niedziela, 23 lutego 2020

TRYPTYK NIEDZIELNY (I NIE DZIELNY) W WISIELCZYM HUMORZE


Co pijemy? Lubię bimber, ale tutaj berbeluchy nie podają -
zaśmiałem się przy tym.— Umówmy się tak. Opowiadasz, ja stawiam.
Ciebie nie interesuje co i za ile. Pijemy razem, ty opowiadasz, ja słucham,
nie zadaję pytań. W końcu Pulicer będzie na moje
konto, nie twoje. Stać mnie na to aby postawić akonto. Zgoda?
Zgoda. Zawsze padałeś na cztery łapy, ale ok. Mówisz i masz.
Zamówiłem butelkę „krupniku” Zawsze tą wódę lubiłem choć
nigdy nie piłem. Wiem, że to dziwne, ale tak było. Być może dlatego,
że nigdy trunku w sklepach nie było, był smak. Teraz jest trunek
i smak na wyciągnięcie ręki, za jedyne 20 złotych.
-Zdrowie. Jedziemy…
-To była jedna, ośmiogodzinna służba. Służba jak służba,
mówią, ale nie tym razem. Niedziela, letni poranek 1976 r.
W nadzwyczajnie zielonej, starszej części Nowej Huty jest wietrznie,
toteż kiecki dziewczyn podfruwają, przez co zamiast sumiennie kontrolować
w rejonie służbowym m.in. sklepy, czy kto ich czasem nie
odwiedził poza godzinami otwarcia, chętniej zerkamy za milszymi
dla oka, duszy i ciała „obiektami”. Cichy pomruk silnika wolno sunącego
radiowozu przerywa skrzecząca głosem oficera dyżurnego
radiostacja:
Udaj się na Centrum B, blok nr …, masz nagły zgon. Wisielec!”.
Aaa by to murarska kreeew zalała! — zakląłem. A takimi pięknymi,
zwiewnymi” zjawiskami dzień się zaczął… Wchodzimy do
mieszkania. Przez okno kuchni mignęło mi spiżowe oblicze wciąż
jeszcze twardo stojącego na cokole towarzysza Lenina, wyraźnie —
tak mi się zdało — mającego gdzieś wszystkich i wszystko, szczególnie
zaś to, co akurat zdarzyło się tutaj. Zapłakana, starsza kobieta
wskazuje na łazienkę. Wchodzimy… Na klozecie siedzi-wisi, ubrany
w piżamę około 50-latek. Zbudowany bardziej niż dobrze, waga —
jakieś 85—90 kg. Po przyjrzeniu się stwierdzam odkrywczo, że do
tego, by usiadł na sedesie, brakuje mu jakieś 10 cm, czyli jeszcze
może ok. godziny (tym bardziej rozciąga się materiał, na którym
wisi ciało, im dłużej to trwa). „Zawiesie” przywiązał do starego typu,
żeliwnego górnopłuku.
Zdziwienie nasze wzbudził fakt, że znudzony życiem powiesił
się na tasiemce szerokości 1,5÷2 cm, jakby oddartej „po długości”
z prześcieradła. W pałkach (obu) nie chciało nam się zmieścić, że
takie „sznurowadło” utrzymało tyle kilogramów.
Jak widać, złe nie śpi i w takich momentach wykazuje się wyjątkową
usłużnością.
Po jakimś kwadransie przyjechała grupa i chłopaki wzięli się
do roboty. „Samobój” był ewidentny, więc Zyga (technik kryminalistyki)
i dochodzeniowcy uporali się ze zdarzeniem w „przyzwoitym”
czasie.
Dlaczego odszedł?
-Skąd mam wiedzieć, nikt go nie pytał.
Znowu w rejonie. Właśnie zamierzamy przystopować na drugie
śniadanie, gdy ta sama radiostacja, tym samym głosem dyżurnego
ordynuje kolejne zajęcia praktyczne: „Udaj się na Bohaterów Września.
Blok nr …, piwnica — masz nagły zgon. Wisielec! Wycedziłem
przez zęby ogólnie znane „parole non parlament”, po czym
w drogę. Na miejscu wielu gapiów, pokazują palcami, gdzie mamy
iść. Mój dysponent, zwykle w takich momentach wielki „co to nie
ja”, wyprzedza mnie i prze do przodu zdecydowanym krokiem.
W piwnicy półmrok, bo brak światła, a jedyne wpada tylko przez
niewielkie okienko tuż przy komórce samobójcy. W otwartych
drzwiach, zasłaniając jej wnętrze, wisi szary koc (przeszkoda dla
oczu złodzieja). Kolega nie zatrzymując się, energicznie go odsuwa
i równie energicznie wchodzi dalej. Nagle dostaje ruchów jak na
przyspieszonym filmie i na krótko „daje w długą”, niemal mnie tratując.
Nie wiedząc, że drugi znudzony życiem targnął się na nie
tuż za kocem, najzwyczajniej zderzył się z nim i wpadł w panikę.
BoCHater — psiakrew — pomyślałem. Zjawia się grupa. Zyga
wymownie popatrzył na mnie, ja na niego, i z wzajemnym zrozumieniem
każdy z nas przystępuje do swoich czynności. On „oględza”
ciało i miejsce zdarzenia, my je zabezpieczamy. Już w końcowej
fazie oględzin Zyga woła mnie i mówi: Pomóż mi zdjąć ciało.
Ja je lekko uniosę, a ty tylko odwiąż pasek od rurki. Nooo… Tyyyle,
to mogę zrobić — pomyślałem. Wlazłem na jakąś skrzynkę
i zrobiłem, co chciał. Jednak nim zszedłem, on prosi: Słuchaj, mnie
boli kciuk, więc jak już tam jesteś, to poluzuj mu pasek na szyi,
bo muszę obejrzeć bruzdę wisielczą i ją sfotografować. Miałem
boja, że hej, bom wciąż jednak nie rutyniarz, a poza tym — nie
co dzień w takich terminach się bywa. Ale jak było odmówić?
I co powiedzą koledzy, jeśli scykorzę? Stojąc na skrzynce, jestem
z denatem niemal twarzą w twarz. Delikatnie poluzowuję pętlę.
W chwili gdy „puściła”, nieboszczyk przemawia do mnie głębokim
i przeciągłym: Yyyyyyyyy… Nie wiedziałem kiedy i jak, z walącym
serduchem, przyspieszonym oddechem i dziwnie błyszczącymi
oczami — znalazłem się niemal przy schodach. Niewiele brakło,
by moje spodnie ważyły jakieś 0,5 kg więcej nim przed włożeniem,
zaś ja sam dokładnie o tyle mniej. Och żesz ty w mordę,
Zygaaa… Zatłukę cięęę! — przeleciało mi przez głowę. A co ów
zrobił, że tak się stało? Ano, uniósł ciało może 5 cm, ale mimowolnie
(?) ścisnął mu brzuch. Jako, że nie nastąpiło jeszcze stężenie
pośmiertne, uciśnięcie przepony spowodowało wydobycie się
z płuc będącego tam jeszcze „wdechu”, który z kolei uskutecznił
ostatnie „zagranie” strun głosowych. Zyga — mimo bolącego
kciuka — na moją pomoc nie mógł już liczyć. Ja zaś w sumie okazałem
się drugim boCHaterem! -Dobra, opowiadaj dalej, ja się napiję.
Napiję się bo nie chcę się śmiać. Wolę płakać. O… Już 13.00! Do
końca szychty godzinka — mówię do dysponenta. Ten nie zdążył
jeszcze skomentować mojego radosnego „O…”, gdy ta sama radiostacja,
tym samym głosem dyżurnego znowu skrzeczy: „Udaj się na
Złotego Wieku, park przy forcie. Masz nagły zgon. Wisielec! Przez
szybę radiowozu pozdrowiłem dyżurnego żołniersko-szewsko-rzeźnickimi
słowy, po czym… do parku! U pokaźnego drzewa otoczonego
co najmniej dwumetrową kępą dość gęstych krzaków, plecami
do „przełazu”, siedział na własnych piętach młody chłopak. Powiesił
się na swetrze, robiąc pętlę z jednego rękawa, drugi przywiązując
do solidnego konara. Pod ciężarem ciała sweter z czasem tak
się rozciągnął, że denat przeszedł z pozycji „wisząc” do „klecząc”,
i w końcu do „siedząc”. Miał jakieś 20 lat. Zabezpieczyliśmy teren
i nieliczne ślady, a po niedługim czasie zjawiła się ta sama grupa
dochodzeniowo-śledcza. Tym razem stałem już z dala od samobójcy,
na zewnątrz zarośli. Po oględzinach Zyga woła spomiędzy
krzów: Adam, palec mnie… Przerwało mu wpół zdania moje donośne:
A paszoł ty w buraki! Uważaj, żebym ci czasem nie pomógł!
Służbę skończyłem niemal 2 godziny później, niż powinienem.
W końcu zjem… drugie śniadanie! W domu wyłączyłem nawet zegar
z kukułką, nie mówiąc o radiu. Bałem się, że znów usłyszę skrzeczące:
Udaj się…”.
Nigdy wcześniej ani później nie zdarzyło się, bym miał na jednej
służbie (i to zaledwie 8-godzinnej) trzy tak dramatyczne wydarzenia.
Od chłopaków z „siwej karetki” (przewóz zwłok) dowiedziałem
się, że minionej doby był to w województwie 19. przypadek
samobójstwa. Od dwóch dni wiał halny, a wtedy — co już udowodniono
desperaci zdecydowanie częściej i skuteczniej podejmują
próby samobójcze.
Po jednym???
Wspominał Adamsnak

KONIE


Kochaliśmy konie. Ostatnią woltyżerkę zaliczyliśmy gdy miałem
8 lat, On 10. Pamiętam jak dziś. Słoneczna niedziela, nudy
w miasteczku a nas nosi. Zaproponował wypad do znajomego
gospodarza. To nic, że 10 km od naszego miejsca zamieszkania.
Jesteśmy młodzi, damy radę. Oczywiście nikomu nie zgłaszaliśmy
spaceru. Poszliśmy tak jak staliśmy. Wiedzieliśmy, że gospodarz
nakarmi, napoi, opierd...li, że tak bez zaproszenia itd.. Ale cóż,
w życiu trzeba być twardym. Wchodzimy na podwórko a gospodarz
z rodziną wychodzi do kościoła. Mówimy, że my tylko tak, że poczekamy
itd. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, my do stajni. Tam czekała
na nas stara, ledwo żywa, klacz. On na nią wsiadł, ja odczepiłem
od zamocowania, strzeliłem batem. Wyrwali ze stajni jak Zorro na
swoim ogierze. Gnał na niej jak oszalały. Gnał polem, lekko pod górkę.
Potem z powrotem i znów i znów… Przyglądałem się z podziwem,
zazdrością bo nie umiałem tak. Podczas kolejnego powrotu
klacz nie wytrzymała. Stanęła jak wryta. On przeleciał dziesięć
metrów w powietrzu. Całe szczęście, że nic się nie stało. Wstał,
otrzepał się, konia za grzywę i do stajni. Miał opory, koń nie On, ale
daliśmy sobie z tym radę. Potem biegiem do lasu i kierunek dom.
Szliśmy lasem bojąc się, że gospodarz zauważy wyczerpanego, spoconego
konia i zacznie nas szukać. Lasem bezpieczniej. Do domu
wróciliśmy wieczorem. Ojciec grzecznie spytał gdzie byłem. Odpowiedziałem
prawdę. Zaczął się bal. Dostałem taki wycisk, że do dzisiejszego
dnia nie siedziałem na żadnym koniu. On przeżył podobną
przygodę z tym, że nie przestał koni kochać. Potem nasze drogi się
rozeszły. Wyjechałem do innego miasta. Praca, rodzina. On podobnie
z tym, że bez koni nie widział życia. Założył stadninę. Zawsze
gdy byłem w jego rewirach, wpadałem porozmawiać, pośmiać się,
popatrzeć na konie. Piękne, sportowe konie. Sprzedawał ośrodkom
sportowym, Niemcom i naszym nowobogackim. Kto miał kasę mógł
kupić. On kasę miał, więc pił. Pił coraz więcej i więcej. Mnie powiedział,
że załamał się po śmierci 12-letniego syna. Ja wiem, że powód
picia był inny, mniej złożony. Pił bo musiał. Jako dowód, że pić nie
musi powiedział: -Tutaj stała flaszka wódki. Stała dwa tygodnie
i nic. — Ok, mówię, ale już nie stoi. Ukradł ktoś? Nie odpowiedział.
Jeden z jego braci, młodszy, kręcił i kręci dobry interes. Drugi, starszy,
ponad 20 lat mieszkał w Stanach. Wyjechał obrażony na komunę.
Wrócił goły, bosy i dumny. Odnosiłem wrażenie, że wstydzi się
brata, jego pijaństwa. Przyjechał na stadninę pożyczyć pieniądze.
Niestety, miał pecha, trafił na pijaństwo. Na stole stała kolejna,
jeszcze nie zaczęta butelka wódki. Odkręcił i wylał całą zawartość.
Powiedział, że tutaj nie będzie żadnego pijaństwa. Biesiadnikom,
oprócz brata, kazał wynosić się w cholerę. Kolejny raz miał pecha.
Przeliczył się. Nie był u siebie, to raz. Dwa, to fundator nie wypitej
lecz wylanej wódki. Wstał i pijackim głosem zapytał: -Gdzie ty gnoju
byłeś, jak on zaczął pić i staczać po równi pochyłej? Nie było cię, nie
interesował cię brat tylko jego pieniądze. Do tego był ci potrzebny.
Posłuchaj, gnoju. Masz pół godziny na odkupienie i przywiezienie
mojej wódki. Zostałem do stajni zaproszony na wódę. Nie
jestem dziadem, kupiłem flaszkę, bo moja też dobra. Tutaj ta butelka
zostanie wypita. Teraz sp… aj po płyn. Wypchnął go ze stajni
i siadł do stołu zastawionego kiszonym ogórkami i popitką w postaci
wody z kranu. Czekali. Po 25 min zjawił się „fundator”. Bez słowa
postawił butelkę na stole i wyszedł. Po tygodniu od tego zdarzenia
zmarła, pokonana przez chorobę, żona właściciela stadniny.
Na pogrzeb przyleciała ze Stanów córka. Przebywała tam nielegalnie
ładnych parę lat. Przylatując do Polski zamknęła sobie drogę
powrotną. Wiedziała o konsekwencjach, chciała jednak pożegnać
matkę. Szybko zorientowała się, że ojciec nie jest w stanie prowadzić
stadniny. Myślę, że pomogli jej w tym wujkowie. Nie wiem jak
to zrobiono, ale cały majątek (stadnina, dom, ziemia) został przepisany
na nią. Za prowadzenie interesu wzięła się w typowo amerykański
sposób. Odcięła ojca od wszystkiego. Zabroniła wychodzić
z mieszkania, zabrała klucze od domu, zabrała także telefon. Zrobiła
z niego więźnia. Bał się jej gniewu a mimo to wyskakiwał przez
okno i wychodził. Jednemu z naszych wspólnych znajomych powiedział,
że zdążyła pożyczyć 7000 dolarów gołemu i bosemu wujkowi.
Podobno był w potrzebie. Stwierdził, że córka zostanie oskubana do
zera.
Nie mógł przeboleć, że nie może zobaczyć swoich koni. Tęsknił.
W końcu nie wytrzymał. Pojechał. Miał cichą nadzieję, że nie
spotka córki. Niestety dla niego, była. Zrobiła karczemną awanturę,
kazała natychmiast wracać do domu. Wrócił. Poszedł prosto do
garażu. Przygotował taboret na który wszedł. Do haka przymocował
stare lejce. Potem okręcił nimi szyję. Skoczył… Byłem na pogrzebie.
Niedaleko mnie stało kilku „trzaśniętych” gości. Jego kumple od kieliszka.
Mieli jedną wspólną wiązankę kwiatów, ale mieli. Goły i bosy
brat, kręcił się w promieniu 40—50 m od grobu. Zachowywał się
tak jakby się wstydził, inteligent pieprzony. Zamieniłem z nim kilka
słów, bo tak wypadało. Młodszy spóźnił się godzinę. Właściwie przyjechał
gdy było już po. Córka trzymała się dzielnie. Nerwy puściły
później, gdy zebrani zaczęli się rozchodzić. Rozpłakała się okropnie.
Wiem z całą pewnością, że chciała ojcu pomóc. Szkoda, że wybrała
tak drastyczną drogę. Szkoda, że nikt jej nie pomógł. Szkoda, bo ona
i On, mogli cieszyć się końmi jeszcze bardzo długo. Szkoda.

SKODA 105



To był mój trzeci samochód. Pierwsze dwa 126p szczęśliwie
zakończyły swój żywot.
Pierwszego kupiłem za 68tys. zł. na tzw. przedsprzedaż. Polegało
to na tym, że ustalałeś datę odbioru i w zależności od długości
oczekiwania, co miesiąc płaciłeś odpowiednią ratę. Trzeba było być
uważnym aby nie zapomnieć o wpłacie. Mnie się to zdarzyło dwa
razy. Pierwsze upomnienie podpisał jakiś kacyk z Warszawy.
Drugie, sam minister transportu (mam to upomnienie do dzisiaj).
Ostrzegł mnie żebym nie grał w ciula bo wywalą mnie
z kolejki oczekujących, zabiorą autko i skończy się zabawa. Napisałem
wyjaśnienie, opisując dlaczego zachowałem się jak dziad
i nie dopilnowałem swoich interesów. Minister miał dobre serce,
wybaczył i z kolejki nie wywalił. Po trzech latach sprzedałem
fiacika za 305 tys. Drugiego sprzedałem za 200 tys. kupiłem za
123 tys. Od gościa, który kupił drugie autko otrzymałem talon na
skodę 105, którą odebrałem za jedyne 300tys. zł. (rozumiecie coś
z tego?).
Facet nie miał kasy a nie chciał się szarpać. Bał się długów. Ja
się nie bałem, miałem kasę ze sprzedaży fiacików. Jeszcze zostało.
Zazdrościli mi tej skody.
Nie wszyscy, wiem, ale niektórzy tak. Nic to, przeżyłem. Skodą
jeździłem 7 lat. Zwiedziłem demoludy bo dalej, takich jak ja, nie
puszczali. Nasz piękny kraj też zwiedzałem. Potem trzeba było autko
sprzedać. Kolega z pracy kupił.
Fajny, miły koleś. Trochę się zdziwiłem, że zdecydował się na
zakup. Wiedziałem, że miał inne, poważniejsze wydatki. Co mi tam,
pomyślałem, nie moja broszka, wie co robi. W końcu kierownik
wydziału, kasę powinien mieć a klient nasz pan. Nie zdzierałem
z niego. Po miesiącu, wypucowaną na glanc skodą, pojechał do
sanatorium. Śmialiśmy się, że młody jest, zdrowy, więc sanatorium
nie powinno zaszkodzić. Niestety, jemu zaszkodziło.
Z sanatorium nie wrócił. Przyjechał tylko po to, aby się rozliczyć.
Zostawił żonę i dziecko. Zostawił dla pielęgniarki, którą w sanatorium
poznał. Dla mnie to był szok. Myślałem, że wie, iż wódkę pije
się z głową, nie ze śledziem. Niestety, nie wiedział.
Jak się nie zna życia, nie potrafi przewidywać, pryskają zmysły,
gaśnie światło…
Potem ciężko wrócić na właściwą drogę. Spotkałem oboje
u wspólnego znajomego. Przywitaliśmy się, przedstawił dziewczynę,
ładną, uśmiechniętą panią w wieku około 35 lat.
Gdy zorientowałem się, że ma sprawę, pożegnałem wszystkich.
Po dwóch dniach dowiedziałem się, że mają kłopoty finansowe, że
przyjechali pożyczyć niezłą sumę pieniędzy. Niestety, odprawieni
zostali z niczym. Po miesiącu skontaktował się z byłą żoną. Nie
chciała z nim rozmawiać. Pogoniła jak psa. Podobno, tak mówili,
wsiadł w Skodę i gdzieś pojechał. Wrócił pod garaż. Garażowemu
sąsiadowi powiedział, że ma kłopoty z autem. Wjechał do garażu
tyłem. Zamknął drzwi. Po kilku minutach włączył silnik. Trwało
to zbyt długo. Z garażu zaczął wydobywać się dym. W końcu sąsiad
zorientował się, że coś jest nie tak. Nie mógł otworzyć drzwi więc
wyłamał.
Na tylnym siedzeniu skody siedział jej właściciel. Do rury wydechowej
samochodu podłączona była parciana rura. Jej drugi koniec
miał blisko ust. Wyglądało tak, jakby chciał wycofać się z wszystkiego.
Myślę, że tak rzeczywiście było. Niestety, miał pecha.
Stracił świadomość wcześniej niż zdążył wypluć rurę ze spalinami.
Na pogrzebie nie było jego drugiej żony. Pierwsza, co oczywiste,
też nie przyjechała. Podczas drogi powrotnej do domu, ktoś z tylnego
siedzenia samochodu zapytał: -ON PALIŁ?
W samochodzie rozległ się głośny śmiech.

SZOK DO KWADRATU


Bywali u nas. My u nich nigdy. Było ok. Bez alkoholu, jakiejś
specjalnej wyżerki. Tak normalnie, na luzie. Nigdy nie ma tak dobrze
aby nie mogło być gorzej. Irytowało mnie jej zachowanie. Źle
powiedziałem. Nie zachowanie lecz jej ciągły pośpiech. Po godzinie
ją nosiło. Już chciała jechać, już musiała być w domu. Zawsze miała
coś do zrobienia. Dziwiło mnie to, gdyż nie mieszkali w tej samej
miejscowości. Aby do nas przyjechać musieli pokonać około 60km.
Widziałem po jego zachowaniu, że wnerwiają go takie sytuacje, lecz
godził się z tym. Byliśmy na zabawie zorganizowanej przez jedną
z wytwórni wódek, która promowała nowy, wyskokowy, wyrób.
Zaproszenie było dla szefostwa firmy z tym, że wpadło w moje
łapy. Szefostwo zostało w domu. Zabawa na świeżym powietrzu,
wewnątrz lokalu, gdzie kto chciał. Wódy, podobnie jak powietrza,
skolkougodno. Był też prosiak z rożna, dzik z rożna i wiele innych
smakołyków. Oczywiście, że wszystko darmowe. To był pierwszy
jubel w moim życiu, gdzie wszyscy zaproszeni wracali do domu
trzeźwi. Tylko mnie nosiło. Trochę wstyd, ale cóż. Inaczej się pije za
swoje, inaczej za drapane. Starczy już o moim pijaństwie. Przejdźmy
do balu. On tańczył z moją Śliczną, ja z jego żoną. W połowie pierwszego
tańca, pierwszej trójeczki, wtedy byłem trzeźwy, ona wyrywa
się z moich objęć mówiąc, że będzie tańczyć ze swoim, bo on z moją
Śliczną nie daje rady. Widocznie obserwowała. Pomyślałem sobie,
że jest zazdrosna, jak bezpański pies o gnat. Nie dziwię się jej. Moja
Śliczna jest naprawdę śliczna. Ona uroczą kobietą. Bała się o swojego.
Pamiętam jego zdziwione oczy, gdy odklaskała kadryla. Myślę,
że moje też były kwadratowe. Dzwoniła do niego do pracy dwa,
trzy razy dziennie. Musiała to robić przez mój telefon. Innego nie
było. Po jakimś czasie zaczęło mnie to wkurzać. Zastosowałem prosty
i skuteczny sposób.
Zadzwonił telefon. Podnoszę słuchawkę. Ona: Cześć.
Ja: Cześć. Skąd wiedziałaś, że jestem?
Zamilkła na 2—3 sekundy, potem poprosiła o niego. Zawołałem.
Więcej telefonów nie było. Zaczęła częściej przyjeżdżać. Pracował
na zmiany. Pracował z kolegami, koleżankami, różnie. Często trafiał
na panienkę w wieku 24 lat. Bardzo miłą, sympatyczną, średniej
urody dziewczynę. On żartowniś, zawsze elegancki, czysty, ogolony,
wyprasowany. Ona podobnie. Uzupełniali się. Myślę, że pewnej
nocy zapytał: -Czego się boisz, głupia? Nie wiem co i czy w ogóle
odpowiedziała. Wiem, że ją przekonał. Potem krótka informacja.
Jestem w ciąży.
Szok, przerażenie, strach.
Nie ze mną — odpowiedział.
Zobaczymy — Ona na to.
Urodziła piękną dziewczynkę, dzisiaj to 11 letnia pannica. Nie
chciał łożyć na utrzymania dziecka. Oddała sprawę do sądu. Badania
potwierdziły jego ojcostwo. Dalej nie mógł sprawy ukrywać.
Powiedział wszystko ślubnej. Nie mogła uwierzyć. Przecież tak pilnowała.
Nawet w tańcu. A tu masz, rogi z dzieckiem.
Zaczęła się 10 letnia gehenna dla niej, dla niego. Każdego
dnia wypominanie, stres, nerwy, kłótnie. Nie chciało się żyć
a co dopiero jeść. Odmówił śniadania. Nie zjadł obiadu, kolacji.
Nic nie pił. Następnego dnia podobnie. Trzeciego dnia jechał do
pracy wypucowany jak do ślubu. Śniadanie wziął ze sobą. Poprosił
aby przygotowała dobry obiad. Poszedł do garażu po auto.
Ona położyła się do łóżka. Chciała się jeszcze polenić. Przyzwyczaiła
się do tego. Nie pracowała. Podobno była na rencie.
Po dwóch godzinach telefon. Podniosła słuchawkę. Nie potrafiła
powiedzieć dlaczego nie dojechał do pracy. Może jakiś wypadek?
Postanowiła pójść do garażu. Chciała sprawdzić czy pojechał
autem. Nie pojechał. Pojazd stał przed garażem. Dziwne,
wyprowadził i nie pojechał — pomyślała. Weszła do garażu…
Zaczęła okropnie krzyczeć.
Potem Policja, oględziny miejsca zdarzenia, przesłuchanie
świadków itd. Przeprowadzający oględziny był jedną rzeczą zdumiony.
-Nigdy nie widziałem tak czystego wisielca- powiedział- Żadnych
wydzielin, wydalin. Nic, czysto pod nim jak w szpitalu.
Nie wiedział chłop, że miał do czynienia z facetem na poziomie,
z facetem który dbał o czystość. Pamiętał o tym nawet wówczas, gdy
szykował się do ostatniej drogi.
Szedłem za nim…

BŁYSK



Nie wiem dlaczego, ale u niego to widziałem. Błysk w oku. Nie
zawsze, lecz w sytuacjach nietypowych np. przed jakąś grandą, kłótnią,
dyskusją nie po jego myśli. Mieliśmy wówczas po 18—19 lat.
Chodziliśmy do jednej szkoły, mieliśmy tych samych belfrów. Razem
rozrabialiśmy, fajki palili, wino patykiem pisane pili i w ogóle.
Bywało, że startowaliśmy do tej samej dziewczyny. Szczerze mówiąc
ustępowałem, bo on zaraz bił. Mnie nie bił, ale innych tak. To nic, że
dziewczyna wybrała innego. Bił klienta za to, że wszedł mu w drogę.
Potrafił uderzyć. Siedzimy w Domu Kultury. Jeden silny, znany miejscowy
rozrabiaka, gra na akordeonie. Obok wolne pianino. Mówię:
-Zagraj coś, bo ten p...li na tej harmonii jakby wstydu nie miał. Siada
do pianina, zaczyna grać. O ile mnie pamięć nie myli, grał Karawanę
Elingtona. Siłaczowi od harmonii zaczynają paluszki skakać nie tam
gdzie by chciał. Inaczej mówiąc, myli się. –Przestań grać — mówi.
Przestań ty- odpowiada kolega. Dalej grają razem z tym, że
każdy co innego. Koleś mój, gra coraz głośniej. Po prostu koncert.
Tamten wk… wiony do białości. Ostrzega kolejny raz. Kolega
z uśmiechem na ustach i charakterystycznym błyskiem w oczach
proponuje aby zostawił pudło, na którym gra i posłuchał dobrej
muzyki. Siłacz posłuchał. Odstawił harmonię- akordeon (jest jakaś
różnica?), skoczył błyskawicznie do kumpla. Zaczął go dusić. Kolega
nadludzkim wysiłkiem wstał, chwycił dłonią gardło napastnika.
Odwzajemnił uścisk z potrójną siłą. Usłyszałem charczenie. (przypominam
zainteresowanym, że opisywana akcja miała miejsce
w Domu Kultury). Krzyknąłem: -Zostaw bo go udusisz! Poluzował
uścisk. Harmonijny grajek, którego wiele lat, wiele osób się bało,
siadł zdziwiony na krześle. Nie mógł zrozumieć, że przegrał. Kolega
siadł do pianina i, jakby nic się nie stało, zaczął kontynuować koncert.
Harmonii, tego wieczoru, nikt nie ruszał.
Wracając do dziewczyn.
Jednej nie odpuściłem. Przyjezdna była. Wystartowałem
pierwszy i wygrałem. Kolega próbował, ale po czarnej polewce
dał spokój. Jej i mnie. Swoje zainteresowania skierował w stronę
bliskiej, lecz znacznie starszej kuzynki, którą obracał całe wakacje.
Mówił, że długo nad tym pracował, ale opłaciło się. Nigdy nie
odpuszczał. Jeden z naszych belfrów, wspaniały facet, poinformował
klasę, że na praktykę przyjedzie jego żona, studentka Uniwersytetu…
Prosił o życzliwość, wyrozumiałość Pamiętam zajęcia, które
z nami miała. Pełny luz, żadnego stresu. Taki sam typ jak jej mąż.
Wykładali różne przedmioty. Sielanka trwała dwa tygodnie.
Lekcja z nim, pierwsza tego dnia. Spojrzał po klasie i zorientował
się, że nie ma tego z błyskiem. Kazał siedzieć cicho. Powiedział,
że zaraz przyjdzie. Nie przyszedł. Pobiegł prosto do jego mieszkania.
Było niedaleko. Zapukał mocno. Nikt nie otwierał. Nacisnął klamkę…
otwarte. Wszedł do pokoju. Przywitał rozebraną żonę, przeprosił,
że przeszkodził, wyszedł. Dzień minął jak wszystkie poprzednie.
Wesoło zaczęło się następnego ranka. Szum na całą szkołę. Kolesia
z błyskiem skreślają z listy uczniów. Praktykantce przerywają
praktykę. Mówią, że ma się wynosić tam skąd przyjechała. Po tygodniu
zmiana sytuacji. Ona dalej prowadzi zajęcia a ten z błyskiem
w oczach dalej pobiera nauki. Nie ma sprawy, nic się nie stało. Tylko
niektórzy wiedzą co było grane. A gra szła o najwyższą stawkę.
Jej groziło wywalenie ze studiów. Była na ostatnim roku. Koledze
skreślenie z listy uczniów. Był w klasie maturalnej. Przestraszył się
i wziął sprawę w swoje ręce.
Czwartek, około 23. Pukanie do drzwi. Zdziwiony porą odwiedzin,
ale otwiera. Zobaczył tego z błyskiem w towarzystwie kumpla,
znanego miejscowego rozrabiakę. Chciał zamknąć drzwi, ale ten
z błyskiem nogą to uniemożliwił. Powiedział przy tym: -Co ty, boisz
się? Spokojnie. Wypijemy, porozmawiamy, ustalimy co trzeba.
Weszli do pokoju, wyciągnął butelkę wódki i poprosił o kieliszki. Po
rozlaniu padła propozycja: -Wszystko wycofasz. Powiesz, że nie było
sprawy. Jeżeli tego nie zrobisz, nic nie wygrasz. Twoją żonę wywalą
ze studiów. Ja maturę będę musiał zdawać w innej szkole, stracę
przy tym rok czasu. Nie mogę na to pozwolić. Chcę iść na studia
a potem żyć jak gość. Jeżeli tego nie zrobisz… Zdajesz sobie sprawę,
że będziemy mieszkać w tym samym mieście. Ja dam sobie radę,
tobie będzie ciężko.
Sprawę wycofano. Dokończyła praktykę. W dniu gdy wyjeżdżała,
tego z błyskiem nie było w szkole. Oczywiście, że to zauważył.
Poszedł na dworzec PKP. Tam w ramionach nieobecnego w szkole
ucznia, zobaczył swoja żonę- praktykantkę. Żegnali się czule. Zrobiło
mu się gorąco. Został przez nią zauważony. Pomachał na pożegnanie.
Do szkoły nie wrócił. Poszedł prosto do domu. Tam został
znaleziony. O szczegółach tej sprawy dowiedziałem się po latach.
Oczywiście, że nie wszystko przedstawiłem. Opowiadał przy wódce,
koleś z błyskiem. Najbardziej śmieszyła go sytuacja na dworcu. Całą
sprawę traktował jak młodzieńczą przygodę. Przygodę życia. -Co
miałem robić-mówił- Trafiła się dupa a ja nie z tych co odmawiają.
Gdy opowiadał, patrzyłem w jego roześmiane oczy. Widziałem
błysk. Tak jak planował, skończył prawo. Ożenił się, ma dwójkę dzieci.
Jedno przygodne, drugie z żoną. Dzisiaj jest tzw. prywatną inicjatywą.
Nie narzeka. Praktykantkę spotkałem kilka lat temu. Szła
z mężem. Znam chłopaka. Jest trzy lata ode mnie młodszy. Od niej
młodszy znacznie. Mówiła, że są szczęśliwi. Do dzisiaj zastanawiam
się dlaczego mi to powiedziała.

CO ON SOBIE MYŚLAŁ ?


Patrzyli z ufnością w przyszłość. Wierzyli, że dla nich świeciło

będzie słońce. Po sześciu miesiącach od zawarcia związku

małżeńskiego otrzymał wizę do Stanów. Cieszyli się oboje. Ustalili,

że wróci, gdy uzbierają na godne życie. Przekonani byli, że

dwuletnie odkładanie zielonych papierków umożliwi rozkręcenie 

dochodowegointeresu. A co za tym idzie, swobodnego, na luzie,

życia. Założyła konto dewizowe, na które miał przekazywać 

oszczędności. Płakała gdy wyjeżdżał. On także miał wilgotne oczy,

ale czego się nie robi dla lepszego życia, kochanej kobiety. Szybko

znalazł pracę. Pierwsze oszczędności wpłynęły po dwóch 

miesiącach a potem poszło już gładko. Każdego miesiąca 

potwierdzała listownie lub telefonicznie

odbiór okrągłej sumki. Mieli trochę pecha bo dolar za sprawą

mało dziś znanego prof. Balcerowicza, zaczął ścigać się ze 

złotówką.

Trzeba było przedłużyć pobyt aby wyjść na swoje. Jej, jego

 nieobecność przestała przeszkadzać. Czuła się coraz swobodniej.

 Miała pieniądze, powodzenie. Była atrakcyjna. Weszła bez 

zaproszenia do świata, który nie ma litości dla idiotów.

 Zapomniała o rzeczywistości.

Opamiętała się wówczas gdy przedzwonił informując, że za

 miesiąc wraca. Nie potrafiła powiedzieć słowa, wyrazić radości. 

Wiedziała, że nie ma do kogo i po co wracać. Był biedniejszy niż

przed wyjazdem. Pięć lat nieobecności w domu, harówy od świtu

do nocy. Nadziei, że to całe poświęcenie jest dla ich wspólnego 

dobra. Nie wiedział co go czeka. Przez cały ten okres wysłuchiwał 

kłamstw, nie wiedząc o tym. Zdziwiony był, że nie ma jej na 

lotnisku. Do domu dotarł następnego dnia rano. Był maksymalnie

zmęczony. Zadzwonił do drzwi. Nikt nie otworzył. Zapukał raz ,

 drugi, coraz mocniej. Zaczął się denerwować. Otworzyły się drzwi

sąsiedniego mieszkania

Sąsiad, którego znał z widzenia, wręczył mu klucz. Powiedział,

że żona prosiła aby przekazać. Wszedł do mieszkania. Nic się nie

zmieniło, pomyślał, a miały być nowe meble. Na stole zauważył

kartkę papieru. Przeczytał: „Nie czekaj na mnie”. Siadł na krześle.

Zakrył twarz dłońmi. Nie potrafił powstrzymać łez. Nie wiadomo 

jak długo tak siedział. Najbliższa sąsiadka zeznała, że przez długi 

czas słyszała trudny do opisania płacz, skowyt, wycie. Potem 

usłyszała jakiś stukot a potem już tylko ciszę. Do mieszkania 

weszliśmy podwóch dniach od jego przyjazdu. Popełnił 

samobójstwo. 

Rozmawiałem z nią chcąc wyjaśnić sprawę do końca. W pewnym

momencie powiedziała: — Co on sobie myślał, że będę na niego

czekała pięć lat?

Coś się we mnie zagotowało. Spojrzałem wściekły w jej

oczy. Nie potrafiłem ukryć emocji.

-SPIERDALAJ

Więcej jej nie widziałem.