środa, 4 marca 2020

JESIEŃ ŻYCIA


Ona 74 lata. On 78. Godzina 7.45 kiedyś tam
Dzień jak każdy. On w kuchni szykuje kawę. Ona oczekuje
w pokoju, siedząc w fotelu. Wszystko jest tak jak zawsze,
oprócz dwóch rzeczy. Dzisiejszego poranka wstali kilkanaście minut
później niż zwykle. Ponadto dla niego nie było żadnego ciasta.
Nie zdarzało się to wcześniej. Mówi aby poszedł i kupił. Odmawia
twierdząc, że kawa bez ciasta jest równie
dobra. Nie daje za wygraną 
-Idź, kup pączka czy jakiś placek- prosi - sklep jest piętro niżej. Nie zajmie 
to więcej czasu niż minuta. Idź, poczekam.
Wrócił po około 5 minutach. W łazience paliło się światło.
Dwie filiżanki kawy stały na stole nienaruszone. Pączek także.
Uśmiechnął się do siebie.
Czekała — pomyślał
Teraz On czekał na Nią. Czekał zbyt długo, zaczął się niecierpliwić.
Zawołał raz i drugi. Nie odpowiadała Otworzył drzwi łazienki…
Ugięły się pod nim nogi. Wisiała na sznurze nie dając znaku
życia.
Nie pozostawiła żadnego listu, nic. Po prostu odeszła. Taki był
jej wybór.
Rozmawiałem z nim kilka minut. Cały czas płakał. Nie potrafił
podać przyczyn samobójstwa. Byli zgodnym małżeństwem. Nie chorowała.
Widywałem Go wiele razy, gdy szedł w kierunku cmentarza.
Zawsze z kwiatami. Myślę, że szedł w odwiedziny do niej

DRUGA W NOCY


Cholerny dyżur. Chce mi się spać. Żadnego zajęcia, nic się nie
dzieje. Szczerze mówiąc lubię takie wieczory. Jestem szczęśliwy
gdy nie muszę w nocy pracować. Najlepiej będzie jak pójdę do
domu. Mieszkam kilka minut od Komendy. Gdy coś się wydarzy,
przedzwonią, przyjadę. Mówię o tym. Dyżurny zgadza się. Chwytam
klamkę, chcąc otworzyć drzwi wyjściowe. Słyszę telefon. Poczekam,
może coś dla mnie. Wykrakałem. -Pojedziesz do R. Jakaś baba zgłosiła,
że dokonano na niej gwałtu. Wsiadłem w radiowóz i wio…
Wchodzę na Posterunek. Przy stole zapłakana, roztrzęsiona „lichota”
w wieku około 30lat. Pomyślałem, że nawet gdyby dopłacała, nie
poszedłbym z nią na żadne balety. Ale nie po to tutaj przyjechałem
by rozważać co ja z nią itd. Uspokajam, częstuję papierosem, paliłem
wówczas, odmawia, nie pali. Proszę aby opowiedziała co i jak.
Trzęsącym się głosem zaczyna mówić. Jechała z Wrocławia, gdzie
była u chorej mamy. Miała kłopoty z dotarciem do domu. Nie wiedziała,
gdzie przesiadka, o której godzinie i takie tam. Kierowca
autobusu poradził, aby wysiadła w R. zapewniając, że tutaj dostanie
się do odpowiedniego autobusu. Coś mi tutaj nie grało. R. to większa
wiocha przy przelotowej trasie. Ale cóż. Gwałt to gwałt. Wysiadła.
Czekała na autobus, którego na rozkładzie jazdy nie było.
Godzina 23 — 24. Bez sensu. Postanowiła szukać innego rozwiązania.
Idąc do „centrum” wiochy, zauważyła chłopaka. Przedstawiła
sprawę, prosząc o pomoc. Poradził, aby poszła do właściciela taxi
mieszkającego tam i tam. Na pewno pomoże i tanio zawiezie.
Poszła...Szutrową ulicą szła pod wskazany adres. Czuła niepokój,
wydawało się jej, że ktoś za nią idzie. Spojrzała do tyłu. Chłopak,
który pomagał w kłopocie szedł za nią. Przyspieszyła, on także.
W pewnym momencie rzucił się na nią, powalił na ziemię. Zaczęła
się walka na śmierć i życie. Usiłował ją rozebrać. Zerwał przy tym
naszyjnik, zegarek, zniszczył bluzkę. Broniąc się ugryzła go w przedramię
prawej ręki. Ból musiał być okropny, skoro napastnik „zawył”
i uciekł. Pozbierała się szybko. O wszystkim zgłosiła na Posterunku.
Postanowiłem udać się na miejsce zdarzenia. Poszła z nami.
Wystarczyło spojrzeć na szuter aby zorientować się, że coś się działo.
Na miejscu odnalazłem zegarek i naszyjnik poszkodowanej. W R.
był stary CPN, otwarty do 22.Pomyślałem, że być może ajent robił
inwentaryzację, pracował nad dokumentami, czy coś w tym rodzaju.
W każdym razie nie wykluczone, że został w pracy dłużej. Po jej
zakończeniu postanowił się zrelaksować. Nie wiedział jak. Trafiła
się dziewczyna, więc… Tak myślałem. Pytam T. /posterunkowego/,
gdzie mieszka cepeeniarz. Idziemy w trójkę. Domek jednorodzinny,
ku mojemu zdumieniu, otwarty. Wchodzimy bez pukania. Ciemno…
Jak w nocy. W końcu zaraz godz. 4. Zapalam światło. Słyszę odgłos
kroków zbiegających po schodach. Wpada przestraszony facet.
Uspokaja się, gdy widzi posterunkowego. Spojrzałem na nią. Kręci
przecząco głową. Nie on. Aby wyjść z sytuacji mówię, dlaczego
weszliśmy. Skłamałem mówiąc, że drzwi były otwarte, że
dla nas to nietypowa sytuacja, że postanowiliśmy zobaczyć jaka
jest tego przyczyna. Oczywiście przeprosiłem. Gość nie miał żalu.
Podziękował za zainteresowanie. Byliśmy na zewnątrz, gdy coś
mnie tknęło. -Ma pan syna? — Odpowiedział twierdząco, więc
poprosiłem aby obudził chłopaka. Zobaczyłem zbiegającego po
schodach byczka. Ubrany w krótkie spodenki, umięśniony. Patrzę
na prawą rękę ...Jest mój. Na przedramieniu ślady ugryzienia. Jeszcze
świeże. Spojrzałem na poszkodowaną. Skinęła głową. Zaczął
płakać, błagać aby wybaczyła, że nie chciał… Była nieubłagana
mówiąc, że musi ponieść karę za to, co zrobił. Wziąłem chłopaka
do radiowozu, pojechaliśmy do powiatowej. Był ranek. Uznałem,
że zrobiłem wszystko, co zrobić powinienem. Pozostałe czynności
wykonają koledzy w dzień. Całość materiałów przekazałem dyżurnemu.
Poszedłem do domu. Obudziłem się koło 13. Męczyła mnie
ta sprawa, coś mi się w niej nie podobało. Poszedłem do Komendy.
Wszedłem do pokoju kolegi, który kończył „papiery”. Za moment
miał jechać do Prokuratury w sprawie aresztowania napastnika. Gdy
mnie zobaczył, zaczął machać rączkami.. Mówi: — Ty, stary, z tą lampucerą
jest coś nie tak. Sprawdziłem ją. Wyobraź sobie, że na terenie
kraju 11(słownie jedenaście) razy usiłowano ją gwałcić. Zamurował
mnie. Ale cóż, nie byliśmy w stanie nic zrobić. „Poszkodowana”
nie chciała odstąpić od zgłoszenia. Miała takie prawo. Moralność
nie ma tutaj nic do rzeczy. Chłopak dostał areszt a potem
1,5 roku odsiadki. Odsiedział wszystko. Maturę zdał z opóźnieniem,
ale zdał. Widuję go czasami. Kłania mi się. Nigdy nie rozmawialiśmy
o zdarzeniu. Po co? Było, minęło. „Poszkodowanej” nie widuję.
Myślę, że dalej jeździ po kraju… Teraz na pewno trudniej podpuścić”.
Wiek nie ten, włos bardziej siwy. O urodzie nie wspomnę.

Piękni dwudziestoletni


Ona. Urocza, wysoka, blondynka. On. Brunet wieczorową porą.
Ponad 182cm wzrostu. Przystojniak jak się patrzy. Pracował w Policji.
Widywałem ich często. Jego każdego dnia. W końcu pracowaliśmy
razem. Był w niej bardzo zakochany, Świata bez niej nie
widział. Na biurku, pod szybą, trzymał zdjęcie ukochanej. Zgodził
się na jej wyjazd do Niemiec. Znalazła tam sezonową pracę.
Mówił, że będzie na nowe mieszkanie Wyjechała na trzy miesiące.
Po powrocie coś się zmieniło. Nie była tą samą dziewczyną. Dla
niego, nie ta sama. Dla innych zawsze ta sama. Ładna, uśmiechnięta
blondynka. Mówił, że poznała kogoś innego. Bardzo pragnął
aby wróciła. Rano, przed wejściem do budynku komendy,
zatrzymałem się celem porozmawiania z kolegą Przyszedł on. Przywitał
się uśmiechnięty i poszedł na górę. Pracował na drugim piętrze.
Po minucie usłyszałem krzyk i wybiegającego kolegę:
ZASTRZELIŁ SIĘ!!! — krzyczał. Pobiegłem na górę.
Leżał przy biurku w kałuży krwi. Nie żył. Kolega powiedział, że przyszedł
do pokoju, przywitał się, otworzył szafę, wyciągnął pistolet,
załadował i strzelił w klatkę piersiową. Ot tak, bez słowa, jakby
strzelał do siebie każdego dnia. Byłem na pogrzebie. Stałem z boku.
Byli jego rodzice, ona. Stali jakieś pięć metrów od siebie. Rodzice
trzymali się za ręce. Gdy trumnę złożono w grobie, podeszła do
jego matki. Stanęła blisko niej. Około piętnastu
sekund patrzyły sobie w oczy, bez słowa. Myślę,
że były to dla niej najdłuższe piętnaście sekund w życiu. Mama jego
zaczęła płakać. Wyciągnęła do niej ręce. Padły sobie w ramiona. Płakały.
Nie wiem jak długo to trwało. Odwróciłem się i poszedłem.

STRACH




Niemożliwe, znowu??? To piąty w ciągu dwóch miesięcy. Piąty
w tym samym parku.
Gra z nami w kulki, tak nie może być, musimy dorwać drania.
Zapada decyzja:
OBSTAWIAMY PARK. Zaczęło się. Wszystkie wieczory, noce spędzam
w parku.
Oczywiście, nie sam. Chodzą dziewczyny, koledzy.
Dziewczyny na „podpuchę”, my aby złapać drania. Po miesiącu
rezygnujemy, mamy dość. Gwałciciel nie zaatakował. Po dwóch
dniach kolejny gwałt w tym samym parku. Wracamy do poprzednich
działań. Łażenie po parku, obserwowanie, czekanie na cwaniaczka.
Po dwóch tygodniach rezygnujemy. Nie było sensu. Może wyjechał,
zachorował, a może szlag go trafił. Takie było nasze życzenie. Niestety,
usłyszeliśmy o nim po 3 dniach. Napadł na kobietę, która
potrafiła się obronić. Musiał uciekać. Szczerze mówiąc, zaczęliśmy
bykiem” na siebie patrzeć. Działamy, spokój, cisza. Siedzimy
w domach, atakuje. Coś nie tak. Kolejny raz obstawiamy park. Około
23 JEST!!!
Nie w parku, ale sześć kilometrów dalej. Błyskawicznie samochody
i jazda. Blisko miejsca zdarzenia widzę faceta idącego lasem
w kierunku G. Skręcamy w jego kierunku. Usiłuje uciec, lecz nie ma
szans. Za bety i do samochodu.
Nie pytam o nic. Mówi, że wszystko powie. Nie wiem o czym,
więc proszę aby powiedział. Zaczyna opowieść o gwałcie.
Nie przerywałem, opowiadał przez całą drogę.
Opowiedział wszystko ze szczegółami. Potem zarzut, protokół
przesłuchania podejrzanego. Zeznania poszkodowanej udokumentowano
także. Opisała wszystko szczegółowo.
Z uwagi na fakt, że było bardzo ciemno, nie potrafiła potwierdzić,
czy zatrzymany jest tym, który ją zgwałcił. Potem skonfrontowaliśmy
co oboje mieli do powiedzenia. Wszystko się zgadzało. Miejsce, sposób
działania sprawcy… wszystko, wszystko. Następnego dnia
fachowcy od „gwałtów” przepuścili gościa przez magiel. Ku radości
wszystkich przyznał się do gwałtów-parkowych. Potem poszło szybko.
Zeznania, okazania, konfrontacje. Poszkodowane nie były
w stanie faceta rozpoznać, nie potrafiły opisać. Atakował z tyłu,
powalał na ziemię… Nigdy nic nie mówił, nie bił. Po prostu „kochał”.
Zaraz potem szybko uciekał. Nagrody rozdane,
wódka wypita, facet siedzi. Jest dobrze. Noce spokojne. Chce się
żyć. Pamiętam szum w prasie, gratulacjom nie było końca. Dostał
4,5 roku odsiadki.
Poszedł siedzieć, a my na kielicha Zwycięzców się nie sądzi.
Nie wytrzeźwiałem dobrze, gdy otrzymałem polecenie do
natychmiastowego stawienia się w komendzie. Poszedłem klnąc po
drodze. Musiałem się stawić, nie musiałem kląć. To tak przy okazji.
Wytrzeźwiałem na miejscu. Zgłoszenie gwałtu.
W PARKU. Od tego momentu zaczęła się jazda. Noc w noc. Spałem
w dzień, nocą przebywałem w parku. Pół biedy gdy chodziłem,
gorzej, gdy siedziałem ukryty. Myślałem, że oszaleję. W końcu
wpadł. Miał pecha, rzucił się na koleżankę, która wiedziała co ma
robić. Był tak zaskoczony, że nie potrafił słowa z siebie wydusić.
Szybko przyznał się do wszystkiego, podał okoliczności związane
z działalnością parkową. Wiedział, że park jest obstawiany. Miejsce
dogodne do ataku zajmował w dzień. Obserwował teren, widział co
się w parku dzieje itd.
Miał to szczęście, że przychodził przed nami. Gdy zauważył coś
dla siebie niepokojącego, rezygnował. Gdy był pewien, że teren jest
czysty, atakował. Ostatnim razem przyszedł później od nas, nie wiedział,
że siedzimy w dziuplach i obserwujemy. Przekonany był, że
mamy „wolne”. Tak to się kończy, niestety.
Jedna kawa czy piwo zbyt długo pite i posprzątane. Następnego
dnia pojechałem do pierwszego winnego. Ucieszył się, gdy
mnie zobaczył. Wiedział, że poczęstuję fajką, że zapali. Tak też
się stało. Siedzimy, palimy, śmiejemy się… W pewnym momencie
pytam: — Dlaczego się przyznałeś? Spojrzał zdziwiony, powiedział
:
Bałem się że zrobicie mi krzywdę. — Nie czaruj, powiedz dlaczego
się przyznałeś.
Wmówiliście mi, że to ja.
Może pod G. też nie gwałciłeś? — To nie ja. Zamurowało
mnie. — Nie rób ze mnie idioty. Przyznałeś się do wszystkiego, opisałeś
z detalami, złapany zostałeś zaraz po gwałcie.
To naprawdę nie ja.
Wiesz co? Ja lub ty mamy coś pod deklem. To musiałeś
być ty. Niemożliwością jest, abyś znał szczegóły bez uczestniczenia
w zdarzeniu.
Znam szczegóły bo wszystko widziałem. Nie gwałciłem,
widziałem jak gwałci.
Opowiedz.
Co tutaj opowiadać. Szedłem brzegiem drogi w kierunku
przystanku PKS. Usłyszałem kroki. Schowałem się w lesie, chcąc
przeczekać, aż osoba ta przejdzie. Zauważyłem kobietę spokojnie
idącą w kierunku wioski. Nie znałem jej.
Gdy zniknęła mi z oczu, usłyszałem jakieś odgłosy, których nie
potrafię opisać.
Zaciekawiony wróciłem, chciałem wyjaśnić przyczynę. Wówczas
wszystko widziałem. Obserwowałem tak długo, aż facet uciekł.
Zaraz potem zrobiłem to samo, uciekłem.
Po drodze zostałem zatrzymany.
Jeżeli nie znasz sprawcy, siedzieć będziesz do końca wyroku,
wymyślając kolejne bajeczki. Wiesz kto to był? — Wiem… To R., stary
bandyta, mieszkaniec wioski.
Natychmiast przedzwoniłem do szefa. Gdy wróciłem, R. był
przesłuchiwany.
Przyznał się. Wiedział, że jego działalność jest osądzona, ale nie
przeszkadzało mu to. Stwierdził, że ten, który siedzi i tak nie miał
gdzie mieszkać, więc więzienie dobrze mu zrobi.
Szybko zamienili się miejscami. Odsiedział wszystko.

KARDIOLOG


Był ordynatorem w dużym szpitalu. Znany był z fachowości,
pazerności i toyoty corolli, pierwszej w mieście.
Przyjmował prywatnie i w szpitalu, też prywatnie. Nie miał skrupułów,
brał jak leci.
Gdy miał kilkudniową przerwę w pracy, pacjentów oddawał pod
opiekę podległych sobie lekarzy. Robił to z fasonem, jak na lekarza
przystało. Przedstawiał swoich zastępców i odchodził. Po powrocie
robił obchód i pytał chorych o zdrowie.
Gdy narzekał jeden z drugim i płakał, że nie ma poprawy, obsobaczał
tego, który zastępował. Robił to przy pacjentach, żeby wiedzieli
jak o nich dba. Potem mówił, że zmieni leki bo to co dał
zastępca nie nadaje się w weterynarii a co dopiero na jego oddziale.
Zmieniał na takie same, z tej samej grupy, tylko o innej nazwie.
Następnego dnia zaczęły działać leki przypisane przez poprzedników,
ale splendor spadał na ordynatora- kardiologa. Dzięki niemu
przecież, pacjent poczuł się lepiej.
Młodzi lekarze wiedzieli o tego typu zagrywkach, ale nie mogli
nic zrobić.
Skutecznie trzymał ich za uzdę. Podobnie jak mój szef, komendant
MO trzymał za twarz kardiologa. Gdy zabolał palec, wsiadał
z walizką wypełnioną przyborami do utrzymania higieny osobistej,
oraz koszulkami nocnymi do służbowego samochodu i jechał do
szpitala.
Tam czekała na niego solówka z telewizorem, okno z widokiem
na park.
Kładł się i umierał przez tydzień. Ordynator latał koło niego
za wszystkich udając, że leczy a szef udawał, że ledwo żyje.
Wszyscy byli z siebie zadowoleni. Każdego dnia wizyty podwładnych,
zamartwiających się zdrowiem komendanta, kwiatki,
wódeczka, buzi. Następnego dnia kolejna delegacja. I tak się
kręciło. Po tygodniu wszyscy zmęczeni, ale komendant zdrowy
i o to chodziło.
Ordynator „sprowadzał” leki z zachodu. Mówił pacjentowi, że
jest poważnie chory, że tylko sprowadzony, np. z Niemiec, lek może
pomóc. Przestraszony pacjent sprzedał kota, psa czy chomika, aby
mieć za co kupić walutę i żyć dalej.
Dwóch moich kolegów, milicjantów, zaopatrzyłem w zielone,
tak się bali o swoje zdrowie. W sumie załatwiłem i przekazałem 60
dolarów. Żyją do dzisiaj. Wiedziałem, że są robieni na szaro. Nic jednak
nie mówiłem. Kardiolog brał zielone a leki, za darmo, otrzymywał
z darów. Pisałem na ten temat notatkę służbową.
Niestety, ginęła u komendanta. Coś za coś.
W życiu jest tak, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak
było i tym razem.

Przyjechała z mężem, wstrząśnięta tym co się stało, co przeżyła.
Była z prywatną wizytą u kardiologa. Gabinet miał w domku
jednorodzinnym. Kazał się rozebrać i położyć na kozetce. Zdjęła
bluzkę i czeka.
Pani nie słyszała o co poprosiłem. Proszę się rozebrać do
naga i położyć na kozetce — powiedział.
Panie doktorze, przyszłam do kardiologa, nie ginekologa.
Pani wybór, albo się pani rozbiera, albo kończymy wizytę.
Rozebrała się i położyła na kozetce.
Przystąpił do „badania” obmacując całe ciało. Tam też. Potem
szybko podbiegł do zlewu, rozpiął rozporek…
Gdy to zobaczyła, uciekła z gabinetu narzucając na siebie odzienie.
Zapłakana opowiedziała o wszystkim mężowi. Razem przyjechali
na komendę.
Nie złożyli zawiadomienia do końca, gdyż zadzwonił telefon.
Dzwonił komendant. Nie będę rozwodził się nad tym co się tam
działo. W każdym razie odstąpili od zgłoszenia. Myślę, że otrzymali
propozycję spotkania z kardiologiem co w konsekwencji przerodziło
się na ofertę finansową, nie do odrzucenia. Co się mieli rozczulać,
w końcu nic specjalnego się nie stało. Ot, mała odskocznia od dnia
codziennego. Sprawę zatuszowano, kardiolog mógł jeździć corollą
z podniesioną kierownicą.

Żona kolegi była w którymś tam miesiącu ciąży. Były kłopoty
z donoszeniem więc położono ją w szpitalu. Nie muszę nadmieniać,
że na oddziale kardiologa. Nie znam się na tym dlatego też, nie
potrafię połączyć ginekologii, kardiologii i czegoś tam jeszcze. Kolega
widocznie potrafił więc ochoczo zgodził się aby jego małżonka
donosiła ciążę kardiologiczną.
Tam dziewczynie coś odbiło, zaczęła zachowywać się jak wuwuzela.
Ustawiała pielęgniarki, lekarzy, salowe. Zbyt ostentacyjnie
okazywała swoje niezadowolenia. Myślała, że będzie leżeć na
kozetce komendanta, w jednoosobowym pokoju z widokiem na park
a nie w sali ogólnej z plebsem.
Przeliczyła się, stąd jej frustracja. Kolega zresztą też okazywał
swoje niezadowolenie. Na zwracane uwagi o niestosowności zachowania,
nie reagowała. Zachowywała się jak pani na włościach.
Doszło do tego, że wywalili ją ze szpitala na zbity pysk. Pamiętam
jak mąż wuwuzeli powiedział: — My się jeszcze spotkamy.

On okropnie wzburzony, ona zapłakana, nie potrafiąca wypowiedzieć
słowa.
Przyszli złożyć doniesienie na kardiologa.
DYŻUR OPERACYJNY MIAŁ MĄŻ WUWUZELI
Zgłaszająca była u kardiologa z wizytą prywatną. Skarżyła się
na dolegliwości sercowe. Kazał jej się rozebrać do naga i położyć na
kozetce. Trochę zdziwiona, ale uczyniła co kazał. Zaczęło się obmacywanie.
Na uwagi, nie reagował.
Nie pozwolił jej wstać, robił swoje. Uciekła nago w momencie,
gdy podbiegł do zlewu. W poczekalni czekał mąż. Chciał na miejscu
wymierzyć sprawiedliwość, ale kardiolog uciekł do drugiego pokoju
zamykając za sobą drzwi na klucz.
Zgłoszenie błyskawicznie przyjęto. Kolega zadbał o to aby udokumentować
zdarzenie we wszystkich obowiązujących dokumentach.
Chciał w ten sposób uniemożliwić zatuszowanie sprawy
i odegrać się za „krzywdę” żony-wuwuzeli.
Inaczej mówiąc, spotkali się.
W trakcie rozmowy z poszkodowaną, zadzwonił komendant,
chciał się zorientować w sprawie. Wiedział o zdarzeniu, gdyż był
u niego kardiolog prosząc o pomoc.
Stary, gdy dowiedział się, że nie ma szans na odkręcenie tematu,
wygonił kardiologa z domu pozostawiając go z problemem nie
do rozwiązania. Nie pomogły wcześniejsze układy, sala z widokiem
na park, kozetka…
Natychmiast powiadomiono prokuratora. Ordynatora zatrzymano
w areszcie.
Kolega zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, powiadomił
o sukcesie żonę. Cieszyli się razem, przy czym ona powiadomiła
o wszystkim znajomych a ci…
Huczało całe miasto.
Kardiolog nie dostał aresztu i słusznie, bo nie było za co.
Wrócił do domu, siadł w fotelu, myślał. O czym, nie wiem. Po
pewnym czasie zamocował sznur przy klamce. Pętlę zarzucił na szyję...
szarpnął.
W tym samym momencie do domu przyszła zona. Był nieprzytomny,
ale dzięki zimnej krwi najbliższej mu osoby, uratował życie.
Żył jeszcze cztery dni.
Nie wychodził z domu, ciągle myślał, przeżywał sytuację.
W końcu postanowił z tym skończyć. Pod nieobecność domowników…
Żona znalazła go wiszącego w piwnicy. Sznur przymocował
do rury ciepłowniczej. Skutecznie.

ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB


Ona piękna i młoda. On młody, brzydki, taki dzwonnik z Notre
Dame. Miał jednak zaletę. Był właścicielem bardzo dużego gospodarstwa
i bardzo dużej kasy na koncie. Ten trzeci był przystojny,
młody i ksiądz. Mówili, że chodziła do niego na spowiedzi. Nic to, że
wieczorami, nocą czy w dzień. Chodziła i tyle. Dla niej drzwi kościoła
otwarte były zawsze. Wiedzieli o tym wszyscy oprócz „Dzwona”
i jego rodziny. Ślubu udzielał ten, który nie zamykał przed nią drzwi.
Mówili, że cieszył się z uroczystości, bo miał już dość jej natarczywości.
Na zewnątrz słoneczko a wewnątrz kościoła pełno gapiów,
zaproszonych gości, kwiatów, zapachu potu, uśmiechniętych, radosnych
twarzy.
Po pełnej radości mowie tego trzeciego, zaproszeni udali się
do miejsca zamieszkania „Dzwona”. Tam w adaptowanej na salę
stodole, czekała orkiestra. Pierwszy taniec wyskakał ten trzeci.
Potem z gracją przekazał pannę młodą właścicielowi. Rozpoczął
się bal. Co prawda, jakoś tak inaczej ale zawsze bal. Ojciec pana
młodego zarządził podanie kawy i ciasta. Ludzie głodni jak bezpańskie
psy a tutaj kawa zamiast rosołu. Słychać było szmerek
niezadowoleni, ale kultura wzięła górę. Widać było uniesione do
góry i lekko zakrzywione, malutkie palce dłoni trzymających filiżanki.
Wódka na stole była od zaraz. Popijano kawą i ciastem.
Po około dwóch godzinach było już dobrze. Nikt nie myślał
o rosole tylko o tańcach. Sielanka skończyła się po około trzech
godzinach. Radosnego walczyka przerwał potężny krzyk matki
Dzwona”. Ona pierwsza zobaczyła bezwładnego męża z grubą
pętlą na szyi, skręconą na klamce drzwi wejściowych prowadzących
do pomieszczenia gospodarczego. Spoglądał na gapiów tym
swoim kpiącym uśmieszkiem. Wyraźnie widać było, że wszystkich
ma poniżej pasa. Dlaczego się powiesił, dlaczego w trakcie
wesela syna, nie wyjaśniono. Najprawdopodobniej wówczas
dowiedział się o przedślubnym romansie synowej z księdzem.
Dla mnie to pryszcz, dla niego, człowieka głęboko wierzącego,
tragedia.
Przyjechało dwóch posterunkowych załatwić sprawę. Dla kurażu
wlano im po szklance. Nie odmówili. Potem poprawili i zażądali
aby zagrała orkiestra. Władzy się nie odmawia. Zaczęto od „DOBRY
JEZU”, potem zaczęły lecieć melodie i piosenki biesiadne. Panowie
prosili panie, potem panie panów i nie tylko. Co jakiś czas wzywano
do modlitwy, które przerywano toastami.
Około 6-tej rano towarzystwo zaczęło się rozchodzić, rozjeżdżać.
Młodej parze życzono wszystkiego naj, naj. O desperacie nie
pamiętano. On był już w innym świecie.

PIĘKNA I BESTIA


Widywałem ją często, często też oglądałem się za nią. Mam
gust, wiedziałem co robię. Była ładna, zgrabna i bogata. Znaczy, nie
ona bogata tylko tatuś, ale…
Wiedziałem, że nie mam szans lecz oglądać się mogłem. Tyle
mojego. Pamiętam, spojrzała na mnie jeden jedyny raz. Nie potrafię
określić tego spojrzenia.
Myślę, że była bardziej zdumiona niż zachwycona. Co ja tutaj
na jej temat, ma być o gwałtach. Godzina 16. Siedzę za biurkiem,
kawa ARABICA w filiżance z metalową obudową, TRYBUNA LUDU
w dłoniach, czekam na wydarzenia. Nie czekam długo. Potężny
krzyk na korytarzu. Podskakuję na krześle. Co jest? MILICJA!!!.
MILICJA!!!, łapcie tego sk...syna. ZABIJĘ!!! NIE PODARUJĘ,
MILICJA!!!
Wyskakuję jak oparzony. Zamurowało mnie. To niemożliwe.
ONA. Szlochająca, w objęciach oszalałego tatusia. Uspokajam
gościa.
Panie, tu nie rykowisko. Co się stało???
Córkę mi zgwałcił, sku...syn. Zabiję.
Obiecuję, że pomogę
Panią skrzywdzono? — pytam.
Potwierdza łkając. Miała wówczas 19 lat. Była ładna, nawet bardzo
ładna. Łzy dodawały jej uroku. Pytam co się stało. Ona nic tylko
płacze.
Odpowiada tatuś. Co trzecie słowo, że zabije. W końcu wnerwiło
mnie to. Zapytałem kogo gwałcili, jego czy córkę. Wyprosiłem na
korytarz. Zostałem z nią sam na sam. No nie, do dzisiaj pamiętam
jej wzrok. Zazdrościłem gwałcicielowi, naprawdę zazdrościłem. Dzisiaj
już nie, ale wówczas. Zaczęła opowiadać:
Do tatusia przyjechał pan mecenas. Omawiali jakąś sprawę.
Wypili trochę wódki.
Tatuś nie mógł odwieźć gościa na dworzec PKP. Poprosił abym
odprowadziła.
Mieliśmy do przejścia odcinek 500 m prowadzący przez niezagospodarowany
park. Tam rzucił się na mnie i zgwałcił. Broniłam się
rozpaczliwie, ale nie miałam siły-.
Opowiedziała wszystko dokładnie. Była wiarygodna. Szybko
ustaliłem dane pana mecenasa. Mieszkał 60km od miejsca zdarzenia.
Na dworcu PKP w G. już go nie było.
Siedział w pociągu zadowolony z życia Wracał do domu. Nie
wiedział co go czeka.
Był bardzo zdziwiony, gdy po wyjściu z pociągu założono mu
kajdanki i poproszono do radiowozu. Jechał z powrotem. Czekałem.
Nie będę ukrywał, wiedziałem, że dostanie „popalić”. Skrzywdził
moją ślicznotę. Gdy wprowadzono mecenasa do pokoju, zdębiałem.
Szok… karakan, przykurcz taki, 160 cm. wzrostu, waga około
48 kg.
Taki dobrze wypasiony kogut. Przestraszony, nie wie o co chodzi.
Proszę aby usiadł.
Mówię dlaczego wrócił. Jest zdumiony, wszystkiemu zaprzecza,
zaklina na wszystkie świętości. Potwierdza, że się z dziewczyną
kochał, ale nie gwałcił. Nie daję za wygraną. „Walczę” z nim ponad
dwie godziny. Nie przyznaje się do niczego. Wychodzę do pokoju,
gdzie kolega spisuje zeznania mojego bóstwa. Dalej zanosi się płaczem.
Mówię, że mecenas idzie w zaparte Jest oburzona. -Cham —
mówi.
Potwierdzam nieśmiało. W tym momencie zwątpiłem. Nie wiem
dlaczego, ale zwątpiłem. Wołam kolegę:
Stary, coś nie tak. Dziewczyna o głowę wyższa od wstawionego
apsztyfikanta. Mogła go zabić, gdyby chciała.
Może nie chciała? –pyta- Dobra, wezmę się za nią.-odpowiada.
Zaczyna się bal.
Obrabiam” mecenasa, wmawiając dokonanie gwałtu. Kolega —
moje bóstwo wmawiając, że kłamie. Mecenas płacze. Ona jeszcze
bardziej. Pozostają przy swoim. Koniec na dzisiaj.
Facet na dół, do piwnicy, poszkodowana do domu. Umawiamy
się na jutro. Jak to ładnie brzmi; UMAWIAMY SIĘ. Rano odnowa Polska
Ludowa…
Ona swoje, on także. Decyzja, aby jechać z nim do prokuratora.
Dostaje trzy miesiące aresztu. Idzie na dół. Nie muszę się spieszyć.
Mam czas. Porozmawiam z nią.
Nie wie o areszcie, dalej potwierdza swoje zeznania. Nie chce
nic zmieniać.
Zgwałcił i już, cham jeden. Po trzech godzinach rozmowy
mówię :
Wiesz, że jest żonaty, nie? -Wiesz, że ma dzieci, nie? -Wiesz,
że przesrał sobie życie, nie? No jak, wiesz?
Wiem, ale to jego wina –odpowiada.
Posłuchaj teraz. Za chwilę dzwonię do jego żony i powiem
co się stało Musze to zrobić, przecież od wczoraj nie ma go
w domu. Nie może się niepokoić. Niech wie jakiego spryciule
ma pod dachem. Przed momentem przywieźli go z prokuratury.
Dostał trzy miesiące aresztu. Jeżeli będziesz się upierała, pójdziesz
za nim. Czas żartów się skończył!
Ostatnie słowa wykrzyczałem. Cały czas patrzyłem jej
w oczy. Nie wytrzymała ciśnienia. Zaczęła potwornie szlochać
Co, żal ci chama? Nie płacz, przecież cię zgwałcił, ślicznotko-
Kpiłem z niej
Dobrze, powiem jak było. Opowiadała krótko, bo scenariusz
był krótki.
Szli przez park, pomyślała, że czas dowiedzieć się jak to jest.
Położyła głowę na jego ramieniu.
Pamięta, że był tym zdumiony. Po sekundzie odezwał się w nim
lew. Wspiął się na palcach..
Gdy wróciła do domu, przestraszyła się mamy. Nie potrafi
powiedzieć dlaczego. Przestraszyła i koniec. Zaczęła od płaczu. Na
pytanie o powód, opowiedziała o „gwałcie”. Ojciec się wściekł,
postanowił zabić. Potem zrezygnował.
Mecenas rozwiódł się z żoną. Ją widuję czasami.
Dalej ładna.

RELAKS


Jak zwykle, zaczęło się od krzyku.: Zgwałcił, zgwałcił… Przy tym
płacz, łzy jak grochy, rozmazany makijaż. Nie znam się na tym, ale
wyraźnie widać, że oczy podmalowane ołówkiem kopiowym. Proszę
aby usiadła. Uspokajam, częstuję sportem to papieros, bardzo
popularny w tamtych czasach. Były poznańskie i radomskie, znacznie
lepsze. Podobno dodawano do nich tytoń. Poznańskie robiono
wyłącznie ze słomy. Częstuje się. Przypalam, lekki sztach, kaszelek.
Jest dobrze. Spojrzałem kontem oka. Lekko przytłuszczona 25 -latka.
Proszę aby opowiedziała co i jak.
Konduktorka autobusowa. Pracę zakończyła o 23.20. Rozliczyła
bilety, a z uwagi na zbyt późną porę poszła na taxi. Mieszkała
w hotelu robotniczym. Wsiada do taxi, za nią NN facet. Kierowca
rusza pod wskazany przez nią adres. Nie rozumiem, pytam o faceta.
Dlaczego wsiadł, dlaczego nie protestowała, co taksiarz na to. Nic,
żadnej reakcji. Wsiadł i tyle. Taryfa zatrzymuje się przed hotelem.
Płaci kasę, wysiada, a za nią NN facet. Przed wejściem do hotelu
rzuca się na nią, wciąga do piwnicy, gwałci. Bała się okropnie, nie
miała sił krzyczeć. Nawet dziecko wie, że dziewczę opowiada bzdury.
Ale cóż, czynności muszę wykonać. Wołam do pomocy technika.
Zdarzenie miało miejsce blisko Komendy. Idziemy piechotą.
Wchodzimy do piwnicy.
Nie ma światła. Dobrze, że wziąłem latarkę. Dziewczyna pierwsza,
ja za nią.
Cały czas podświetlam korytarz. Nagle co to… Majtki na ziemi.
To tutaj, stwierdzam.
Potakuje głową. -Pani majtki? Zaprzecza. A czyje? — nie daję za
wygraną. Upiera się, że nie jej. Nie mogę udowodnić, że jej, bo jak?
Przecież nie rozbiorę, aby sprawdzić. Kolega się wściekł. Śpiący był,
dlatego. Mnie zaczyna wszystko bawić. Ostrzegam ją, że źle skończy
kłamiąc. Mówię, że nie było gwałtu, że wie z kim poszła do piwnicy.
Upiera się. Nie mam wyjścia, muszę szukać sprawcy. Wiem co
się stało, wiem kto poszkodowany, nie wiem kto nabroił. Pierwszy,
o którym pomyślałem, to kierowca autobusu, z którym kończyła pracę.
Nie znała jego nazwiska, imienia gdyż krótko pracowała. Wykonałem
telefon do dyspozytora i wszystko wiedziałem. Godzina 1
z groszami, pukamy do faceta, nawiasem mówiąc, starego kawalera.
Właśnie się wykąpał. Był w szlafroku. Proszę, aby się ubrał. Mówię,
że mam do wyjaśnienia pewną sprawę. Był „podcięty”. Jedziemy
na pogotowie pobrać krew. Tam się postawił, zaczął walczyć, nie
chciał oddać krwi. Lekarz bał się, że złamie igłę. Odmówił pobrania.
W Komendzie mówię dlaczego ze mną przyjechał. Pytam, czy
mu nie wstyd krzywdzić koleżankę z pracy. — Tak myślałem, że
o to chodzi. Trzeba było od razu, a nie ciągać mnie po szpitalach —
mówi. Panie, powiem szczerze jak było.
Słucham z zainteresowaniem.
Koniec pracy. Rozliczyliśmy kursy. Ona u nas nowa. Pomyślałem,
że może się uda.
Zaproponowałem nieśmiało, że może gdzieś pójdziemy. Zgodziła
się ochoczo, proponując pokój w hotelu, gdzie mieszka. Moje
koszta, to zapłata w kwocie 100 zł.
ZET SKI
102
Poszliśmy na postój taxi. Zamówiła kurs i pojechaliśmy. Przed
wejściem do hotelu powiedziała, że do pokoju nie pójdziemy, gdyż
mieszka z koleżanką.
Zaproponowała piwnicę. Zgodziłem się. Po wszystkim przypomniała
mi o zapłacie.
Wie pan, zdenerwowała mnie tym. Jak mogła? Powiedziałem, że
jeżeli jeszcze raz wspomni o pieniądzach, spiorę ją. Uciekła. Myślałem,
że udała się do pokoju, a ona pobiegła do was. Zapytałem
o majtki. Potwierdził, że jej, sam zdejmował.
Zapomniała założyć przed ucieczką. Udałem się do pokoju,
w którym czekała.
Powiedziałem jak było pytając, czy dalej podtrzymuje zgłoszenie
o gwałcie.
Wycofała wszystko. Stwierdziła tylko, że żal jej 100 zł, które
obiecał.
Brak wypłaty był powodem zgłoszenia „gwałtu”. Następnego
dnia zwolniła się z PKS-u.
Wiedziała, że nie ma tam dla niej miejsca. Nie wiem gdzie wyjechała.
Nie szukałem.

NYGUS


Nygus pierwszej wody. Robił wówczas, gdy musiał. Tym razem
CHCIAŁ. Przyszła wieczorem. Zapłakana, jak wszystkie. On, kawalarz,
dziwak, a do tego przystojniak, spojrzał na nią i powiedział: -
Jak ty wyglądasz, dziewczyno? Weź grzebień, uczesz się, wytrzyj łzy,
potem porozmawiamy.
Przeprosił i wyszedł po papierosa. Gdy wrócił, zdębiał. Przed
nim siedziała piękna dziewczyna. Laleczka wprost. Opowiedziała, co
ją spotkało.
Zrobił wszystko, aby złapać gwałciciela. Niestety, nie dało rady.
To wrzód na jego dupie. Podobno szuka do dzisiaj. Społecznie,
fakt, ale szuka. Czy znajdzie, nie wiem. Najważniejsze w tym
wszystkim jest to, że po czterech miesiącach od pierwszego spotkania
pobrali się. Mają jedno dziecko.
Gdyby tak dobrze policzył…
Są szczęśliwym małżeństwem.

TO BYŁ ZWYCZAJNY, CIEPŁY DZIEŃ


Wracaliśmy z pola. Trochę brudni od kurzu, zmęczeni, ale weseli.
Najwięcej dokazywał Józiek. Znał dużo przyśpiewek, wierszyków,
żartów. Jeden z wierszyków, który zapamiętałem to :
Za stodołą, gdzieś na płocie, Kogut gromko pieje.
Zaraz przyjdę, miła, do cię
Tylko się odleję.
Śpiewał, gadał, śmiał się. Non stop, jak mówią bigbitowcy. Miał
melodię.
W końcu zamilkł. Zamilkł, gdy przechodziliśmy obok słupa
wysokiego napięcia. Nikt nie zwrócił uwagi gdy błyskawicznie
wdrapał się na jego szczyt. Krzyknął coś niezrozumiałego. Spojrzałem
w górę, zauważyłem, że łapie dłonią elektryczny przewód.
Potem widziałem już tylko dym i spadającego Jóźka.
Do dzisiaj pamiętam głuchy odgłos ciała spotykającego się
z ziemią.
Najbardziej przytomnie z nasz wszystkich zachował się Gienek.
Szybko przeszukał kieszenie Jóźka. Wyciągnął z nich papierosy
Popularne”, które potem z tych nerwów wypaliliśmy. Czy Józiek
miał jakieś pieniądze, nie wiem.
Wiem tylko, że Gienek tego wieczoru bardzo się upił.
To wszystko co mam do zeznania w tej sprawie.

BALETMISTRZ


To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Przystojniak z lekko przekrwioną twarzą. Mówił, że to nadciśnienie
z którym walczy, ale tak w ogóle to jest zdrów. Wierzyła, co
miała robić. Była zakochana po uszy a kto kocha wierzy, ufa. Objawy
choroby wystąpiły po około dwóch, trzech miesiącach od chwili
sakramentalnego TAK.
Zaczął wracać z pracy lekko „szurnięty”. Gdy poczuł się pewniej,
przychodził pijany każdego dnia. Coraz częściej miał pretensje,
coraz częściej podnosił głos. Pierwszy raz uderzył po czterech
miesiącach. Uderzył mocno. Przewróciła się raniąc głowę. Nie pozwolił
dzwonić na żadne pogotowie, ranę opatrzył sam. Gehenna trwała
czternaście lat. Pił, bił i kochał. Pił, bił i kochał…
Hłasko opisywał faceta, który miał czworo urodziwych chłopaków
z włosami koloru czarnego. Piąty urodził się rudy. Dla gościa
to tragedia. Nie mógł się z tym pogodzić. Sięgnął po wódkę
a następnie rozpoczął bicie. Bił żonę i pytał czy to ostatnie jego,
czy nie jego. Zaklinała na wszystkie świętości, że jego. Nie wierzył.
Dalej pił, bił i pytał. Tak każdego dnia. Podczas ostatniego picia
i bicia, gdy była umierająca, powiedziała:
Ostatnie twoje, pierwsze czworo, NIE.
To jej ostatnie słowa.
Ten od Hłaski miał jakieś wytłumaczenie ale ten z przekrwioną
twarzą żadnego. Bił z błahych powodów. Przychodził o czwartej
rano i bił, że śniadania nie ma. O tym, że bił bo chłodnik zbyt chłodny,
nie wspomnę. Każdy powód był dobry. Bił dla sportu i jak twierdził,
dla utrzymania dyscypliny. Z tego „szczęśliwego” związku urodziło
się dwoje dzieci. W dniu, gdy oddał ostatnie tchnienie, starszy
syn miał 14 lat, młodszy 12.
Wrócił do domu późną nocą. Oczywiście na alkoholowym haju.
Ściągnął lubą z łóżka i zaczął maltretować. Miał pretensje, że nie
czekała na jego powrót z baletów tylko poszła spać. Bił mocno. Nie
krzyczała. Bała się. Takim diabłem jak tej nocy, nie był nigdy.
Leżała na podłodze, gdy przestał kopać. Bardziej wierzgał
nogami niż kopał. Nieśmiało otworzyła oczy… Za ojcem stało
dwóch synów. Jeden i drugi trzymali w dłoniach sznur, którym
opletli ojca szyję. Każdy ciągnął w swoją stronę. Ciągnął ile tylko
miał sił. Ten z przekrwioną twarzą walczył jak lew. Nie miał
żadnych szans tym bardziej, że maltretowana postanowiła chłopakom
pomóc. Błyskawicznie chwyciła za nogi. Kiedyś musiała
je całować, teraz nastąpił czas rewanżu. Nie chciała być więcej
kopana.
Pierwszy ochłonął starszy syn. Poluzował sznur, ojciec osunął
się na podłogę, bezwładnie, jak worek ziemniaków. Młodszy zaczął
okropnie płakać. Matka trzymała nogi męża w żelaznym uścisku
jeszcze przez kilka minut. Chciała być pewna, że tyran więcej nie
wstanie. Nie wstał.
Potem, ze starszym synem, usiłowała upozorować samobójstwo.
Zrobili to nieudolnie. Na pierwszy „rzut” oka wiadomo było, że
samobójstwo jest grubymi nićmi szyte.
Wziąłem starszego chłopaka do pokoju obok i powiedziałem:
Opowiedz.
Opowiedział. Wszystko brał na siebie. Po kilku dniach powiedział
mi, że nie chciał aby mama dalej cierpiała. Kochał matkę. Matka
jego też.