Był
ordynatorem w dużym szpitalu. Znany był z fachowości,
pazerności
i toyoty corolli, pierwszej w mieście.
Przyjmował
prywatnie i w szpitalu, też prywatnie. Nie miał skrupułów,
brał
jak leci.
Gdy
miał kilkudniową przerwę w pracy, pacjentów oddawał pod
opiekę
podległych sobie lekarzy. Robił to z fasonem, jak na lekarza
przystało.
Przedstawiał swoich zastępców i odchodził. Po powrocie
robił
obchód i pytał chorych o zdrowie.
Gdy
narzekał jeden z drugim i płakał, że nie ma poprawy, obsobaczał
tego,
który zastępował. Robił to przy pacjentach, żeby wiedzieli
jak
o nich dba. Potem mówił, że zmieni leki bo to co dał
zastępca
nie nadaje się w weterynarii a co dopiero na jego oddziale.
Zmieniał
na takie same, z tej samej grupy, tylko o innej nazwie.
Następnego
dnia zaczęły działać leki przypisane przez poprzedników,
ale
splendor spadał na ordynatora- kardiologa. Dzięki niemu
przecież,
pacjent poczuł się lepiej.
Młodzi
lekarze wiedzieli o tego typu zagrywkach, ale nie mogli
nic
zrobić.
Skutecznie
trzymał ich za uzdę. Podobnie jak mój szef, komendant
MO
trzymał za twarz kardiologa. Gdy zabolał palec, wsiadał
z
walizką wypełnioną przyborami do utrzymania higieny osobistej,
oraz
koszulkami nocnymi do służbowego samochodu i jechał do
szpitala.
Tam
czekała na niego solówka z telewizorem, okno z widokiem
na
park.
Kładł
się i umierał przez tydzień. Ordynator latał koło niego
za
wszystkich udając, że leczy a szef udawał, że ledwo żyje.
Wszyscy
byli z siebie zadowoleni. Każdego dnia wizyty podwładnych,
zamartwiających
się zdrowiem komendanta, kwiatki,
wódeczka,
buzi. Następnego dnia kolejna delegacja. I tak się
kręciło.
Po tygodniu wszyscy zmęczeni, ale komendant zdrowy
i
o to chodziło.
Ordynator
„sprowadzał” leki z zachodu. Mówił pacjentowi, że
jest
poważnie chory, że tylko sprowadzony, np. z Niemiec, lek może
pomóc.
Przestraszony pacjent sprzedał kota, psa czy chomika, aby
mieć
za co kupić walutę i żyć dalej.
Dwóch
moich kolegów, milicjantów, zaopatrzyłem w zielone,
tak
się bali o swoje zdrowie. W sumie załatwiłem i przekazałem 60
dolarów.
Żyją do dzisiaj. Wiedziałem, że są robieni na szaro. Nic jednak
nie
mówiłem. Kardiolog brał zielone a leki, za darmo, otrzymywał
z
darów. Pisałem na ten temat notatkę służbową.
Niestety,
ginęła u komendanta. Coś za coś.
W
życiu jest tak, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak
było
i tym razem.
Przyjechała
z mężem, wstrząśnięta tym co się stało, co przeżyła.
Była
z prywatną wizytą u kardiologa. Gabinet miał w domku
jednorodzinnym.
Kazał się rozebrać i położyć na kozetce. Zdjęła
bluzkę
i czeka.
— Pani
nie słyszała o co poprosiłem. Proszę się rozebrać do
naga
i położyć na kozetce — powiedział.
— Panie
doktorze, przyszłam do kardiologa, nie ginekologa.
— Pani
wybór, albo się pani rozbiera, albo kończymy wizytę.
Rozebrała
się i położyła na kozetce.
Przystąpił
do „badania” obmacując całe ciało. Tam też. Potem
szybko
podbiegł do zlewu, rozpiął rozporek…
Gdy
to zobaczyła, uciekła z gabinetu narzucając na siebie odzienie.
Zapłakana
opowiedziała o wszystkim mężowi. Razem przyjechali
na
komendę.
Nie
złożyli zawiadomienia do końca, gdyż zadzwonił telefon.
Dzwonił
komendant. Nie będę rozwodził się nad tym co się tam
działo.
W każdym razie odstąpili od zgłoszenia. Myślę, że otrzymali
propozycję
spotkania z kardiologiem co w konsekwencji przerodziło
się
na ofertę finansową, nie do odrzucenia. Co się mieli rozczulać,
w
końcu nic specjalnego się nie stało. Ot, mała odskocznia od dnia
codziennego.
Sprawę zatuszowano, kardiolog mógł jeździć corollą
z
podniesioną kierownicą.
Żona
kolegi była w którymś tam miesiącu ciąży. Były kłopoty
z
donoszeniem więc położono ją w szpitalu. Nie muszę nadmieniać,
że
na oddziale kardiologa. Nie znam się na tym dlatego też, nie
potrafię
połączyć ginekologii, kardiologii i czegoś tam jeszcze. Kolega
widocznie
potrafił więc ochoczo zgodził się aby jego małżonka
donosiła
ciążę kardiologiczną.
Tam
dziewczynie coś odbiło, zaczęła zachowywać się jak wuwuzela.
Ustawiała
pielęgniarki, lekarzy, salowe. Zbyt ostentacyjnie
okazywała
swoje niezadowolenia. Myślała, że będzie leżeć na
kozetce
komendanta, w jednoosobowym pokoju z widokiem na park
a
nie w sali ogólnej z plebsem.
Przeliczyła
się, stąd jej frustracja. Kolega zresztą też okazywał
swoje
niezadowolenie. Na zwracane uwagi o niestosowności zachowania,
nie
reagowała. Zachowywała się jak pani na włościach.
Doszło
do tego, że wywalili ją ze szpitala na zbity pysk. Pamiętam
jak
mąż wuwuzeli powiedział: — My się jeszcze spotkamy.
On
okropnie wzburzony, ona zapłakana, nie potrafiąca wypowiedzieć
słowa.
Przyszli
złożyć doniesienie na kardiologa.
DYŻUR
OPERACYJNY MIAŁ MĄŻ WUWUZELI
Zgłaszająca
była u kardiologa z wizytą prywatną. Skarżyła się
na
dolegliwości sercowe. Kazał jej się rozebrać do naga i położyć
na
kozetce.
Trochę zdziwiona, ale uczyniła co kazał. Zaczęło się
obmacywanie.
Na
uwagi, nie reagował.
Nie
pozwolił jej wstać, robił swoje. Uciekła nago w momencie,
gdy
podbiegł do zlewu. W poczekalni czekał mąż. Chciał na miejscu
wymierzyć
sprawiedliwość, ale kardiolog uciekł do drugiego pokoju
zamykając
za sobą drzwi na klucz.
Zgłoszenie
błyskawicznie przyjęto. Kolega zadbał o to aby udokumentować
zdarzenie
we wszystkich obowiązujących dokumentach.
Chciał
w ten sposób uniemożliwić zatuszowanie sprawy
i
odegrać się za „krzywdę” żony-wuwuzeli.
Inaczej
mówiąc, spotkali się.
W
trakcie rozmowy z poszkodowaną, zadzwonił komendant,
chciał
się zorientować w sprawie. Wiedział o zdarzeniu, gdyż był
u
niego kardiolog prosząc o pomoc.
Stary,
gdy dowiedział się, że nie ma szans na odkręcenie tematu,
wygonił
kardiologa z domu pozostawiając go z problemem nie
do
rozwiązania. Nie pomogły wcześniejsze układy, sala z widokiem
na
park, kozetka…
Natychmiast
powiadomiono prokuratora. Ordynatora zatrzymano
w
areszcie.
Kolega
zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, powiadomił
o
sukcesie żonę. Cieszyli się razem, przy czym ona powiadomiła
o
wszystkim znajomych a ci…
Huczało
całe miasto.
Kardiolog
nie dostał aresztu i słusznie, bo nie było za co.
Wrócił
do domu, siadł w fotelu, myślał. O czym, nie wiem. Po
pewnym
czasie zamocował sznur przy klamce. Pętlę zarzucił na szyję...
szarpnął.
W
tym samym momencie do domu przyszła zona. Był nieprzytomny,
ale
dzięki zimnej krwi najbliższej mu osoby, uratował życie.
Żył
jeszcze cztery dni.
Nie
wychodził z domu, ciągle myślał, przeżywał sytuację.
W
końcu postanowił z tym skończyć. Pod nieobecność domowników…
Żona
znalazła go wiszącego w piwnicy. Sznur przymocował
do
rury ciepłowniczej. Skutecznie.