Wiek,
lekko po 60-ce. Zawsze nienagannie ubrany. Spodnie
ostry
kant, koszula biała, krawat do koloru, kapelusz na głowie.
W
dni gorące, słomkowy. Kulturalny, grzeczny do przesady. Mimo,
że
byłem od niego znacznie młodszy, robił wszystko aby ukłonić się
pierwszy.
W jego obecności czułem się taki trochę sztywny, zagubiony,
niepewny.
Był dyrektorem jednego z miejscowych banków.
W
okresie naszej znajomości zajmowałem się tzw. usługami
niematerialnymi,
między
innymi cinkciarstwem, czyli konikami i handlem
dewizami.
Co jakiś czas wpadałem do banku. Robiłem tak zawsze,
gdy
przechodziłem w pobliżu a bank był otwarty. Bywałem u niego,
jego
zastępczyni. Na rozmówki z personelem też czas znalazłem.
W
końcu same urocze panie. Do tego rozmowne.
Znajoma,
dziewczyna ładna, zgrabna i w ogóle, szukała pracy.
Zapytała
czy nie wiem gdzie, co, za ile.
Ona,
czyli znajoma, nie szukała pracy byle jakiej. Szukała pracy
lekkiej,
łatwej i przyjemnej. Mówię: „Idź do banku, podobno kompletuje
załogę.
Nie mów, zastrzegłem, że o możliwości zatrudnienia
przy
pieniądzach dowiedziałaś się ode mnie”. Nie chciałem aby
wiedział,
bo
nie byłem pewien czy moja osoba pomoże w zatrudnieniu.
Inaczej
mówiąc, nie byłem tak do końca przekonany, że te jego
kawki,
ukłony w moją stronę, były tak do końca szczere. Z doświadczenia
wiedziałem,
że grzecznościowe formułki: „witam serdecznie,
witam
ciepło, pan siada, pan sie położy” były psu na budę. Wolałem
dmuchać
na zimne.
Znajomą
spotkałem po kilku tygodniach. Pracowała w banku.
Była
zachwycona. Opowiedziała o pierwszym spotkaniu z dyrektorem.
Zaskoczona
była, że na spotkanie z nim przyszło kilkanaście
kobiet.
Wszystkie poprosił do pokoju w którym było jedno krzesło.
Siadł
na nie a zaproszonym paniom kazał chodzić w kółko. Chodziły,
co
miały robić? On siedział i oglądał. Po kilku kółkach, kilku
paniom
podziękował.
Powiedział, że z pechowcami nie będzie pracował.
Pozostałe
dalej chodziły. Już wiedziały, że sprawdza prezencję. Starały
się
jak mogły. Chodziły wyprostowane, uśmiechnięte. Kiedyś,
gdy
były nastolatkami, marzyły o wybiegu. Dzisiaj marzenie się
spełniło.
ABY COŚ SIĘ ZDARZYŁO, ABY MOGŁO SIĘ ZDARZYĆ, TRZEBA
MARZYĆ.
Z kilkunastu kandydatek wybrał trzy. Wszystkie poniżej
trzydziestki.
Pamiętam
taki przypadek. Nie wzbudził wówczas mojego zainteresowania.
Przechodziłem
obok banku. Wydawało mi się, że był
wewnątrz,
mimo, że bank powinien być zamknięty. Zawróciłem.
Zobaczyłem
jak chodzi po sali operacyjnej. Zapukałem. Dzisiaj
myślę,
że był zmieszany, ale wówczas tego nie zauważyłem. Otworzył
drzwi.
Kilka grzecznościowych zdań na powitanie i pożegnanie,
gdy
niepytany powiedział: -Ta pani została dłużej. Musi znaleźć
błąd,
który popełniła. Ja, niestety, nie mogę jej samej zostawić. Przy
ostatnim
biurku siedziała zapłakana dziewczyna, której nie zauważyłem
wcześniej.
Spotkaliśmy się wzrokiem. Nic nie powiedziała,
nawet
nie odpowiedziała na uśmiech. Dzisiaj wiem, że czekała na
egzekucję.
Czas
biegnie szybko. Spotykam znajomą. Mówi, że zwolnią ją
z
pracy. — Namieszałaś, to zwolnią — mówię. -Nic nie
namieszałam.
Gorzej,
strzeliłam go z liścia. Mało się nie wywalił -odpowiada —
Tak
czułem. Ty powinnaś w domu siedzieć, nie w banku pracować.
Niebezpieczna
jesteś — stwierdzam. -Co miałam zrobić jak dobierał
się
do mnie?!?!
Nie
zrozumiałem. Powtórzyła dwa razy. Poprosiłem o szczegóły.
— Pomyliłam
się, musiałam znaleźć błąd. U nas jest taki zwyczaj,
że
błędy szuka się po pracy. Zostaje z tobą dyrektor lub jego
zastępczyni.
Ze mną został on. Słyszałam trochę o pracach po godzinach,
ale
powiedziałam sobie, że ze mną takie numery nie przejdą.
Błąd
w podliczeniu znalazłam szybko. Powiedziałam mu o tym. Podszedł,
pochwalił,
przytulił, wziął za dłoń i zaprosił do pokoiku, gdzie
często
odpoczywał. Odmówiłam mówiąc, że muszę iść do domu.
Wówczas
użył siły. Zaczął mnie ciągnąć trzymając mocno moją lewą
rękę.
Widząc, że to nie przelewki, strzeliłam w jego mazak… z całych
sił.
Żebyś widział jaką miał minę« — roześmiała się — »Zaraz
potem
uciekłam.
Nikomu o tym nie wspominałam. Mój, gdyby się o tym
dowiedział…
aż boję się myśleć co by zrobił. Po tygodniu czasu
zaczęły
się schody. Przeniósł mnie na inne, gorzej płatne, stanowisko.
Robię
błędy stąd konieczność zmiany. Tak uzasadnił. Powiedział
przy
tym, że jeżeli nie wyrażam zgody, mogę się zwolnić. Zaznaczył
po
cichu, że prędzej czy później to nastąpi. Pogodziłam się
z
losem. Sama się nie zwolnię. Wiem, że czeka na moment aż dam
powód.
O sprawie nie zgłaszam bo wiem, że nikt nie uwierzy. On
się
wszystkiego wyprze. Po banku chodzą wieści, że molestuje
pracownice,
że
oporne zwalnia pod byle pretekstem, że trzyma ten cały
babiniec
za mordę aż piszczy. Mniej oporne pracują wyluzowane,
spokojne,
uśmiechnięte. Cieszą się chwilą. Nie wierzę aby którakolwiek
z
molestowanych chciała zgłosić sprawę. Boją się konsekwencji,
wstydzą
się.
Od
kilku miesięcy jestem na emeryturze. Biorę lokalną gazetę
w
dłonie, czytam kryminałki. Takie tumany jak ja, od tego zaczynają.
Ooooo,
coś dla mnie- „W parku znaleziono zmasakrowanego, nieprzytomnego
mężczyznę.
Policja ustala jego dane personalne. Czynności
w
toku” Ustalili szybko. Tak, tak, zgadliście, to DYREKTOR
BANKU.
Nie odzyskał przytomności. Po tygodniu zmarł. Przedzwoniłem
do
kolegi, poprosiłem aby odnalazł notatkę o radosnej działalności
dyrektora.
Być może będzie to jakiś trop. Nie wykluczone,
pomyślałem,
że kolejna jego ofiara nie wytrzymała ciśnienia,
poskarżyła
się mężowi, chłopakowi a potem już poszło… Spotkali
się
w parku.
Minęło
sporo czasu od tamtego zdarzenia. Sprawcy, sprawców,
nie
znaleziono. Bank trzyma się dzielnie. Znajoma nadal pracuje.
Jest
nowa pani dyrektor i tylko mężczyzn jakby więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz