Działkowym
gospodarzem był. Szczupły, wysoki, uczynny
i
drobny, działkowy złodziej. Trzeźwego widywałem rzadko. Miał
działkę
po drugiej stronie alejki. Miałem więc okazję słyszeć jak
drze
mordę na żonę a ona na niego. Uciekała przed nim gdy była
trzeźwa.
Gdy pili razem, uciekał on. Wiele razy słyszałem jak groził,
że
spali ją wraz z działkową „daczą”. Śmiała się z niego i
tej jego
groźby.
Śmiała się, bo straszyć potrafiła nie gorzej. Gdy ona straszyyła
unicestwieniem,
bał się okropnie. Szczerze mówiąc, pasowali
do
siebie.
Pewnej
soboty w godzinach rannych, na swojej działce, między
krzewami,
kwiatami, zauważyłem jego rower. Jak się tam dostał skoro
wszystko
było pozamykane, nie wiem. Myślę, że był nieźle wstawiony
i
pomylił działki. Rzucił rower przez płot i tyle. Żeby nie mylił
się
więcej, nie zareagowałem na znalezione. On też nic nie mówił
mimo,
że widzieliśmy się tego dnia kilka razy. Kręcił się, zaglądał
przez
żywopłot, ale siedział cicho. Późnym wieczorem, poodkręcałem
w
rowerze wszystkie koła a śruby zapakowane w woreczek
przywiązałem
do siodełka tak, aby nie zauważył. Rower wyprowadziłem
z
działki i oparłem o płot kilkadziesiąt metrów dalej. Tylko
ja
wiedziałem, że koła są odkręcone. Odkręciłem dlatego bo
zdawałem
sobie
sprawę, że rowerek zabierał będzie w tempie ekspresowym
a
przy odkręconych kółkach na pewno zaliczy szutrową alejkę
Na
złodzieju czapka… Nie pomyliłem się. Następnego dnia widziałem
go
z lekkimi ranami policzka. On wiedział, że to moja sprawka.
Nic
nie mówił więc siedziałem cicho.
Po
miesiącu od tego zdarzenia przyjeżdżam na działkę. Na alejce
kilkudziesięciu
działkowców, kilku policjantów, radiowóz, karetka
pogotowia.
„Dacza” gospodarza lekko nadpalona. Żona gospodarza
siedzi
na krześle w ogrodzie i płacze. Była trzeźwa. Gospodarz,
właściwie
zwłoki
gospodarza, wiszą na sznurze wewnątrz komórki służącej
do
przechowywania narzędzi. Drzwi komórki otwarte, wiatr
wieje,
zwłoki obracają się powoli w jedną to w drugą stronę.
Działkowicze
patrzą,
komentują. Podszedłem do posterunkowego
i
mówię aby zamknął drzwi, aby nie robił sensacji. Zdziwiony był,
że
mi to przeszkadza. Więc dostał kilka „jobów”, drzwi zamknął
i
przestał się dziwić. Po godzinie towarzystwo się rozeszło.
Gospodarz
odjechał
takim specjalnym samochodem w swoją przedostatnią
podróż.
A JA? Wszedłem na swoją działkę, wciągnąłem świeże
powietrze,
potem otworzyłem drzwi „daczy”, podłączyłem prąd,
wstawiłem
wodę, siadłem w fotelu. Odechciało mi się koszenia
mimo,
że po to przyjechałem. Zrobiłem kawę, którą bardzo powoli
wypiłem.
O ile dobrze pamiętam, czytałem prasę. W końcu wyciągnąłem
kosiarkę,
sprawdziłem olej, stan paliwa, włączyłem silnik...
Patrzę,
nie wierzę. Działka skoszona. Przecieram
oczy...skoszona.
Przecież nie śnię. Nie było mnie miesiąc czasu
a
trawa skoszona jak nigdy dotąd. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Na
sąsiedniej działce sąsiadka zrywa kwiaty. Mówię o cudzie jaki
mnie
spotkał. Patrzy na mnie zdziwiona i mówi: -Jestem na działce
od
trzech dni. Pańską trawę skosił wczoraj gospodarz. Mówił, że
pan
go
o to prosił. Chciałem zaprzeczyć, ale zrezygnowałem. Uśmiechnąłem
się,
zapewne głupio, i poszedłem do siebie. Siadłem w fotelu.
Dlaczego
skosił moją działkę??? Nie mogłem pojąć. Po dłuższej
chwili
oświeciło mnie. ON SIĘ ZE MNĄ ŻEGNAŁ. Wiedział, że tej
nocy
odejdzie. Ostatnią swoją podróż zaplanował wraz z żona. Był
bliski
zrealizowania zamiaru. Myślę, że pośpiech, zdenerwowanie
zniweczyły
jego plan. W komórce przygotował sznur. Potem wziął
kanister
z benzyną, oblał drzwi. Podpalił. Szybko pobiegł do komórki,
wszedł
na taboret, zarzucił na szyję pętlę, skoczył w nicość. Miał
pecha,
bo żona nie spała. Drzemała tylko. Poczuła zapach benzyny.
Potem
zobaczyła ogień. Wyskoczyła przez okno, narobiła rabanu.
Ogień
ugaszono. Dużych strat nie było. Gdy gasili on dogorywał
w
komórce. Wiedzieli o tym, bo brali stamtąd łopaty i wiadro. Uznali
jednak,
że „dacza” ważniejsza.
Do
dzisiaj nie mogę zrozumieć dlaczego mnie w to wmieszał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz