Miałem
wówczas 24 lata. Pamiętam jak dziś. Urlop zaplanowałem
na
czerwiec. Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko, gdzie
nigdy
nie byłem. Koledzy poradzili miejscowość A. Poszedłem do
socjalnego
i mówię, że marzę aby tam być. Młoda Dziewczyna
mówi,
że nie ma do A, jest do O. Spierałem się długo, ale z
uśmiechem,
spokojnie.
Nic nie wskórałem. Pojechałem do O. Tak mi się
tam
spodobało, że następnego lata poprosiłem o wczasy w O,
a
dziewczę, ta sama co wcześniej, pyta czy nie chcę do A, bo
w
O już nie ma. Uparłem się… i dostałem w O. Po prostu
zadzwoniła
do
kogoś i namówiła na zmianę miejscowości. Pojechałem
do
O. Pojechałem dwa dni wcześniej. Znałem pracowników
ośrodka,
wszystkie
ścieżki, więc zaryzykowałem. Udało się. Nawiasem
mówiąc,
nie byłem pierwszy. Był chłopak w moim wieku i dwie
dziewczyny.
Oczywiście wszyscy, to niebieskie mundurki.
Zaproponowałem
wyjście
do miasta, na dyskotekę. Piechotą to około 5—6
km.
Co to dla nas?
Poszliśmy.
Fajnie było. Około 1 w nocy wracamy. Jakoś tak
wyszło,
że kolega z koleżanką poszli szybciej. Nie widziałem ich,
nawet
nie wiem jak daleko odeszli.
Ciemno
wszędzie, głucho wszędzie, ale idziemy. W pewnym
momencie
czuję, że coś jest nie tak. Odwracam się, wszystko ok.
Potem
znów i znów. Wreszcie zobaczyłem postać chowającą się za
przydrożną
topolę. Przeszły mnie ciarki. Nie jestem sam, nie mogę
uciekać.
Zatrzymaliśmy się. Patrzę w kierunku drzewa. W końcu
wychodzi.
Wyższy ode mnie o głowę na pewno znacznie cięższy.
Idzie
prosto do mnie i mówi: „Ty nawet nie wiesz jaki wpierdol
dostaniesz.
Będziesz wył z bólu. Nie jestem sam” i ogląda się za
siebie.
Czuję
alkohol. Nie powiem, abym się uśmiechał. Serce pikało,
że
strach z tym, że byłem skoncentrowany jak nigdy. Zbieram się
w
sobie i pytam: -Powiesz za co? - Za to, że ty masz dziewczynę,
a
ja nie mam — odpowiada. -Nie rozśmieszaj mnie, chodź z nami,
zabawimy
się do rana. Będą dziewczyny -obiecuję. Ku mojemu
zdziwieniu
wyraża zgodę. Idziemy. Rozmawiamy, śmiejemy się…
Około
500 m. od ośrodka jest ostry zakręt w prawo, oznaczony
betonowymi
słupkami pomalowanymi na biało. Za nimi rów pełen
kamieni.
Kilkadziesiąt metrów przed zakrętem biorę partnerkę za
dłoń,
przesuwam delikatnie na swoją prawą stronę Idziemy, on, ja,
dziewczyna.
Jest bardzo ciemno. Nie skręcam, idę prosto spychając
go
delikatnie w stronę kamieni. Gdy nie było już miejsca,
strzeliłem
prawym
hakiem. Tylko fiknął. Partnerkę za rękę i biegiem do
ośrodka.
Następnego
dnia poszedłem zobaczyć czy żyje. Żył. Skoro go nie
było,
to żył. O sprawie zapomniałem, myślami byłem przy
wieczorku zapoznawczym,
który za trzy dni.
Bawiliśmy
się w tym samym gronie. Duża sala, mocno oszklona
ściana,
bufet obficie zaopatrzony, tzn. tatar, galaretki i takie tam.
Paliłem
wówczas, a na sali obowiązywał zakaz palenia.
Wychodziłem więc
co jakiś czas na zewnątrz. Kolega robił to
samo.
Podczas jednej
z trójek (grali po trzy kawałki a potem przerwa na
odpoczynek. Ja
się nie męczyłem, ale przerwa to
przerwa partnerka powiedziała:
„O,
Jacek”. Powiedziała to jakoś nerwowo. Wiedziałem, że
to
imię jej męża, ale co mi tam. Omamy ma, pomyślałem.
Wychodzimy na
kolejny dymek. Przypalamy. Obok chłopak
w mundurze milicjanta
drogówki. W dłoni biały kask. Kolega
pyta: „Zapalisz?”
Nie
odmawia, palimy razem. Wymiana zdań o wszystkim,
niczym
i kolejna trójeczka. Lecimy fokstrota i znowu słyszę:
-O Jacek!
Patrzę w szyby, nikogo nie widzę. Proszę aby przestała się
zgrywać.
Przeprasza.
Kręcimy dalej dwa na jeden (taki rytm). Potem.
dymek,
częstowanie lotniaka, uśmiechy. Jest miło.
Tekst „O Jacek”powtarzał
się dobrych kilka razy. Z częstowaniem
było identycznie.
W
końcu koniec balu panno Lalu. Wszyscy wyszli. Jeszcze tylko ja
z
partnerką. Dopijamy płyny i wychodzimy. Dwa metry od stolika
otrzymałem
buzi w policzek z tekstem” Dziękuję za miły wie…”
Nie dokończyła.
Potężne walenie w szybę wmurowało mnie w parkiet.
Spojrzałem.
„O k… wa Jacek” Zaskoczyłem w momencie, gdy za
oknem
zobaczyłem lotniaka. Wpadł na salę z tekstem:
-Zaraz cię przedziurawię (to do mnie).
Wmurowało mnie drugi raz w ciągu kilkudziesięciu.
sekund.
Leci do mnie jak oszalały. Ubrany był w skórzaną
bluzę.
Nie widzę pistoletu, więc straszy, myślę. Jest przy mnie
wściekły
jak pies. Wyprowadza cios. Robię unik i pociągam prawą
z
dołu. Przewraca się. Do żony, jego żony mówię
aby
zaopiekowała się idiotą. Otrzepałem ręce, poszedłem
do
campingu. Opowiadam kumplowi co mnie spotkało. Mówię, że
przyjechałem
wypoczywać a nie walczyć jak Winetou. Śmiejemy
się.W
pewnym momencie ciszę nocną przerywa wołanie o pomoc.
Katował
ją, bił jak oszalały. Przerwał gdy nas zobaczył.
Powiedziałem:
-Jeżeli
jeszcze raz podniesiesz rękę, smutno się to dla Ciebie
skończy.
A teraz wyp… aj do domu, bo powiadomimy kogo trzeba.
Wróciliśmy
do siebie. Widziałem go następnego dnia po południu
.
Szedł
sam. Widziałem też jak wyjeżdżał. Siedział na służbowej
Emzetce.
Miał do przejechania około 400 km. w jedną stronę. Taką
trasę
przebył aby sprawdzić żonę. Sprawdził. Stał pod oknem, palił
nasze
fajki i obserwował. Potem dostał po ryju a w dalszej
kolejności dostała
jego żona. Nie wiem za co dostała, nie pytałem.
Szczerze
mówiąc, mało mnie to obchodziło. Przyjechałem na
wczasy.
Nie
rozmawiałem z nią więcej, nie wiedziałem jak się zachować.
Widziałem
podczas posiłków. Była smutna, było jej wstyd.
Zrezygnowała z
wczasów po trzech dniach. Przyjechał po nią
kolega męża Mąż
nie mógł. Popełnił samobójstwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz