Jeden
z letnich miesięcy, około 23, ciepło fajnie. Siedzę
w
domu, przy otwartym balkonie, oglądam tv. W pewnym momencie ogromny
huk wyrwał mnie z fotela. Mieszkam blisko jednejz
głównych ulic miasta. Wychodzę na balkon, spoglądam w kierunku ulicy.
Szczerze mówiąc, nic specjalnego nie widzę, bo zasłaniają drzewa.
Zaniepokoiła mnie cisza. Zadzwoniłem do chłopaków mówiąc
czego byłem świadkiem. Obiecali, że sprawdzą. Siadłemw
fotelu, zająłem się oglądaniem tv. Potem spanko i rano do pracy.
Siadłem
za swoim biurkiem. Kolega pyta
— Słyszałeś?
Nie
czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie mówi dalej. —
Kaziu
się rozpierdolił. Jechał zbyt szybko, nie wyrobił na zakręcie
i
trzasnął w betonowy słup oświetleniowy. Maluch do kasacji,
jemu nic.
— Pijany
był? — pytam
— A
kiedy był trzeźwy?
— No
to popłynął — mówię.
Tak,
tak, huk, który wyrwał mnie z fotela, to Kazia sprawka.
Poczułem
się głupio. Przecież to ja dzwoniłem po chłopaków,
a
mogłem wyjść, zobaczyć co jest grane
i
dopiero potem, gdyby były ofiary, powiadomić kogo trzeba. Nie
zrobiłem
tego. Rozmawiałem na ten temat z Kaziem. Powiedziałem
o
wszystkim. Nie miał pretensji.
Stwierdził,
że na moim miejscu postąpiłby identycznie.
Przyszedł
do pracy kilka lat po mnie. Kawaler, ukończone studia
i
to nie byle jakie. Wszystko przed nim. Przez pewien okres czasu
dzieliliśmy
ten sam pokój. Szybko złapaliśmy kontakt. Mówił, że ma dziewczynę
w Krakowie, że planują wspólne życie. Jest jednak problem. Ona
opiekuje się niesprawną siostrą, której za żadne
skarby
nie zostawi. Przez rok czasu sprawa była w zawieszeniu.
Kaziu
jeździł do dziewczyny, ona do niego nie. W końcu problem się rozwiązał.
Siostra zmarła. Dziewczyna przyjechała do Kazia, pobrali się.
Poznałem ją, urocza, miła osoba. Dzieci nie mieli. Nawet nie wiem
czy planowali. Myślę, że był to jeden z powodów, pozwalających Kaziowi
na zbyt częste, biesiadne, wyskoki. Szczerze mówiąc pił
dosyć często. Dochodziły słuchy, że bił żonę. Rozmawialiśm z
nim na ten temat. Niestety, wódka była silniejsza. Przeginał z
piciem i tyle. Po stłuczce, którą opisałem, wyleciał z roboty.
Zatrudnił
się w kopalni. Po miesiącu był już sztygarem. Kariera
w
górnictwie stała przed nim otworem. Pewnego dnia, bez uprawnień, wcisnąłem
się do autobusu pracowniczego. Patrzę, Kaziu. Siadłem obok
niego. Przywitaliśmy się. Zapytałem co słychać. Zaczął opowiadać.
Nie rozumiałem co mówi. Spojrzałem na ręce. Był skończony.
Kolejny
raz, ostatni, widzieliśmy się po siedmiu miesiącach.
Stał
z kolegą, który podobnie jak on, wyleciał z roboty za nadużywanie.
Podszedłem,
zamieniliśmy kilka słów. Moja Śliczna zapytała kto
to
był. Powiedziałem. Nie wierzyła.
„To niemożliwe- stwierdziła -
że
człowiek może tak bardzo się zmienić”. Kazia znała dobrze,
byli\ po
imieniu.
Po
dwóch tygodniach dowiedziałem się, że Kaziu popełnił
samobójstwo.
Zaczął od bicia żony. Potem wygonił z domu. Zabronił powrotu.
Zabarykadował się w pokoju. Położył na wersalce i pociął żyletką.
Odszedł spokojnie. Były problemy z wyważeniem drzwi.
Górnicy
wiedzą jak zakładać zabezpieczenia.
Po
pewnym czasie rozmawiałem z żoną Kazia. Nie pytałem
o
niego, nie chciałem. Po co rozdrapywać rany. Sama powiedziała: —
Gdy
mnie ostatni raz bił, był trzeźwy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz