niedziela, 23 lutego 2020

Wieczorek zapoznawczy


Miałem wówczas 24 lata. Pamiętam jak dziś. Urlop zaplanowałem

na czerwiec. Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko, gdzie

nigdy nie byłem. Koledzy poradzili miejscowość A. Poszedłem do

socjalnego i mówię, że marzę aby tam być. Młoda Dziewczyna

mówi, że nie ma do A, jest do O. Spierałem się długo, ale z 

uśmiechem,
spokojnie. Nic nie wskórałem. Pojechałem do O. Tak mi się

tam spodobało, że następnego lata poprosiłem o wczasy w O,

a dziewczę, ta sama co wcześniej, pyta czy nie chcę do A, bo

w O już nie ma. Uparłem się… i dostałem w O. Po prostu 

zadzwoniła

do kogoś i namówiła na zmianę miejscowości. Pojechałem

do O. Pojechałem dwa dni wcześniej. Znałem pracowników

 ośrodka,

wszystkie ścieżki, więc zaryzykowałem. Udało się. Nawiasem

mówiąc, nie byłem pierwszy. Był chłopak w moim wieku i dwie

dziewczyny. Oczywiście wszyscy, to niebieskie mundurki. 

Zaproponowałem

wyjście do miasta, na dyskotekę. Piechotą to około 5—6

km. Co to dla nas?

Poszliśmy. Fajnie było. Około 1 w nocy wracamy. Jakoś tak

wyszło, że kolega z koleżanką poszli szybciej. Nie widziałem ich,

nawet nie wiem jak daleko odeszli.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, ale idziemy. W pewnym

momencie czuję, że coś jest nie tak. Odwracam się, wszystko ok.

Potem znów i znów. Wreszcie zobaczyłem postać chowającą się za

przydrożną topolę. Przeszły mnie ciarki. Nie jestem sam, nie mogę

uciekać. Zatrzymaliśmy się. Patrzę w kierunku drzewa. W końcu

wychodzi. Wyższy ode mnie o głowę na pewno znacznie cięższy.

Idzie prosto do mnie i mówi: „Ty nawet nie wiesz jaki wpierdol

dostaniesz. Będziesz wył z bólu. Nie jestem sam” i ogląda się za 
siebie.

Czuję alkohol. Nie powiem, abym się uśmiechał. Serce pikało,

że strach z tym, że byłem skoncentrowany jak nigdy. Zbieram się

w sobie i pytam: -Powiesz za co? - Za to, że ty masz dziewczynę,

a ja nie mam — odpowiada. -Nie rozśmieszaj mnie, chodź z nami,

zabawimy się do rana. Będą dziewczyny -obiecuję. Ku mojemu

zdziwieniu wyraża zgodę. Idziemy. Rozmawiamy, śmiejemy się…

Około 500 m. od ośrodka jest ostry zakręt w prawo, oznaczony

betonowymi słupkami pomalowanymi na biało. Za nimi rów pełen

kamieni. Kilkadziesiąt metrów przed zakrętem biorę partnerkę za

dłoń, przesuwam delikatnie na swoją prawą stronę Idziemy, on, ja,

dziewczyna. Jest bardzo ciemno. Nie skręcam, idę prosto spychając

go delikatnie w stronę kamieni. Gdy nie było już miejsca, 

strzeliłem

prawym hakiem. Tylko fiknął. Partnerkę za rękę i biegiem do

ośrodka.

Następnego dnia poszedłem zobaczyć czy żyje. Żył. Skoro go nie

było, to żył. O sprawie zapomniałem, myślami byłem przy

wieczorku zapoznawczym, który za trzy dni.

Bawiliśmy się w tym samym gronie. Duża sala, mocno oszklona

ściana, bufet obficie zaopatrzony, tzn. tatar, galaretki i takie tam.

Paliłem wówczas, a na sali obowiązywał zakaz palenia.

Wychodziłem więc co jakiś czas na zewnątrz. Kolega robił to

samo. 

Podczas jednej z trójek (grali po trzy kawałki a potem przerwa na

odpoczynek. Ja się nie męczyłem, ale przerwa to 

przerwa  partnerka powiedziała:

O, Jacek”. Powiedziała to jakoś nerwowo. Wiedziałem, że

to imię jej męża, ale co mi tam. Omamy ma, pomyślałem. 

Wychodzimy na kolejny dymek. Przypalamy. Obok chłopak

mundurze milicjanta drogówki. W dłoni  biały kask. Kolega

pyta: „Zapalisz?”

Nie odmawia, palimy razem. Wymiana zdań o wszystkim,

niczym i kolejna trójeczka. Lecimy fokstrota i znowu słyszę:

 -O Jacek!

 Patrzę w szyby, nikogo nie widzę. Proszę aby przestała się

zgrywać. Przeprasza. 

Kręcimy dalej dwa na jeden (taki rytm). Potem.

dymek, częstowanie lotniaka, uśmiechy. Jest miło. 

Tekst „O Jacek”powtarzał się dobrych kilka razy. Z częstowaniem

 było identycznie.

W końcu koniec balu panno Lalu. Wszyscy wyszli. Jeszcze tylko ja

z partnerką. Dopijamy płyny i wychodzimy. Dwa metry od stolika

otrzymałem buzi w policzek z tekstem” Dziękuję za miły wie…”

Nie dokończyła. Potężne walenie w szybę wmurowało mnie w parkiet.
Spojrzałem. „O k… wa Jacek” Zaskoczyłem w momencie, gdy za

oknem zobaczyłem lotniaka. Wpadł na salę z tekstem: 

-Zaraz cię przedziurawię (to do mnie). 

Wmurowało mnie drugi raz w ciągu kilkudziesięciu.

sekund. Leci do mnie jak oszalały. Ubrany był w skórzaną

bluzę. Nie widzę pistoletu, więc straszy, myślę. Jest przy mnie

wściekły jak pies. Wyprowadza cios. Robię unik i pociągam prawą

z dołu. Przewraca się. Do żony, jego żony mówię aby 

zaopiekowała się idiotą. Otrzepałem ręce, poszedłem

do campingu. Opowiadam kumplowi co mnie spotkało. Mówię, że

przyjechałem wypoczywać a nie walczyć jak Winetou. Śmiejemy 

się.W pewnym momencie ciszę nocną przerywa wołanie o pomoc.

Katował ją, bił jak oszalały. Przerwał gdy nas zobaczył. 

Powiedziałem:

-Jeżeli jeszcze raz podniesiesz rękę, smutno się to dla Ciebie

skończy. A teraz wyp… aj do domu, bo powiadomimy kogo trzeba.

Wróciliśmy do siebie. Widziałem go następnego dnia po południu
.
Szedł sam. Widziałem też jak wyjeżdżał. Siedział na służbowej

Emzetce. Miał do przejechania około 400 km. w jedną stronę. Taką

trasę przebył aby sprawdzić żonę. Sprawdził. Stał pod oknem, palił

nasze fajki i obserwował. Potem dostał po ryju a w dalszej

 kolejności dostała jego żona. Nie wiem za co dostała, nie pytałem.

Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodziło. Przyjechałem na 

wczasy.

Nie rozmawiałem z nią więcej, nie wiedziałem jak się zachować.

Widziałem podczas posiłków. Była smutna, było jej wstyd. 

Zrezygnowała z wczasów po trzech dniach. Przyjechał po nią

 kolega męża Mąż nie mógł. Popełnił samobójstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz