niedziela, 23 lutego 2020

KAZIU


Jeden z letnich miesięcy, około 23, ciepło fajnie. Siedzę
w domu, przy otwartym balkonie, oglądam tv. W pewnym momencie ogromny huk wyrwał mnie z fotela. Mieszkam blisko jednejz głównych ulic miasta. Wychodzę na balkon, spoglądam w kierunku ulicy. Szczerze mówiąc, nic specjalnego nie widzę, bo zasłaniają drzewa. Zaniepokoiła mnie cisza. Zadzwoniłem do chłopaków mówiąc czego byłem świadkiem. Obiecali, że sprawdzą. Siadłemw fotelu, zająłem się oglądaniem tv. Potem spanko i rano do pracy.
Siadłem za swoim biurkiem. Kolega pyta
Słyszałeś?
Nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie mówi dalej. —
Kaziu się rozpierdolił. Jechał zbyt szybko, nie wyrobił na zakręcie
i trzasnął w betonowy słup oświetleniowy. Maluch do kasacji,
jemu nic.
Pijany był? — pytam
A kiedy był trzeźwy?
No to popłynął — mówię.
Tak, tak, huk, który wyrwał mnie z fotela, to Kazia sprawka.
Poczułem się głupio. Przecież to ja dzwoniłem po chłopaków,
a mogłem wyjść, zobaczyć co jest grane
i dopiero potem, gdyby były ofiary, powiadomić kogo trzeba. Nie
zrobiłem tego. Rozmawiałem na ten temat z Kaziem. Powiedziałem
o wszystkim. Nie miał pretensji.
Stwierdził, że na moim miejscu postąpiłby identycznie.
Przyszedł do pracy kilka lat po mnie. Kawaler, ukończone studia
i to nie byle jakie. Wszystko przed nim. Przez pewien okres czasu
dzieliliśmy ten sam pokój. Szybko złapaliśmy kontakt. Mówił, że ma dziewczynę w Krakowie, że planują wspólne życie. Jest jednak problem. Ona opiekuje się niesprawną siostrą, której za żadne
skarby nie zostawi. Przez rok czasu sprawa była w zawieszeniu.
Kaziu jeździł do dziewczyny, ona do niego nie. W końcu problem się rozwiązał. Siostra zmarła. Dziewczyna przyjechała do Kazia, pobrali się. Poznałem ją, urocza, miła osoba. Dzieci nie mieli. Nawet nie wiem czy planowali. Myślę, że był to jeden z powodów, pozwalających Kaziowi na zbyt częste, biesiadne, wyskoki. Szczerze mówiąc pił dosyć często. Dochodziły słuchy, że bił żonę. Rozmawialiśm z nim na ten temat. Niestety, wódka była silniejsza. Przeginał z piciem i tyle. Po stłuczce, którą opisałem, wyleciał z roboty.
Zatrudnił się w kopalni. Po miesiącu był już sztygarem. Kariera
w górnictwie stała przed nim otworem. Pewnego dnia, bez uprawnień, wcisnąłem się do autobusu pracowniczego. Patrzę, Kaziu. Siadłem obok niego. Przywitaliśmy się. Zapytałem co słychać. Zaczął opowiadać. Nie rozumiałem co mówi. Spojrzałem na ręce. Był skończony.
Kolejny raz, ostatni, widzieliśmy się po siedmiu miesiącach.
Stał z kolegą, który podobnie jak on, wyleciał z roboty za nadużywanie.
Podszedłem, zamieniliśmy kilka słów. Moja Śliczna zapytała kto
to był. Powiedziałem. Nie wierzyła. 
„To niemożliwe- stwierdziła -
że człowiek może tak bardzo się zmienić”. Kazia znała dobrze, byli\ po imieniu.
Po dwóch tygodniach dowiedziałem się, że Kaziu popełnił
samobójstwo. Zaczął od bicia żony. Potem wygonił z domu. Zabronił powrotu. Zabarykadował się w pokoju. Położył na wersalce i pociął żyletką. Odszedł spokojnie. Były problemy z wyważeniem drzwi.
Górnicy wiedzą jak zakładać zabezpieczenia.
Po pewnym czasie rozmawiałem z żoną Kazia. Nie pytałem
o niego, nie chciałem. Po co rozdrapywać rany. Sama powiedziała: —
Gdy mnie ostatni raz bił, był trzeźwy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz