycieczkę i tyle. Jak tylko dojdzie do siebie,
rower odprowadzi w miejsce skąd wziął. Idź pan do domu i czekaj
spokojnie. Jeżeli panu się spieszy, idź pan do listonosza. Na pewno
odda”. Rozmowę słyszał komendant. Uznał, że ma czystą sprawę.
Złodziej” na wyciągnięcie ręki, statystyka się poprawi, pochwalą za
profesjonalne działania. Może jakaś nagroda? „Idziemy do listonosza”
powiedział. Odradzaliśmy, tłumaczyliśmy, że to bez sensu.
Niestety, był nieprzejednany. Złodziejstwa tolerował nie będę —
powiedział. Kazał przyjąć zgłoszenie o kradzieży a mnie iść ze sobą.
Jeszcze po drodze tłumaczyłem, prosiłem aby nie robić sensacji, bo
sprawa nie jest tego warta.
Wigilia dzisiaj- mówię — dajmy spokój, narobimy zamieszania
Nie zgodził się. Listonosz nie spał. Komendant mówi po co przyszliśmy.
Ten odpowiada, że mu wstyd, że właśnie szykował się do
odprowadzenia roweru, że przeprasza. Widziałem, że zdenerwował
się bardzo. Komendant polecił aby wziął rower i razem z nami udał
się na Posterunek. -Tam wyjaśnimy sprawę -oświadczył. Szliśmy
w trójkę przez całą wioskę. Listonosz potwornie zdenerwowany,
skulony, szedł w środku prowadząc nie swój rower. Po jego prawej
stronie dumny komendant. Ja po lewej. Niezła sensacja była. LISTONOSZ
ARESZTOWANY!!! Wioska żyła sprawą. Po przyjściu do Posterunku
okazało się, że zgłaszający kradzież roweru wycofał wszystko.
Poinformował komendanta, że sprawa nie jest warta zaangażowania
tylu osób. Od razu wiedziałem, że to robota kolegi, który przekonał
gościa do zmiany zdania. Listonosz niesamowicie zdenerwowany,
prawie płaczący, przeprosił, oddał rower. Komendant rozczarowany,
musiał chłopa zwolnić. Około 17.30, gdy byliśmy po wigilijnym
kieliszku, życzeniach świątecznych przyszła, zapłakana, żona
listonosza. Zapytała o powód aresztowania męża. Mówimy, że po
godzinie poszedł do domu, że nikt nie zatrzymywał itd. Torba listonosza
z telegramami w domu a jego nie ma. Wigilia, która dla nas
się nie zaczęła już się skończyła. Listonosza odnaleziono na skraju
lasu. Powiesił się na pasku od spodni wykorzystując gałąź drzewa.
Nogi w kolanach były lekko przykurczone. Dotykały ziemi. Wstyd był
silniejszy od rozsądku
Wiesz, mieliśmy taki miesiąc, że trafiło się nam czterech samobójców.
Kończyli ze sobą z różnych powodów. Ja najbardziej pamiętam
listonosza. Dziwne, dla mnie telegramu nie miał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz