środa, 24 lipca 2019

Taniec towarzyski


Wnerwiały ją tańce w kółeczku, wyginanie się na wszystkie strony,
machanie łapami i w ogóle. Wolała styl klasyczny, czyli ona, partner,
najlepiej jak był leworęczny. Wówczas ona, swoją prawą dłonią
trzymała jego lewą dłoń i prowadziła. Nikt nie podskoczył, każdy tańczył
jak chciała. Raz, ale tylko raz, dostała od opornego w pysk i zabawa
się skończyła. Dla niej się skończyła, oporny tańczył dalej. Oczywiście,
że sam, do tego w kółeczku, na luzie i jak chciał. Nikt mu nie
narzucał swojej woli. Czuł się z tym dobrze, był panem i władcą parkietu.
Ona siedziała sama, troszeczkę zapłakana, ale widać było, że
dochodzi do siebie, że łapie rytm. Liczyła, że zaliczy jeszcze trójeczkę
z księciem z bajki, który weźmie ją w ramiona i popłyną razem,
gdzieś daleko. Długo nie czekała. Nie był to książę, lecz stangret, do
tego nieźle wstawiony. Stanął przed nią, ukłonił się grzecznie i zapytał:
Zatańczysz ze mną cha che?”( inaczej cza cze) Spojrzała na
niego z obrzydzeniem — Spierdalaj (inaczej, nie tańczę). Uśmiechnął
się, przeprosił, że przeszkadza i odszedł krokiem chwiejnym lecz dystyngowanym.
Odniosła wrażenie, że nie pierwszy raz dostał kosza,
że wie jak się w takiej sytuacji zachować. Przestała o nim myśleć
zaraz potem jak zniknął jej z oczu. Nawet nie wiedziała, czy tańczył
z dziewczynami czy smutny zapijał piwem. To była jej ostatnia szansa
tego wieczoru. Do końca dyskoteki siedziała przy stole. Sama, zła
jak bezpański pies. Dziwne, przecież ładna była.
Życie toczy się dalej. Smutki znikają, pojawia się nadzieja. Tak
było i tym razem. Po trzech tygodniach poszła w tan kolejny raz.
Kupiła oranżadę, siadła przy stole, rozglądała się, sprawdzając
gdzie, kto, co z kim, po co itd. Nic szczególnego nie zauważyła,
zabawa jak zabawa. Siedziała czekając na pierwsze, słyszalne, nuty.
Rozpoczęto Apasjonatą, śpiewaną przez miejscową artystkę. Zauważyła
ruch na parkiecie. Natychmiast też usłyszała: — Zatańczysz ze
mną cha che? — Odwróciła głowę. Z jej prawej strony stał, uśmiechnięty
od ucha do ucha, pochylony do kolan, absztyfikant pogoniony
na poprzednim balu. Zaczęła się głośno śmiać. On razem z nią.
Wstała, wzięła go za rękę i poprowadziła. Był uległy, tańczył jak
chciała. Co tu dużo mówić, potrafiła prowadzić. Widziała go drugi
raz w życiu a po godzinie zdawało się jej, że znają się od dzieciństwa.
Był miły, szarmancki trzeźwy no i taki trochę przystojny.
Czuła się wyróżniona. Było jej z nim dobrze. Tańczyli wyłącznie ze
sobą, beż żadnych tam odbijanych. Wypili po dwie ciepłe oranżady.
Bawili się. Około 3 nad ranem zapytał grzecznie, czy pozwoli
się odprowadzić. Przytuliła się do niego. Zaraz potem wyszli. Trzymał
za rękę. Trzymał mocno aby nie uciekła. Szła jak baranek mimo,
że pierwszy raz w życiu, nie ona prowadziła. Przechodzili przez
mały park, gdy zatrzymał się, przycisnął mocno do siebie i powiedział:
Teraz zatańczymy cha chę, taką prawdziwą. Zaczęła się
śmiać. Jeszcze nie rozumiała, że wdepnęła w gówno. Zrozumiała,
gdy dostała z liścia i przewróciła na ziemię. Nie broniła się. Sparaliżował
ją strach. Po kilkunastu taktach wstał, zapiął spodnie, powiedział:
Do miłego — i poszedł. Wróciła do domu oszołomiona. Nie
potrafiła ogarnąć sytuacji. Wykąpała się, położyła do łóżka. Nie
usnęła, myślała o zdarzeniu. W pewnym momencie zesztywniała.
Zdała sobie sprawę, że o miłośniku cha chy nic nie wie. Nie zna jego
imienia, miejsca zamieszkania. Nic, nic, nic. Gwałt zgłosiła w poniedziałek.
Przyjmowałem zgłoszenie a potem szukałem kolesia. Była
rzeczowa, konkretna, naiwna. Przedstawiła wszystkie okoliczności
związane ze sprawą. Była zdecydowana ścigać sprawcę. Nie miała
w tym względzie żadnych obiekcji. Jego ustaliłem po czterech
dniach. Nie było to trudne, mieszkał w miejscowości położonej 25
km od jej miejsca zamieszkania. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się
po niego jechać. Miałem zbyt mocne materiały, aby dać mu szansę.
Wysłałem wezwanie z adnotacją do stawienia się w charakterze
podejrzanego. Nie stawił się. Pojechałem radiowozem. Mimo wczesnej
godziny, nie było go w domu. Matka powiedziała, że nie ma
od kilku dni, nie wie gdzie jest. Zaczęła się ostra robota. Nie spałem
przez dwa dni. On spał! Po dwóch dniach przyszła, wycofała
wniosek o ściganie. Nie chciała powiedzieć dlaczego. Nie, bo nie.
Szczerze mówiąc, nawet nie naciskałem. Widocznie spodobało się
dziewczynie i tyle. Tak myślałem. Powiedziałem, że ma gość szczęście,
bo był już na widelcu. Uśmiechnęła się i powiedziała:
Przykro mi, że się pan napracował. On był nie do znalezienia, spał u mnie.
Myślałem, że się pochlastam. Po przełknięciu śliny powiedziałem do siebie
Potrafi prowadzić.
Widuję czasami. Mają dwoje dzieci. Dzisiaj to dorośli
mężczyźni. Oni cały czas razem. Myślę, że są szczęśliwi. Przetańczyli
całe życie. Jeszcze trochę zostało.

Wypadkowo


Zginął w wypadku samochodowym około godz. 5.35 rano.
Razem z nim odeszło trzech kumpli. którzy jego Trabantem jechali.
Jechał zbyt szybko, zawsze tak jeździł, gdy na zakręcie wpadł pod
jadącego z przeciwnej strony ciężarowego Kamaza. Mokro było, przy
tym zakręt, szybkość. Kamaz też nieźle pędził. Jego kierowca odwoził
żonę na dworzec PKP. Z wypadku pamiętam jeszcze, że dłuższy
czas szukaliśmy głowy kierującego. Pozostali byli na miejscu,
w całości. Sąsiadki dwie. Kupiły flaszkę żytniej. Siedziały w mieszkaniu
jednej z nich. Popijały, śmiały się, cieszyły życiem. Miały powody
do radości. Nie martwiły się o pieniądze. To była domena ich
mężczyzn. Skoro starczało na flaszkę, było ok. Tym razem odrobinę
zabrakło. Postanowiły dopić piwem. Wyszły do sklepu, który
usytuowany był po drugiej stronie ulicy. Postanowiły skrócić drogę
i przejść z dala od pasów. Nie przeszły, nie kupiły piwa. Jedna zginęła
na miejscu. Drugiej się udało, widuję ją do dzisiaj. Zdarzenia,
o których wyżej, miały miejsce w okresie dwóch trzech miesięcy, tak
pamiętam. Po roku życie nabrało innych kolorów. Poznali się. Ona
wdowa po właścicielu Trabanta, on wdowiec po niedopitej żonie.
Pokochali się, zamieszkali razem. Zaczęło się szybko. Wódka, piwo
lało się strumieniami. Pili użalając się nad swoim losem. Gdy zabrakło,
on bił ją, ona jego, przy czy on nie wrzeszczał, gdy był torturowany.
Ona darła się przeraźliwie. Taki styl. Byli ze sobą osiem,
dziewięć lat. Zachorował na raka. Opiekowała się nim troskliwie.
Gdy zmarł, świat się załamał. Nie miała nikogo. Siadła przy stole,
rozmyślała. Potem poszła do sklepu, kupiła butelkę wódki. Wróciła
do mieszkania. Piła i płakała. Nie wypiła wszystkiego. Chwiejnym
krokiem poszła na dworzec kolejowy. Wykupiła bilet do najbliższej
miejscowości. Udała się na peron. Kasjerce wydawała się taka trochę
niepewna. O swoich spostrzeżeniach powiadomiła SOK-istów.
Poszli za nią, udając się na peron gdzie miał podjechać pociąg na
który wykupiła bilet. Nie było jej tam. Była na innym peronie. Właśnie
podjeżdżał pociąg. Usłyszeli krzyk…

Noc poślubna


Wpadła jak burza, w sukni ślubnej z welonem. Młoda, piękna,
zapłakana. Ślubny wypił zbyty dużo, właściwie przesadził. Postanowiła
położyć go spać i wrócić do gości. Poszedł jak baranek.
Gdy ścieliła łóżko zamknął drzwi. Postanowił skonsumować małżeństwo.
Nie miała ochoty widząc, że jest zbyt pijany. Zaczął bić,
chcąc siłą wymusić posłuszeństwo. Bił mocno, skoro przybiegła się
poskarżyć. To, że uciekła zawdzięcza szczęściu. Ślubny nie miał
sił, położył się i zasnął. Przeżyła to okropnie. Poprosił aby siadła
na kozetce, która była w Posterunku. Szlochała i mówiła. Szczerze
mówiąc, bardziej szlochała. Siadł obok niej, zaczął głaskać włosy,
prosić aby się uspokoiła. Był dla niej jak ojciec. Przytulił delikatnie
do siebie. Położył dłoń na jej piersi. Nie reagowała. Wychodząc
powiedziała, że żałuje. Rozłożył bezradnie ręce. Głupio wyszło, niestety.
Wróciła na poprawiny. Potem urodziła syna poczętego
w Posterunku. Ma w sobie krew gliniarza, to widać i czuć. Chowany
jest przez ojczyma, który nie wie, że nim jest. Kocha dziecko, które
jest dla niego skarbem. Nieważne kto pocznie, ważne kto wychowa.
Faktyczni rodzice chłopaka, nie utrzymują ze sobą kontaktów mimo,
że widują się każdego dnia. Poślubieni nie mają więcej dzieci.
To znak, że nie bije jej więcej.