On,
rolnik na 24 ha ziemi, wdowiec z dwójką małych dzieci. Ona
mieszkanka
sąsiedniej wsi, wiekowa panna. Poznali się, pokochali
i
zamieszkali pod jednym dachem. Byłą dobrą gospodynią. Dobrze
gotowała,
dbała o dom, dzieci, męża. Był z niej dumny. Nie mógł
nadziwić
się jej gospodarności, zaradności i w ogóle. Nie miał pretensji,
że
odwiedzała biednych rodziców, mieszkających w sąsiedniej
wsi.
Jeździła do nich rowerem, przynajmniej raz w tygodniu.
Jeździła
wówczas, gdy w domu wszystko było ok. On nie odwiedzał
teściów,
nie lubił ich. Byli znacznie biedniejsi od niego, więc o czym
miał
z nimi rozmawiać. Uważał się za kogoś lepszego. Nie dawał
tego
odczuć, ale…
Tego
dnia wrócił do domu wcześniej niż zwykle. On wrócił, ona
wyjeżdżała
do swoich. Zainteresowała go torba, którą miała przy
sobie.
„Co tam masz” zapytał. „Nic specjalnego” — odpowiedziała.
Poprosił
aby pokazała. Otworzyła torbę. Spojrzał i… -To taaak?…
Ja
krwawicę zostawiam w polu a ty żarcie swoim starym wywozisz?
Nie
mają co żreć? -Do domu, natychmiast!!! -krzyczał. — Przecież
to
tylko 10 jajek, trochę ziemniaków i cebula. Wyrwał torbę,
wysypał
wszystko na ziemię, zaczął deptać zawartość. Zanim się
zorientowała,
złapał za włosy, zaciągnął do domu i skatował niesamowicie.
Wymusił
przy tym aby powiedziała ile razy i co wynosiła. Bała
się
bicia więc przyznała, że co jakiś czas zawoziła mamie ziemniaki,
jajka,
słoik weków i takie tam. Usiłowała tłumaczyć, że to przecież
nic
złego dbać o najbliższych, którzy są w podeszłym wieku i
wymagają
pomocy.
Nie przyjmował tego do wiadomości. Kategorycznie
zabronił
cokolwiek z domu wynosić. — Bez mojej zgody nic w tym
domu
nie może mieć miejsca — zaznaczył. Obiecała. Przekonana
była,
że na biciu sprawa się skończy. Niestety, każdego dnia
przypominał
o
tym, krzyczał na nią. Uważał, że go okradała. Wszystko inne
przestało
być ważne. Nawet to, że pracowała na równi z nim, była
gospodarna,
zaradne, że dbała o dom, dzieci o niego. To nie miało
żadnego
znaczenia. Najważniejsze były wywożone jajka i ziemniaki.
O
niczym innym nie mówił tylko o tym. Albo był prymitywny, albo
na
tym tle dostał jakiegoś pierdolca. Nie wiem. Pracował w polu,
gdy
przyszła do niego z jedzeniem. Smakowało jak nigdy. Zjadł,
uśmiechnął
się, poklepał po brzuchu i powiedział, że nigdy tak
dobrze
nie przygotowała posiłku jak dzisiaj. Odwzajemniła uśmiech.
Spojrzał
na nią i powiedział: -Tylko nie myśl, że zapomniałem
o
twoich kradzieżach. To zostanie we mnie do końca życia. Nie
wytrzymała.
Wygarnęła wszystko co miała w tym temacie do powiedzenia.
Potem
siadła na ziemi i zaczęła płakać. On się wściekł. „Nie
dość,
że kradnie, to jeszcze ma pretensję” pomyślał. Błyskawicznie
odczepił
konia od brony, wziął w ręce kłonicę, podszedł do niej od
tyłu.
Podniósł kłonicę do góry… Jeszcze płakała. W domu
powiedział,
że
mama wyjechała. Dbał o dzieci nie gorzej od niej. Dbał
przez
trzy dni. Czwartego dnia rano, znajoma ze wsi zobaczyła go
na
dworcu kolejowym w najbliższym miasteczku. Zastanowiło ją, że
stoi
z drugiej strony torów a nie tam gdzie pasażerowie wsiada-
ją
do pociągu. Nawet pomachała do niego, ale nie zauważył. Być
może
nie chciał. Dzisiaj sądzę, że było mu to obojętne. Rzucił się
pod
nadjeżdżający pociąg, którym odjechać miała sąsiadka.
Mieliśmy
szczęście,
bo dzięki niej dowiedzieliśmy się do kogo należy
głowa
i tułów. Pojechaliśmy do jego domu poinformować żonę
o
zdarzeniu. Dzieci mówią, że mamy nie ma, wyjechała. Pytamy
o
szczegóły. Aha… poszła w pole z jedzeniem i wyjechała. Nikt nie
widział
jak się przebierała. Nikt nie widział jej w mieście. Widziano
ją
tylko w polu. Potem już nic, cisza. Jej nie ma. On bez głowy. Coś
jest
nie tak. Decyzja: „Przeszukać pole” Było tego, fakt, ale poszło
w
miarę szybko. W jednym miejscu było bardziej miękko niż gdzie
indziej.
Jeden z pomagających nam ormowców zainteresował się
miejscem,
takim trochę innym. Krzyknął, że tutaj jest coś nie tak. Po
krótkim
kopaniu zobaczyliśmy jej ciało.
Dlaczego
popełnił samobójstwo? Nie wiadomo tak na
100%.
Nie zostawił żadnego listu. Myślę, że dręczyło go sumienie.
Wiedział,
że sprawa ujrzy światło dzienne, że pójdzie na długie lata
do
więzienia.
Dzieci,
nikt z jego rodziny nie chciał przyjąć. Zaopiekować się
nimi
chciała jej matka. Niestety, była to pani w podeszłym wieku.
Dziećmi
zaopiekował się Dom Dziecka.
Przecież
to tylko 10 jajek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz