niedziela, 23 lutego 2020

KONIE


Kochaliśmy konie. Ostatnią woltyżerkę zaliczyliśmy gdy miałem
8 lat, On 10. Pamiętam jak dziś. Słoneczna niedziela, nudy
w miasteczku a nas nosi. Zaproponował wypad do znajomego
gospodarza. To nic, że 10 km od naszego miejsca zamieszkania.
Jesteśmy młodzi, damy radę. Oczywiście nikomu nie zgłaszaliśmy
spaceru. Poszliśmy tak jak staliśmy. Wiedzieliśmy, że gospodarz
nakarmi, napoi, opierd...li, że tak bez zaproszenia itd.. Ale cóż,
w życiu trzeba być twardym. Wchodzimy na podwórko a gospodarz
z rodziną wychodzi do kościoła. Mówimy, że my tylko tak, że poczekamy
itd. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, my do stajni. Tam czekała
na nas stara, ledwo żywa, klacz. On na nią wsiadł, ja odczepiłem
od zamocowania, strzeliłem batem. Wyrwali ze stajni jak Zorro na
swoim ogierze. Gnał na niej jak oszalały. Gnał polem, lekko pod górkę.
Potem z powrotem i znów i znów… Przyglądałem się z podziwem,
zazdrością bo nie umiałem tak. Podczas kolejnego powrotu
klacz nie wytrzymała. Stanęła jak wryta. On przeleciał dziesięć
metrów w powietrzu. Całe szczęście, że nic się nie stało. Wstał,
otrzepał się, konia za grzywę i do stajni. Miał opory, koń nie On, ale
daliśmy sobie z tym radę. Potem biegiem do lasu i kierunek dom.
Szliśmy lasem bojąc się, że gospodarz zauważy wyczerpanego, spoconego
konia i zacznie nas szukać. Lasem bezpieczniej. Do domu
wróciliśmy wieczorem. Ojciec grzecznie spytał gdzie byłem. Odpowiedziałem
prawdę. Zaczął się bal. Dostałem taki wycisk, że do dzisiejszego
dnia nie siedziałem na żadnym koniu. On przeżył podobną
przygodę z tym, że nie przestał koni kochać. Potem nasze drogi się
rozeszły. Wyjechałem do innego miasta. Praca, rodzina. On podobnie
z tym, że bez koni nie widział życia. Założył stadninę. Zawsze
gdy byłem w jego rewirach, wpadałem porozmawiać, pośmiać się,
popatrzeć na konie. Piękne, sportowe konie. Sprzedawał ośrodkom
sportowym, Niemcom i naszym nowobogackim. Kto miał kasę mógł
kupić. On kasę miał, więc pił. Pił coraz więcej i więcej. Mnie powiedział,
że załamał się po śmierci 12-letniego syna. Ja wiem, że powód
picia był inny, mniej złożony. Pił bo musiał. Jako dowód, że pić nie
musi powiedział: -Tutaj stała flaszka wódki. Stała dwa tygodnie
i nic. — Ok, mówię, ale już nie stoi. Ukradł ktoś? Nie odpowiedział.
Jeden z jego braci, młodszy, kręcił i kręci dobry interes. Drugi, starszy,
ponad 20 lat mieszkał w Stanach. Wyjechał obrażony na komunę.
Wrócił goły, bosy i dumny. Odnosiłem wrażenie, że wstydzi się
brata, jego pijaństwa. Przyjechał na stadninę pożyczyć pieniądze.
Niestety, miał pecha, trafił na pijaństwo. Na stole stała kolejna,
jeszcze nie zaczęta butelka wódki. Odkręcił i wylał całą zawartość.
Powiedział, że tutaj nie będzie żadnego pijaństwa. Biesiadnikom,
oprócz brata, kazał wynosić się w cholerę. Kolejny raz miał pecha.
Przeliczył się. Nie był u siebie, to raz. Dwa, to fundator nie wypitej
lecz wylanej wódki. Wstał i pijackim głosem zapytał: -Gdzie ty gnoju
byłeś, jak on zaczął pić i staczać po równi pochyłej? Nie było cię, nie
interesował cię brat tylko jego pieniądze. Do tego był ci potrzebny.
Posłuchaj, gnoju. Masz pół godziny na odkupienie i przywiezienie
mojej wódki. Zostałem do stajni zaproszony na wódę. Nie
jestem dziadem, kupiłem flaszkę, bo moja też dobra. Tutaj ta butelka
zostanie wypita. Teraz sp… aj po płyn. Wypchnął go ze stajni
i siadł do stołu zastawionego kiszonym ogórkami i popitką w postaci
wody z kranu. Czekali. Po 25 min zjawił się „fundator”. Bez słowa
postawił butelkę na stole i wyszedł. Po tygodniu od tego zdarzenia
zmarła, pokonana przez chorobę, żona właściciela stadniny.
Na pogrzeb przyleciała ze Stanów córka. Przebywała tam nielegalnie
ładnych parę lat. Przylatując do Polski zamknęła sobie drogę
powrotną. Wiedziała o konsekwencjach, chciała jednak pożegnać
matkę. Szybko zorientowała się, że ojciec nie jest w stanie prowadzić
stadniny. Myślę, że pomogli jej w tym wujkowie. Nie wiem jak
to zrobiono, ale cały majątek (stadnina, dom, ziemia) został przepisany
na nią. Za prowadzenie interesu wzięła się w typowo amerykański
sposób. Odcięła ojca od wszystkiego. Zabroniła wychodzić
z mieszkania, zabrała klucze od domu, zabrała także telefon. Zrobiła
z niego więźnia. Bał się jej gniewu a mimo to wyskakiwał przez
okno i wychodził. Jednemu z naszych wspólnych znajomych powiedział,
że zdążyła pożyczyć 7000 dolarów gołemu i bosemu wujkowi.
Podobno był w potrzebie. Stwierdził, że córka zostanie oskubana do
zera.
Nie mógł przeboleć, że nie może zobaczyć swoich koni. Tęsknił.
W końcu nie wytrzymał. Pojechał. Miał cichą nadzieję, że nie
spotka córki. Niestety dla niego, była. Zrobiła karczemną awanturę,
kazała natychmiast wracać do domu. Wrócił. Poszedł prosto do
garażu. Przygotował taboret na który wszedł. Do haka przymocował
stare lejce. Potem okręcił nimi szyję. Skoczył… Byłem na pogrzebie.
Niedaleko mnie stało kilku „trzaśniętych” gości. Jego kumple od kieliszka.
Mieli jedną wspólną wiązankę kwiatów, ale mieli. Goły i bosy
brat, kręcił się w promieniu 40—50 m od grobu. Zachowywał się
tak jakby się wstydził, inteligent pieprzony. Zamieniłem z nim kilka
słów, bo tak wypadało. Młodszy spóźnił się godzinę. Właściwie przyjechał
gdy było już po. Córka trzymała się dzielnie. Nerwy puściły
później, gdy zebrani zaczęli się rozchodzić. Rozpłakała się okropnie.
Wiem z całą pewnością, że chciała ojcu pomóc. Szkoda, że wybrała
tak drastyczną drogę. Szkoda, że nikt jej nie pomógł. Szkoda, bo ona
i On, mogli cieszyć się końmi jeszcze bardzo długo. Szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz