To
był mój trzeci samochód. Pierwsze dwa 126p szczęśliwie
zakończyły
swój żywot.
Pierwszego
kupiłem za 68tys. zł. na tzw. przedsprzedaż. Polegało
to
na tym, że ustalałeś datę odbioru i w zależności od długości
oczekiwania,
co miesiąc płaciłeś odpowiednią ratę. Trzeba było być
uważnym
aby nie zapomnieć o wpłacie. Mnie się to zdarzyło dwa
razy.
Pierwsze upomnienie podpisał jakiś kacyk z Warszawy.
Drugie,
sam minister transportu (mam to upomnienie do dzisiaj).
Ostrzegł
mnie żebym nie grał w ciula bo wywalą mnie
z
kolejki oczekujących, zabiorą autko i skończy się zabawa.
Napisałem
wyjaśnienie,
opisując dlaczego zachowałem się jak dziad
i
nie dopilnowałem swoich interesów. Minister miał dobre serce,
wybaczył
i z kolejki nie wywalił. Po trzech latach sprzedałem
fiacika
za 305 tys. Drugiego sprzedałem za 200 tys. kupiłem za
123
tys. Od gościa, który kupił drugie autko otrzymałem talon na
skodę
105, którą odebrałem za jedyne 300tys. zł. (rozumiecie coś
z
tego?).
Facet
nie miał kasy a nie chciał się szarpać. Bał się długów. Ja
się
nie bałem, miałem kasę ze sprzedaży fiacików. Jeszcze zostało.
Zazdrościli
mi tej skody.
Nie
wszyscy, wiem, ale niektórzy tak. Nic to, przeżyłem. Skodą
jeździłem
7 lat. Zwiedziłem demoludy bo dalej, takich jak ja, nie
puszczali.
Nasz piękny kraj też zwiedzałem. Potem trzeba było autko
sprzedać.
Kolega z pracy kupił.
Fajny,
miły koleś. Trochę się zdziwiłem, że zdecydował się na
zakup.
Wiedziałem, że miał inne, poważniejsze wydatki. Co mi tam,
pomyślałem,
nie moja broszka, wie co robi. W końcu kierownik
wydziału,
kasę powinien mieć a klient nasz pan. Nie zdzierałem
z
niego. Po miesiącu, wypucowaną na glanc skodą, pojechał do
sanatorium.
Śmialiśmy się, że młody jest, zdrowy, więc sanatorium
nie
powinno zaszkodzić. Niestety, jemu zaszkodziło.
Z
sanatorium nie wrócił. Przyjechał tylko po to, aby się rozliczyć.
Zostawił
żonę i dziecko. Zostawił dla pielęgniarki, którą w sanatorium
poznał.
Dla mnie to był szok. Myślałem, że wie, iż wódkę pije
się
z głową, nie ze śledziem. Niestety, nie wiedział.
Jak
się nie zna życia, nie potrafi przewidywać, pryskają zmysły,
gaśnie
światło…
Potem
ciężko wrócić na właściwą drogę. Spotkałem oboje
u
wspólnego znajomego. Przywitaliśmy się, przedstawił dziewczynę,
ładną,
uśmiechniętą panią w wieku około 35 lat.
Gdy
zorientowałem się, że ma sprawę, pożegnałem wszystkich.
Po
dwóch dniach dowiedziałem się, że mają kłopoty finansowe, że
przyjechali
pożyczyć niezłą sumę pieniędzy. Niestety, odprawieni
zostali
z niczym. Po miesiącu skontaktował się z byłą żoną. Nie
chciała
z nim rozmawiać. Pogoniła jak psa. Podobno, tak mówili,
wsiadł
w Skodę i gdzieś pojechał. Wrócił pod garaż. Garażowemu
sąsiadowi
powiedział, że ma kłopoty z autem. Wjechał do garażu
tyłem.
Zamknął drzwi. Po kilku minutach włączył silnik. Trwało
to
zbyt długo. Z garażu zaczął wydobywać się dym. W końcu sąsiad
zorientował
się, że coś jest nie tak. Nie mógł otworzyć drzwi więc
wyłamał.
Na
tylnym siedzeniu skody siedział jej właściciel. Do rury wydechowej
samochodu
podłączona była parciana rura. Jej drugi koniec
miał
blisko ust. Wyglądało tak, jakby chciał wycofać się z
wszystkiego.
Myślę,
że tak rzeczywiście było. Niestety, miał pecha.
Stracił
świadomość wcześniej niż zdążył wypluć rurę ze spalinami.
Na
pogrzebie nie było jego drugiej żony. Pierwsza, co oczywiste,
też
nie przyjechała. Podczas drogi powrotnej do domu, ktoś z tylnego
siedzenia
samochodu zapytał: -ON PALIŁ?
W
samochodzie rozległ się głośny śmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz