Wysoki,
lekko pochylony z rozbieganymi oczami, nieodłączną
laską
w prawej dłoni. Uwielbiał spacery. Mimo, że był dyrektorem
średniej
wielkości firmy, pracą się nie przejmował. Przynajmniej
takie
sprawiał wrażenie. Za biurkiem nie siedział dłużej jak do 15.
Zaraz
potem obiad w restauracji (samotny był) i spacerek po mieście.
Dziwne
to wszystko było. Firmą się nie przejmował a funkcjonowała
na
wysokich obrotach. Miał u siebie dwóch facetów po
studiach,
kilku techników, kilka ekonomistek potrafiących liczyć na
liczydle
a pozostali to lumpenproletariat. Tylko oni nie bali się dyra.
Tylko
z nimi rozmawiał jak równy z równym. Biurowe sikały w majtki
na
jego widok lub gdy prosił na dywanik. Magistrowie woleli
przebywać
w halach produkcyjnych niż za biurkiem. Chodzili upierdoleni
sadzą,
smarami, choć nie musieli. To był ich wybór. Wybrali
mniejsze
zło. Zło większe, to rozmowa z dyrektorem. Bali się go
i
koniec. Mimo, że minęło wiele lat od tamtego okresu, panowie
magistrowie
do dzisiaj dyrektora wspominają. Jeden z nich opowiadał
mi,
że na studiach nie nauczył się tyle co w tamtych czasach.
Faktem
jest, że nerwy zżarły mu 5 lat życia ale wiedzy zdobył
ogrom.
Studia to pestka, mówił. Pamięta jak dziś, gdy poszedł do
dyrektora
z problemem. To była pierwsza i ostatnia wizyta w gabinecie
przełożonego
oraz pierwszy i ostatni zawodowy problem jaki
miał.
Dyrektor przyjął inżyniera bardzo ciepło. Prosił aby usiadł,
zapytał
czy napije się wody sodowej. Wysłuchał, wstał z fotela,
poszedł
za biurko, wziął w dłoń laskę i zapytał: „Pan jest po
studiach,
tak?
Oooooo, Politechnikę pan skończył. K… wa twoja mać,
(w
tym momencie już wrzeszczał), ty do mnie z takimi problemami
przychodzisz,
tego cię na studiach nie uczyli? I laską w biurko
i
drugi raz i trzeci… Panie, uciekłem z gabinetu jak gówniarz —
opowiadał.
Poskarżył się starszemu koledze a ten mówi, że przeżył
to
samo i więcej w gabinecie dyrektora nie był. Jeśli miał problem
sięgał
po literaturę. Jak czytał, to czuł, że wiedzę zdobywa. Tak
to
się kręciło. Dyrektor zbierał nagrody. Inżynierowie także.
Wszyscy
byli
zadowoleni. Chociaż nie wszyscy. To był anonim informujący,
że
dyrektor nie ukończył żadnych studiów, że jego magisterka
to
świstek papieru zakupiony na targowisku. Szumu nie można
było
robić bo wiecie, rozumiecie… Nie byłoby zgody na ujawnienie,
że
znany i szanowany towarzysz jest oszustem. Ale sprawdziliśmy
wszystko.
Jedyny prawdziwy papier jaki miał, to świadectwo ukończenie
podstawowej
i to z cienkimi ocenami. Najniższy jaki znam,
to
trzy na szynach ze strzałką w dół. Wiem coś o tym. On miał same
trójki.
O ustaleniach powiadomiony został Komendant. Wziął papiery
ze
sobą i udał się do Komitetu Dzielnicowego partii by przedstawić
sprawę.
Po powrocie oświadczył, że w ciągu tygodnia poznamy
nowego
szefa firmy. Tak też się stało. Zanim do tego doszło, zwłoki
starego
dyrektora znaleziono w gabinecie w którym przez ładnych
osiem
lat urzędował. Siedział na dyrektorskim krześle, maksymalnie
przysuniętym
do biurka, z głową opartą o blat. Sekretarka, gdy rano
weszła
do gabinetu przekonana była, że przełożony śpi. Wcześniej
przypadki
takie nie miały miejsca, ale w życiu wszystko zdarzyć się
może.
Tak myślała. Zrobiła kawę, zaniosła do gabinetu i zaczęła
krzyczeć,
że z dyrektorem coś nie tak. Nie reagował na żadne bodźce.
Przyjechało
pogotowie, lekarz stwierdził zgon. Zawał- powiedział.
Zawsze
w nietypowych przypadkach śmierci, lekarz informuje
MO.
Tak było i tym razem. Byłem na oględzinach. Kolega sprawdzał
biurko.
W prawej, pierwszej szufladzie od góry ujawnił kilka odkręconych,
pustych
buteleczek po lekarstwie w płynie. Nie pamiętam
nazwy.
Były też dwa lub trzy opakowania po tabletkach. Kumpel
zawołał
mnie -Zobacz czego się nażarł i czym popił. Tego słoń nie
wytrzyma.
Ty też tak skończysz jak awansujesz. Sekcja potwierdziła
samobójstwo.
Nie wytrzymał końskiej dawki, zaszprycował się.
Myślę,
że powodem samobójstwa nie była informacja o odwołaniu
ze
stanowiska. Przecież wszystko zostałoby zatuszowane, bo
to
był dobry towarzysz i dobry organizator. Myślę, że bał się
ujawnienia
całej
drogi życiowej a była ona nieciekawa. Wiele lat spędził
w
więzieniu m.inn. za rozboje, oszustwa. Bał się, że znowu wróci
za
kraty a to byłoby dla niego za trudne. Gdy odszedł, miał na karku
67
lat. Przyzwyczaił się do wygodnego życia i nie chciał z niego
rezygnować.
Wybrał wolność. W jaki sposób dostał się na to stanowisko
nie
wiem. Myślę, że ktoś mu pomógł. Ktoś o takiej samej
przeszłości
jak
on i z takimi samymi papierami. Nie wiem czy tym tematem
ktoś
się zajmował. Nie interesowałem się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz