niedziela, 23 lutego 2020

SKOK ŻYCIA


Mówili mu Leszek. Pracował w ruchu drogowym. Wlepiał mandaty,
pouczał niesfornych kierowców, pieszych, czy też innych hulajnogowiczów.
Nie należał do tych co to piszą raporty o treści: „Proszę
o przeniesienie mnie do ruchu
drogowego. Prośbę swą motywuję tym, że mam na utrzymaniu
żonę i trojkę dzieci”, nie. To był chłopak wyważony, rozsądny, wesoły.
Myślę, że lubiliśmy się.
Tam gdzie był on, było wesoło, sympatycznie. Ogromnym dla
mnie zaskoczeniem było, że złożył raport z prośbą o zwolnienie
z resortu. Zwalniał się po 5 latach służby. Nie pytałem o przyczyny.
Jego wybór, jego sprawa. Drogi nasze się
rozeszły. Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że pracuje
jako ochroniarz w Hucie. Nie mogłem tego zrozumieć, ale nie
moja brożka.
Godz. 0.10 Pod bramę główną huty podjeżdżają trzy tiry. Pierwszy
samochód, biały Renault, lśni nowością. Za kierownicą 33 letni
kierowca, obok konwojent z papierami. Po sprawdzeniu kwitów
upoważniających do wjazdu i odbioru towaru
tiry wjeżdżają na teren zakładu. Nikogo nie dziwi fakt, że nocą,
że trzy tiry jednocześnie, że z tej samej firmy. Zakład pracuje 24
godziny na dobę, więc w czym problem. Odprawę wjazdową załatwiał
Leszek. Jak zwykle u niego,
sprawnie, punktualnie, profesjonalnie. Problemu nie było.
O godz. 2 przechodził na bramę wyjazdową. Nie mógł się doczekać
zmiany.
W momencie, gdy był gotów do przejścia, nocny pryncypał zdecydował
inaczej.
— „Zostaniesz tutaj, na wyjazdową pójdzie ktoś inny”. Pryncypał
jak pryncypał, robił czasami takie wolty o co mieli do niego pretensje,
ale on wiedział co robi.
Był chorobliwie podejrzliwy, więc dmuchał na zimne, dokonując
nagłych zmian. Eliminował ewentualne „geszefty” ochroniarzy.
O godz. 3.30 ochroniarz z bramy wyjazdowej dzwoni do pryncypała
mówiąc, że ma problem z tirami. Nie posiadają właściwej
dokumentacji wywozowej i, że coś jest nie tak. Pryncypał każe
zablokować bramę i udaje się na miejsce odpraw. Bierze kwity
w dłonie, patrzy, czyta… „kogoś tutaj pogięło” mówi do siebie.
Dzwoni prosząc aby przyszedł Leszek. Chce wyjaśnić na jakiej podstawie
pojazdy zostały wpuszczone. Leszka nie ma, opuścił posterunek
bez zgody przełożonego. Nie wiadomo gdzie się udał. Pryncypał
się wściekł, kazał szukać. Niestety, chłopaka nie ma. Uciekł. Ale
dlaczego? Robi się gorąco. Konwojent tirów coraz bardziej zdenerwowany.
Kierowcy nic nie wiedzą, mówią, że są przewoźnikami, że
za transport odpowiada konwojent. Powiadomiona zostaje milicja.
Ochroniarze jak również chłopak od nas, sprawdzają legalność operacji.
Sprawa śmierdzi na odległość. Tiry z towarem zostają zabezpieczone.
Kierowców i konwojenta przewieziono do Komendy. Trzeba
sprawę wyjaśnić. Ciekawe informacje przekazuje kierowca lśniącego
Renault. Mówił, że coś mu się w tym wszystkim nie podobało.
Kurs był zbyt tajemniczy. Zgodził się na wynajem z uwagi na kłopoty
finansowe. Zapożyczył się w banku, u znajomych, rodziny aby kupić
samochód dostawczy. Z rozeznania, które przeprowadził wynikało,
że nie będzie problemu ze spłatą zadłużenia. Kupił Renault. Kurs do
huty, był pierwszym poważnym. Dziwnym było to, że nie wiedział
gdzie jedzie.
Konwojent podawał trasę na bieżąco. Jedź do S… potem skręć
na R… W R kieruj się na W… Zatrzymaj się przed Ka… Tak to wyglądało.
Zaczęło mnie niepokoić, chciałem, wracać” — powiedział-"
Przestraszyłem się, że biorę udział w jakimś śmierdzącym przedsięwzięciu.
Powiedziałem o swoich zastrzeżeniach. Konwojent zareagował
nerwowo. Powiedział abym nie wydziwiał, że mam jechać
tam gdzie każe bo innym razem zleceń nie będzie. Pojechałem
dalej. Ostatni postój miał miejsce krótko przed dojazdem do Huty.
Konwojent wypełniał jakieś dokumenty. Zdziwiło mnie to, ale pojechałem
dalej… Nie, nie wiedziałem gdzie pojedziemy z towarem.
Gdy zapytałem, konwojent rzekł, że dowiem się w odpowiednim
momencie. Nie dowiedziałem się, przywieziony zostałem tutaj”.
Konwojent szedł w zaparte, kierowcy nic nie wiedzą… Leszek gdzieś
przepadł. To, że konwojent pęknie, było kwestią czasu. Nie tacy jak
on przegrywali.
Nie wierzyliśmy kierowcom. Oni, niestety, powtarzali starą
śpiewkę, że nie wiedzieli, co gdzie, jak, po co i za ile. Najbardziej
sprawę przeżywał właściciel Renault. Zaklinał na wszystkie świętości,
że nic nie wie. Widać było, że jest załamany. Niestety, nikt nie
był w stanie pomóc. Sprawa była zbyt poważna aby pozwolić sobie
na lekkie potraktowanie. Na dzisiejsze pieniądze był to skok na
dostatnie życie, przez kilka lat dla wielu rodzin.
Wszyscy dostali areszt. Po tygodniu przewiezieni zostali do
wojewódzkiej. Właściciel Renault był wrakiem człowieka. Żal było
patrzeć. Leszek zgłosił się po dwóch tygodniach. Nie miał wyjścia,
musiał wszystko opowiedzieć. Opowiedział. Miał chłopak ciągotki
do pieniędzy. Marzył o lepszym życiu. Wziątki z mandatów nie
wystarczały. Postanowił dorobić szybciej. Podczas jednej z kontroli
drogowych zatrzymał „lewiznę” z Huty. Nie postąpił tak jak powinien.
Wziął łapówkę a lewizna pojechała. Po trzech miesiącach wręczający
łapówkę Leszka odnalazł. Przywitał się jak stary znajomy
i zaproponował interes.
Dobry interes, skoro Leszek zwolnił się z MO. Został ochroniarzem
po to aby wypuszczać lewy transport. Nic więcej go nie interesowało.
W określonym czasie
Leszek podawał plan służb. Mówił o której godzinie będzie na
wjazdowej, o której na wyjazdowej. Dwa małe przekręty dostosowano
do grafiku. Sprawdziło się, więc przystąpili do skoku życia.
Wszystko szło zgodnie z planem.
Auta załadowano. Trzeba było tylko wyjechać. Niestety, znalazł
się chorobliwie podejrzliwy pryncypał… Resztę znacie.
Aha… Leszek dostał 4,5 roku odsiadki. Odsiedział wszystko.
Spotkaliśmy się, gdy wyszedł. On mnie poznał. W więzieniu dostał
dobrą szkołę życia. Po wyjściu był wrakiem człowieka. Wrócił do
domu mimo, że nie miał do kogo wracać. Żona mieszkała w innym
miejscu z innym facetem. Leszek dla niej nie istniał. Nie wiem co
teraz robi. Kierowca Renault nie żyje. Zmarł w wieku 33 lat. Powiesił
się w areszcie na pasku zrobionym z prześcieradła. Nie dopilnowano
chłopaka. Wiedzieli, że jest załamany, że wymaga szczególnego
nadzoru. Niestety, tylko wiedzieli, nic im to nie mówiło. Pomocnik
profosa przyniósł na nocną służbę dwie flaszki wódki. Zamiast
pilnować aresztantów, zatrzymanych, zrobili sobie małego grilla.
Wypili, zasnęli a chłopak przeszedł na drugą stronę. Przez głupotę
jednego Leszka, w sumie 9 osób poszło za kraty, jeden nie żyje
a dwóch sobie popiło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz