Pamiętam
chłopaka przez mgłę. Mieszkał w sąsiednim budynku.
Jakimś
cudem wyjechał do Niemiec. Tych zachodnich. Być może były
to
czasy przełomu i Niemcy, ze szkodą dla siebie, były już tylko
jedne.
Nie pamiętam. Ale nieważne. Mają co chcieli, czyli autostrady,
pieniądze
i JEGO. Według słów matki, pracował przy komputerach.
Taką
fuchę w Niemczech, mogą mieć tylko szczęściarze.
On
szczęście miał. Matka mniej, bo wokół niej wyrosło wiele
zazdrosnych
bab. „No tak” mówiły. „My tutaj na kluskach żyjemy
a
gówniarz na saksach kasę robi” Jedna z tych zazdrosnych zapytała
o
szczegóły. Nie mogła uwierzyć, że facet bez wykształcenia
pracuje
jako
elektronik. I to w Niemczech. Okazało się, że w wolnym
kraju
wszystko może się zdarzyć. Wykształcenie nie ma nic do rzeczy,
liczą
się umiejętności. O szczęściu już pisałem. Okazało się, że
to
wszystko trzeba mieć aby pakować komputery do kartonów. On
warunki
spełniał więc sprzęt pakował. Nie wiem jak chłopakowi płacili.
Akord,
dniówka, pod stołem… Ważne, że płacili. Do domu wrócił
po
kilkunastu miesiącach. Komputera ze sobą nie przywiózł, bo nie
mógł
na nie patrzeć. Po kilku tygodniach zatrudnił się w dużym
zakładzie
pracy. Szczęśliwa przyszłość stała przed nim otworem.
Wiedział
o tym. Kupił VW GOLFA i tym autkiem dojeżdżał do pracy.
To
nic, że auto nie było nowe, ważne, że VW i Golf.
Ten
ranek nie różnił się niczym. Pobudka, golenie, śniadanie,
odjazd.
Trochę inaczej było po południu. Głupoty piszę. Nie „Trochę
inaczej”,
ale inaczej. NIE WRÓCIŁ DO DOMU. Z pracy zwolnił się
godzinę
wcześniej.
Obiecał
szefowi, że nadgoni zaległości. Szef wyraził zgodę.
Wyszedł…
i rozpłynął się jak kamień w wodę. Na parkingu zakładowym
stał,
nienaruszony, jego Golf. Po około dwóch miesiącach…
Było
ich trzech. Atos, Portos i ten trzeci. Myśliwi z krwi i kości.
Lodówki
w domach puste, więc postanowili zapolować na jelenia,
dzika
czy inną zwierzynę. Zgłosili odstrzał selekcyjny. To taki
odstrzał,
gdzie strzela się do zwierzyny chorej, słabej, czyli tej gorszej.
Brać
myśliwska to taka brać, która smakuje wyłącznie dziczyznę
zwierzyny chorej.
Tak
się poświęcają dla ludzkości. Na miejsce
polowania
wybrali starą, właściwie zapomnianą już, ambonę. Pojechali
w
nocy. Pogoda idealna, wiatr przeciwny. Cieszyli się. Pierwszy
na
ambonę wchodził Portos, za nim Atos i ten trzeci. Spieszyło
im
się więc ten drugi uderzał głową dupę pierwszego a trzeci
drugiego.
Bali się ciemności ziemskiej, woleli ciemność ambonową,
wyższą,
stąd ten pośpiech. Portos jedną nogą, był już u celu.
To
co się potem działo nie sposób opisać. Potężny wrzask przeszył
ciszę
leśną. Atos puścił szczeble, spadł na tego trzeciego i razem
zwalili
się na ziemię. Nie myśleli o niczym jak tylko o sprinterskim
oddaleniu
się z piekielnego miejsca. Po ochłonięciu zorientowali
się,
że nie ma z nimi Portosa. Ponadto ten trzeci zauważył, że nie
ma
ze sobą strzelby. Narzekał też na ból ręki. Potem okazało się,
że
złamał.
Portosa nie było. Samochodu, którym przyjechali też. Droga
powrotna
to 13 kilometrowy spacer. Poszli prosto do Portosa. Ten
siedział
przy stole z butelką wódki, którą znacznie nadpił i trząsł
się
jak galareta. Oni wypili resztę.„Dlaczego wrzeszczałeś” —
pytali.
Nie
potrafił wyjaśnić. Stwierdził tylko, że tam coś było, że
zakołysało
się
gdy dotknął. Za żadne skarby nie chciał tam wracać. Zdecydowali
się
powiadomić niebieskich. Pojechał posterunkowy. Wszedł
na
ambonę, spojrzał kwadratowymi oczami w dół i krzyknął
„WISIELEC”.
Szybciutko
zszedł na ziemię. Sprawdziliśmy wszystko dokładnie,
szybko.
Śmierć przez powieszenie. Nie było w tym udziału osób
trzecich.
Tak skończył komputerowiec. Do dzisiaj nie wiem dlaczego.
Tak
szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz