niedziela, 23 lutego 2020

SKODA 105



To był mój trzeci samochód. Pierwsze dwa 126p szczęśliwie
zakończyły swój żywot.
Pierwszego kupiłem za 68tys. zł. na tzw. przedsprzedaż. Polegało
to na tym, że ustalałeś datę odbioru i w zależności od długości
oczekiwania, co miesiąc płaciłeś odpowiednią ratę. Trzeba było być
uważnym aby nie zapomnieć o wpłacie. Mnie się to zdarzyło dwa
razy. Pierwsze upomnienie podpisał jakiś kacyk z Warszawy.
Drugie, sam minister transportu (mam to upomnienie do dzisiaj).
Ostrzegł mnie żebym nie grał w ciula bo wywalą mnie
z kolejki oczekujących, zabiorą autko i skończy się zabawa. Napisałem
wyjaśnienie, opisując dlaczego zachowałem się jak dziad
i nie dopilnowałem swoich interesów. Minister miał dobre serce,
wybaczył i z kolejki nie wywalił. Po trzech latach sprzedałem
fiacika za 305 tys. Drugiego sprzedałem za 200 tys. kupiłem za
123 tys. Od gościa, który kupił drugie autko otrzymałem talon na
skodę 105, którą odebrałem za jedyne 300tys. zł. (rozumiecie coś
z tego?).
Facet nie miał kasy a nie chciał się szarpać. Bał się długów. Ja
się nie bałem, miałem kasę ze sprzedaży fiacików. Jeszcze zostało.
Zazdrościli mi tej skody.
Nie wszyscy, wiem, ale niektórzy tak. Nic to, przeżyłem. Skodą
jeździłem 7 lat. Zwiedziłem demoludy bo dalej, takich jak ja, nie
puszczali. Nasz piękny kraj też zwiedzałem. Potem trzeba było autko
sprzedać. Kolega z pracy kupił.
Fajny, miły koleś. Trochę się zdziwiłem, że zdecydował się na
zakup. Wiedziałem, że miał inne, poważniejsze wydatki. Co mi tam,
pomyślałem, nie moja broszka, wie co robi. W końcu kierownik
wydziału, kasę powinien mieć a klient nasz pan. Nie zdzierałem
z niego. Po miesiącu, wypucowaną na glanc skodą, pojechał do
sanatorium. Śmialiśmy się, że młody jest, zdrowy, więc sanatorium
nie powinno zaszkodzić. Niestety, jemu zaszkodziło.
Z sanatorium nie wrócił. Przyjechał tylko po to, aby się rozliczyć.
Zostawił żonę i dziecko. Zostawił dla pielęgniarki, którą w sanatorium
poznał. Dla mnie to był szok. Myślałem, że wie, iż wódkę pije
się z głową, nie ze śledziem. Niestety, nie wiedział.
Jak się nie zna życia, nie potrafi przewidywać, pryskają zmysły,
gaśnie światło…
Potem ciężko wrócić na właściwą drogę. Spotkałem oboje
u wspólnego znajomego. Przywitaliśmy się, przedstawił dziewczynę,
ładną, uśmiechniętą panią w wieku około 35 lat.
Gdy zorientowałem się, że ma sprawę, pożegnałem wszystkich.
Po dwóch dniach dowiedziałem się, że mają kłopoty finansowe, że
przyjechali pożyczyć niezłą sumę pieniędzy. Niestety, odprawieni
zostali z niczym. Po miesiącu skontaktował się z byłą żoną. Nie
chciała z nim rozmawiać. Pogoniła jak psa. Podobno, tak mówili,
wsiadł w Skodę i gdzieś pojechał. Wrócił pod garaż. Garażowemu
sąsiadowi powiedział, że ma kłopoty z autem. Wjechał do garażu
tyłem. Zamknął drzwi. Po kilku minutach włączył silnik. Trwało
to zbyt długo. Z garażu zaczął wydobywać się dym. W końcu sąsiad
zorientował się, że coś jest nie tak. Nie mógł otworzyć drzwi więc
wyłamał.
Na tylnym siedzeniu skody siedział jej właściciel. Do rury wydechowej
samochodu podłączona była parciana rura. Jej drugi koniec
miał blisko ust. Wyglądało tak, jakby chciał wycofać się z wszystkiego.
Myślę, że tak rzeczywiście było. Niestety, miał pecha.
Stracił świadomość wcześniej niż zdążył wypluć rurę ze spalinami.
Na pogrzebie nie było jego drugiej żony. Pierwsza, co oczywiste,
też nie przyjechała. Podczas drogi powrotnej do domu, ktoś z tylnego
siedzenia samochodu zapytał: -ON PALIŁ?
W samochodzie rozległ się głośny śmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz