niedziela, 23 lutego 2020

POŻEGNANIE


Działkowym gospodarzem był. Szczupły, wysoki, uczynny
i drobny, działkowy złodziej. Trzeźwego widywałem rzadko. Miał
działkę po drugiej stronie alejki. Miałem więc okazję słyszeć jak
drze mordę na żonę a ona na niego. Uciekała przed nim gdy była
trzeźwa. Gdy pili razem, uciekał on. Wiele razy słyszałem jak groził,
że spali ją wraz z działkową „daczą”. Śmiała się z niego i tej jego
groźby. Śmiała się, bo straszyć potrafiła nie gorzej. Gdy ona straszyyła
unicestwieniem, bał się okropnie. Szczerze mówiąc, pasowali
do siebie.
Pewnej soboty w godzinach rannych, na swojej działce, między
krzewami, kwiatami, zauważyłem jego rower. Jak się tam dostał skoro
wszystko było pozamykane, nie wiem. Myślę, że był nieźle wstawiony
i pomylił działki. Rzucił rower przez płot i tyle. Żeby nie mylił
się więcej, nie zareagowałem na znalezione. On też nic nie mówił
mimo, że widzieliśmy się tego dnia kilka razy. Kręcił się, zaglądał
przez żywopłot, ale siedział cicho. Późnym wieczorem, poodkręcałem
w rowerze wszystkie koła a śruby zapakowane w woreczek
przywiązałem do siodełka tak, aby nie zauważył. Rower wyprowadziłem
z działki i oparłem o płot kilkadziesiąt metrów dalej. Tylko
ja wiedziałem, że koła są odkręcone. Odkręciłem dlatego bo zdawałem
sobie sprawę, że rowerek zabierał będzie w tempie ekspresowym
a przy odkręconych kółkach na pewno zaliczy szutrową alejkę
Na złodzieju czapka… Nie pomyliłem się. Następnego dnia widziałem
go z lekkimi ranami policzka. On wiedział, że to moja sprawka.
Nic nie mówił więc siedziałem cicho.
Po miesiącu od tego zdarzenia przyjeżdżam na działkę. Na alejce
kilkudziesięciu działkowców, kilku policjantów, radiowóz, karetka
pogotowia. „Dacza” gospodarza lekko nadpalona. Żona gospodarza
siedzi na krześle w ogrodzie i płacze. Była trzeźwa. Gospodarz, właściwie
zwłoki gospodarza, wiszą na sznurze wewnątrz komórki służącej
do przechowywania narzędzi. Drzwi komórki otwarte, wiatr
wieje, zwłoki obracają się powoli w jedną to w drugą stronę. Działkowicze
patrzą, komentują. Podszedłem do posterunkowego
i mówię aby zamknął drzwi, aby nie robił sensacji. Zdziwiony był,
że mi to przeszkadza. Więc dostał kilka „jobów”, drzwi zamknął
i przestał się dziwić. Po godzinie towarzystwo się rozeszło. Gospodarz
odjechał takim specjalnym samochodem w swoją przedostatnią
podróż. A JA? Wszedłem na swoją działkę, wciągnąłem świeże
powietrze, potem otworzyłem drzwi „daczy”, podłączyłem prąd,
wstawiłem wodę, siadłem w fotelu. Odechciało mi się koszenia
mimo, że po to przyjechałem. Zrobiłem kawę, którą bardzo powoli
wypiłem. O ile dobrze pamiętam, czytałem prasę. W końcu wyciągnąłem
kosiarkę, sprawdziłem olej, stan paliwa, włączyłem silnik...
Patrzę, nie wierzę. Działka skoszona. Przecieram
oczy...skoszona. Przecież nie śnię. Nie było mnie miesiąc czasu
a trawa skoszona jak nigdy dotąd. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Na sąsiedniej działce sąsiadka zrywa kwiaty. Mówię o cudzie jaki
mnie spotkał. Patrzy na mnie zdziwiona i mówi: -Jestem na działce
od trzech dni. Pańską trawę skosił wczoraj gospodarz. Mówił, że pan
go o to prosił. Chciałem zaprzeczyć, ale zrezygnowałem. Uśmiechnąłem
się, zapewne głupio, i poszedłem do siebie. Siadłem w fotelu.
Dlaczego skosił moją działkę??? Nie mogłem pojąć. Po dłuższej
chwili oświeciło mnie. ON SIĘ ZE MNĄ ŻEGNAŁ. Wiedział, że tej
nocy odejdzie. Ostatnią swoją podróż zaplanował wraz z żona. Był
bliski zrealizowania zamiaru. Myślę, że pośpiech, zdenerwowanie
zniweczyły jego plan. W komórce przygotował sznur. Potem wziął
kanister z benzyną, oblał drzwi. Podpalił. Szybko pobiegł do komórki,
wszedł na taboret, zarzucił na szyję pętlę, skoczył w nicość. Miał
pecha, bo żona nie spała. Drzemała tylko. Poczuła zapach benzyny.
Potem zobaczyła ogień. Wyskoczyła przez okno, narobiła rabanu.
Ogień ugaszono. Dużych strat nie było. Gdy gasili on dogorywał
w komórce. Wiedzieli o tym, bo brali stamtąd łopaty i wiadro. Uznali
jednak, że „dacza” ważniejsza.
Do dzisiaj nie mogę zrozumieć dlaczego mnie w to wmieszał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz