niedziela, 23 lutego 2020

SMAK PIECZAREK


Połowa lat 70-tych ubiegłego wieku (jak to ładnie brzmi). Jakiś
pacan doniósł listownie i anonimowo o „geszeftach” producenta
pieczarek. Doniósł, że facet kradnie wodę z zakładu pracy usytuowanego
w pobliżu pieczarkarni. Szef mówi: " Idź, zobacz co jest
grane”. Poszedłem. Nawet cieszyłem się z tego wyjścia. Nigdy nie
byłem w pieczarkarni a teraz miałem okazję zobaczyć jak wygląda.
Facet był na miejscu. Powiedziałem po co przyszedłem. Wyjaśniliśmy
sprawę szybko. Był „czysty”, anonim można było odłożyć a/
a. Mogłem wracać do firmy, ale chciałem zobaczyć pieczarkarnię.
Zapytałem czy mogę. Pozwolił. Miałem ze sobą modną wówczas torbę,
którą powiesiłem na wieszaku i poszedłem. Zaskoczony byłem
tym co zobaczyłem. Facet wykorzystał piwnice zniszczonego podczas
wojny, dużego budynku. Być może był to zapomniany
schron. Nie pamiętam już dzisiaj. W każdym razie byłem pełen
podziwu. Wróciłem do gościa po około godzinie. Pamiętam jak
z uśmiechem powiedział: „Zacząłem się bać, że pan zabłądził”. Na
stole leżała torba wypełniona pieczarkami. Mówię, żeby nie robił
jaj, że przegina i takie tam. Nie miałem przy sobie pieniędzy, nie
mogłem zapłacić a on nie chciał pieczarek z powrotem przyjąć.
Wziąłem. Podziękowałem i wyszedłem. Po tygodniu facet nie żył.
Powiesił się w pieczarkarni. Bałem się, że coś przeoczyłem podczas
wyjaśniania anonimu. Miałem stracha, że zarzucą mi olewanie sprawy
a przy tym wyjdzie, że wziąłem torbę pieczarek, nie płacąc
za nie. Po prostu czysta łapówa. Na szczęście nic takiego się nie stało.
Powodem samobójstwa były sprawy rodzinne. Coś negatywnego
zaiskrzyło między nim a jego żoną i wszystko poszło się j… Dziś nie
ma już pieczarkarni. Zasypano ją ziemią. Jest park. A pieczarki???
Kto nie lubi.

WZOROWE MAŁŻEŃSTWO



Ona przy mężu. On lekarz psychiatra, biegły sądowy, starszy od
niej o ładnych parę lat. Żyli dostatnio i szczęśliwie. Obiadek przygotowany
na czas, zawsze wykwintny i smaczny. Czasami było trochę
gorzej, ale nie narzekajmy. Śniadania to już miód w gębie. Czasami
było trochę gorzej, ale nie narzekajmy. Uwielbiał jej kuchnię.
Mieszkanie zawsze na wysoki połyski. Rano, podczas śniadania
informowała go co ma w planie. Mówiła np. że wyjdzie po zakupy
lub też robić będzie coś innego. Nie musiała tego mówić ale uważała,
że powinna. Byli przecież małżeństwem. Potem buzi, pa, auto
i wyjeżdżał do pracy a ona przystępowała do swoich obowiązków.
Nie pamiętam dnia, ale pamiętam gdy przyszedł zgłosić zaginięcie
żony. Zgłoszenie kolega przyjmował. Był bardzo zdenerwowany,
smutny, niespokojny, roztrzęsiony. Przyjechał z pracy. Żony nie
ma, obiadu nie ma. Nie wiedział co o tym myśleć. Siadł w fotelu
i cierpliwie czekał. Im dłużej czekał, tym bardziej był głodny i zły.
Czekał trzy godziny, pięć, noc… Czekał dwie noce, potem uznał,
że powinien powiadomić niebieskich. Sprawdziliśmy wszystko co
do sprawdzenia było. Widziano ją wychodzącą z domu, Widziano
w sklepie a potem gdy szła w kierunku przeciwnym do miejsca
zamieszkania. Ślad się urwał. Po pięciu dniach zjawiła się w domu.
Ledwo żywa, zapłakana, roztrzęsiona. „Uciekłam. Porwali mnie”
wrzeszczała. „Gwałcił, bil” Natychmiast zadzwonił do nas. Pojechaliśmy.
Trudno było się z nią porozumieć. Przeżyła okropny szok.
Mieliśmy jednak szczęście. Była na tyle komunikatywna, że podała
w którym miejscu ją porwano w jaki sposób. Opisała mieszkanie
gdzie była przetrzymywana, jego rozkład umeblowanie. Oczywiście
rysopis sprawców i gwałcicieli. Szybciutko wytypowaliśmy klienta.
Stary menel, karany nie raz, nie dwa. Ona do lekarza my do niego.
Wpadliśmy jak burza. Nie zdążył zdziwić się naszą wizytą gdy powalony
został na podłogę, skuty kajdankami. Kolega zobaczył damską
torebkę. „Czyja to torebka” spytał. „Jej” odpowiedział. Spytaliśmy
o nazwisko. Podał bez oporu. Spojrzeliśmy po sobie. JEST NASZ.
Badania porwanej potwierdziły, że ktoś się nad nią znęcał kochając.
Były też siniaki, ale bez przesady. Tylko były. On do pudła. Ona
po „delikatnym” przesłuchaniu do domu. Menel nie przyznawał się
do żadnego porwania. Nie zaprzeczał, że się z nią kochał. Kochał
i to cały tydzień z tym, że doktorowa sama do niego przyszła Niestety,
miał pecha. Nikt biedakowi nie uwierzył. Prokurator tym bardziej.
Jakie ma szanse menel w konfrontacji z panią doktorową. Szans
żadnych, nawet zerowych. Dostał areszt. Doktorową nikt specjalnie
się nie przejmował. Czekaliśmy aż dojdzie do siebie Pracowaliśmy
nad porywaczem. Był uparty. Nikogo nie porywał i koniec. Wiedzieliśmy,
że jest przegrany, więc spokojnie, powolutku z nim. Po miesiącu,
na komendę zgłosił się kumpel aresztowanego. Martwił się
o niego. Pytał dlaczego jest aresztowany, że bardzo prosi o informację
Wtedy padła propozycja. „Pomożesz nam, pomożemy Tobie”
Zgodził się. — No to mów co wiesz o porwaniu doktorowej. Zdębiał.
-Że co, że została porwana??? Wam się coś po…ło, Przecież
nikt jej nie porwał. Przychodziła do kumpla od czterech lat. Zaczęło
się od tego, że ja ją tam przyprowadziłem. Spałem z nią kilka razy.
Potem już urzędowała tylko z kumplem. Ja jej nie odpowiadałem.
Nawiasem mówiąc, całe szczęście. Poznałem ją w sklepie. Nie wiem
jak to się stało, ale zagadnąłem, że wypiłbym z nią lampkę dobrego
wina, tylko nie mam pieniędzy. Kupiła i poszliśmy do kupla. Po
wypiciu mrugnąłem do znajomka aby sobie poszedł. Tak zrobił a ja
zacząłem się z nią kochać. Po jakimś czasie kumpel powiedział
abym dał sobie spokój, że teraz on. Tak już zostało. Przychodziła do
niego raz, dwa razy w tygodniu. Tym razem przyszła na cały tydzień.
Ludzie, nie było żadnego porwania. Rozmowa z nią byłą krótka:
-Zna pani gościa, który w sklepie zaproponował wypicie lampki dobrego
wina? Wypiliście tam i tam. Zna pani ???
Zesztywniała. Po 20 sekundach pochyliła głowę. Zaczęła płakać.

NIE POMAGAJMY BLIŹNIM


On, rolnik na 24 ha ziemi, wdowiec z dwójką małych dzieci. Ona
mieszkanka sąsiedniej wsi, wiekowa panna. Poznali się, pokochali
i zamieszkali pod jednym dachem. Byłą dobrą gospodynią. Dobrze
gotowała, dbała o dom, dzieci, męża. Był z niej dumny. Nie mógł
nadziwić się jej gospodarności, zaradności i w ogóle. Nie miał pretensji,
że odwiedzała biednych rodziców, mieszkających w sąsiedniej
wsi. Jeździła do nich rowerem, przynajmniej raz w tygodniu.
Jeździła wówczas, gdy w domu wszystko było ok. On nie odwiedzał
teściów, nie lubił ich. Byli znacznie biedniejsi od niego, więc o czym
miał z nimi rozmawiać. Uważał się za kogoś lepszego. Nie dawał
tego odczuć, ale…
Tego dnia wrócił do domu wcześniej niż zwykle. On wrócił, ona
wyjeżdżała do swoich. Zainteresowała go torba, którą miała przy
sobie. „Co tam masz” zapytał. „Nic specjalnego” — odpowiedziała.
Poprosił aby pokazała. Otworzyła torbę. Spojrzał i… -To taaak?…
Ja krwawicę zostawiam w polu a ty żarcie swoim starym wywozisz?
Nie mają co żreć? -Do domu, natychmiast!!! -krzyczał. — Przecież
to tylko 10 jajek, trochę ziemniaków i cebula. Wyrwał torbę,
wysypał wszystko na ziemię, zaczął deptać zawartość. Zanim się
zorientowała, złapał za włosy, zaciągnął do domu i skatował niesamowicie.
Wymusił przy tym aby powiedziała ile razy i co wynosiła. Bała
się bicia więc przyznała, że co jakiś czas zawoziła mamie ziemniaki,
jajka, słoik weków i takie tam. Usiłowała tłumaczyć, że to przecież
nic złego dbać o najbliższych, którzy są w podeszłym wieku i wymagają
pomocy. Nie przyjmował tego do wiadomości. Kategorycznie
zabronił cokolwiek z domu wynosić. — Bez mojej zgody nic w tym
domu nie może mieć miejsca — zaznaczył. Obiecała. Przekonana
była, że na biciu sprawa się skończy. Niestety, każdego dnia przypominał
o tym, krzyczał na nią. Uważał, że go okradała. Wszystko inne
przestało być ważne. Nawet to, że pracowała na równi z nim, była
gospodarna, zaradne, że dbała o dom, dzieci o niego. To nie miało
żadnego znaczenia. Najważniejsze były wywożone jajka i ziemniaki.
O niczym innym nie mówił tylko o tym. Albo był prymitywny, albo
na tym tle dostał jakiegoś pierdolca. Nie wiem. Pracował w polu,
gdy przyszła do niego z jedzeniem. Smakowało jak nigdy. Zjadł,
uśmiechnął się, poklepał po brzuchu i powiedział, że nigdy tak
dobrze nie przygotowała posiłku jak dzisiaj. Odwzajemniła uśmiech.
Spojrzał na nią i powiedział: -Tylko nie myśl, że zapomniałem
o twoich kradzieżach. To zostanie we mnie do końca życia. Nie
wytrzymała. Wygarnęła wszystko co miała w tym temacie do powiedzenia.
Potem siadła na ziemi i zaczęła płakać. On się wściekł. „Nie
dość, że kradnie, to jeszcze ma pretensję” pomyślał. Błyskawicznie
odczepił konia od brony, wziął w ręce kłonicę, podszedł do niej od
tyłu. Podniósł kłonicę do góry… Jeszcze płakała. W domu powiedział,
że mama wyjechała. Dbał o dzieci nie gorzej od niej. Dbał
przez trzy dni. Czwartego dnia rano, znajoma ze wsi zobaczyła go
na dworcu kolejowym w najbliższym miasteczku. Zastanowiło ją, że
stoi z drugiej strony torów a nie tam gdzie pasażerowie wsiada-
ją do pociągu. Nawet pomachała do niego, ale nie zauważył. Być
może nie chciał. Dzisiaj sądzę, że było mu to obojętne. Rzucił się
pod nadjeżdżający pociąg, którym odjechać miała sąsiadka. Mieliśmy
szczęście, bo dzięki niej dowiedzieliśmy się do kogo należy
głowa i tułów. Pojechaliśmy do jego domu poinformować żonę
o zdarzeniu. Dzieci mówią, że mamy nie ma, wyjechała. Pytamy
o szczegóły. Aha… poszła w pole z jedzeniem i wyjechała. Nikt nie
widział jak się przebierała. Nikt nie widział jej w mieście. Widziano
ją tylko w polu. Potem już nic, cisza. Jej nie ma. On bez głowy. Coś
jest nie tak. Decyzja: „Przeszukać pole” Było tego, fakt, ale poszło
w miarę szybko. W jednym miejscu było bardziej miękko niż gdzie
indziej. Jeden z pomagających nam ormowców zainteresował się
miejscem, takim trochę innym. Krzyknął, że tutaj jest coś nie tak. Po
krótkim kopaniu zobaczyliśmy jej ciało.
Dlaczego popełnił samobójstwo? Nie wiadomo tak na
100%. Nie zostawił żadnego listu. Myślę, że dręczyło go sumienie.
Wiedział, że sprawa ujrzy światło dzienne, że pójdzie na długie lata
do więzienia.
Dzieci, nikt z jego rodziny nie chciał przyjąć. Zaopiekować się
nimi chciała jej matka. Niestety, była to pani w podeszłym wieku.
Dziećmi zaopiekował się Dom Dziecka.
Przecież to tylko 10 jajek.

KAWALARZ


Emerytowanym niebieskim był. Nadużywał płynów. Nadużywał
już wówczas, gdy pracował. Na całego poszedł gdy przeszedł na
emeryturę. Klocki hamulcowe przestały działać. Był panem samego
siebie. Była jeszcze żona z którą dawał sobie radę. Czasami nakrzyczał,
czasami strzelił z liścia i było ok, była cicho. Wszystko do czasu.
Pił coraz więcej a to wymaga finansów. Zaczął więc ograniczać
kasę na życie. W końcu przestał dawać. Ważniejsze były procenty
i kumple. Ona wiązała koniec z końcem aż w końcu powiedziała
STOP DZIADU”. Powiedziała, że więcej obiadków nie będzie bo nie
ma z czego gotować. Zaproponowała aby zwrócił się o pomoc do
kieliszkowych kumpli. Na pewno nakarmią, napoją, przytulą. Jeżeli
chce jeść i mieszkać z nią, ma wybierać. „WÓDA ALBO DOM I ŻONA”
Zareagował typowo dla siebie. Wyskoczył z pięściami. Niestety dla
niego, natrafił na opór i przegrał. Zdziwiony siadł na krześle.
Wyszedł z domu obrażony. Nie wrócił na noc. Wrócił po południu
następnego dnia. Był wstawiony z tym, że tak trochę mniej niż
zwykle. Raczej zmęczony po nieprzespanej nocy. Miał opracowany
szczegółowy plan odegrania się na ślubnej. „Jeszcze będzie mi z ręki
jadła” — mówił do siebie. „Rękę będzie na mnie podnosiła, cholera
jedna. Nie zasłużyłem na to”. Tak mówił wcześniej do kumpli, teraz
mruczał do siebie. Wiedział, że żona wraca z pracy za godzinę. Miał
czas. Przygotował cienką, mocną linkę, przymocował do żyrandola.
Na jej końcu zrobił pętlę. Potem przystawił taboret. Siadł na taborecie,
sprawdził długość linki. „Jest dobrze” — uśmiechnął się do siebie.
Przyjdzie z pracy, zobaczy mnie wiszącego, inaczej będzie śpiewać.
Przez myśl jej nie przejdzie, że to kawał, że pętla jest na tyle
luźna, że nie ma mowy o żadnym samobójstwie. Przecież nie można
stracić życia siedząc na taborecie. Ponadto życie jest zbyt piękne
aby z niego rezygnować” Był z siebie dumny. Miał jeszcze czas na
papierosa. Wypalił spokojnie, siadł na taboret, zarzucił pętlę na szyję.
Nie mógł pohamować śmiechu. Tak szatański kawał robi pierwszy
raz w życiu. Nie wiedział, że ostatni. Czekał… Wróciła do domu
godzinę później niż zwykle. Nie widziała powodów aby się spieszyć.
Nikt na nią nie czekał chyba, że awanturujący się pijany mąż, nie
mąż. Otworzyła drzwi, weszła do przedpokoju. Zdjęła buty, jesienny
płaszcz. „Nie ma go, będę miała chwilę spokoju” pomyślała. Weszła
do kuchni, potem poszła do pokoju. Chciała siąść w fotelu i odpocząć
chwilkę. Weszła i zamarła z przerażenia. Szybko ochłonęła.
Pobiegła do kuchni po nóż, którym ucięła linkę. Szybko, mimo kłopotów,
poluzowała pętlę. Niestety, nie dawał znaków życia. Lekarz
stwierdził zgon. Kawał się nie udał.
Czekał na nią zbyt długo. Był zmęczony. Przecież nie spał całą
noc, dzień. Był wstawiony. Gdy zasnął na sekundę, głowa zbyt gwałtownie
poleciała w dół. Zacisnęła się pętla. Nie był w stanie oswobodzić
się z niej a starał się bardzo. Widać to było po zadrapaniach
na szyi. Niestety, miał tylko kilka sekund czasu. Nie zdążył. Czasami
tak bywa.

NIE BĘDZIE SZNURA



Budowlaniec, tzw. prywatna inicjatywa. Wysoki, lekko szpakowaty.
Co tam dużo gadać. Podobał się kobietom. Miał taki zwyczaj,
że po zakończonej budowie, gdy kasa była na koncie, wyruszał się
zrelaksować. Identycznie było tym razem. Poszedł do najlepszej
knajpy w mieście. Ona już tam była. Nie, nie, nie. Nie byli umówieni,
nawet się nie znali. Po prostu lubiła zaszaleć stąd jej tam obecność.
Muszę przyznać, że nie brakowało jej urody. Tak, była ładna. Potem
się okazało, że także przebiegła. Ale to potem. Teraz postawił jej
drinka. Kulturalny był więc zapytał czy może, czy napije się z nim
i takie tam duperele. Ona też kulturalna więc krzywiła się, wahała,
ale przekonywujący był. Wypili po szklaneczce. Potem trójeczka na
parkiecie i znów szklaneczka...Było fest. Wybawiła się za wszystkie
czasy. On też był zadowolony. Około 2 w nocy poinformował, że
musi wracać. Powiedziała, że sama nie będzie przy stole siedzieć,
więc też kończy. Mieli szczęście, bo szli w tym samym kierunku.
Mieszkała bliżej od niego. Nie chciał kończyć szampańskiego wieczoru
u niej mimo, że zasugerowała. Odmówił mówiąc, że musi wracać
do domu. Kłamał jak budowlaniec. Nie było mu spieszno do
domu. Ciągnęło go troszeczkę dalej, na inną dzielnicę. Mieszkała
tam 35 letnia, samotna, nauczycielka. Odwiedzał ją często. U niej
relaksował się na całego. Tak było i tym razem. Do domu wrócił
przed 10 rano. Dostał od żony kilka razy w pysk i poszedł spać. Być
może uniknął by bicia gdyby w momencie wchodzenia do mieszkania
nie stała za drzwiami. Zamiast przeprosić za spóźnienie on,
spóźniony idiota, zapytał: „TO TY JESZCZE NIE ŚPISZ????”
Po prawie trzech miesiącach przypadkowo spotkał babkę,
z którą bawił się na wieczorku relaksującym. Była niesamowicie
szczęśliwa. Spotkanie wprawiło ją w doskonały nastrój. Jego mniej.
Mówiła, że bardzo chciała go spotkać, że tęskniła, że ma coś ważnego
do powiedzenia. Poszli do kawiarni. Chciał postawić kawę, lampkę
wina, ale odmówiła. Powiedziała, że nie może pić alkoholu bo
jest w ciąży. Pogratulował szczerze. Nie pytał z kim bo nie znał jej
kochanków, przyjaciół czy też przypadkowych, takich jak on, znajomych.
Dla uspokojenia czytających pragnę przypomnieć, że nie
były to czasy DNA. Ojców wybierały matki wskazując palcem. Ale
wracajmy do spotkania. „Nie pytasz kto jest ojcem dziecka?”- zapytała.
Skąd mogę wiedzieć” — odpowiedział. „To jest twoje dziecko,
kochanie”- powiedziała szczęśliwa. Nie wiedział co odpowiedzieć,
zbaraniał jak baran, roześmiał się nerwowo. „Wyluzuj kobieto,
znajdź sobie innego sponsora. Mnie w to nie mieszaj. Spadaj, nie
chcę cię więcej widzieć.” — wypalił zdenerwowany. Wstał, poprosił
kelnerkę, zapłacił. Spojrzał na nią wściekły. Nie zdążył się odwrócić,
gdy powiedziała” Nie zapłaciłeś za tańce, zapłacisz za dziecko. Nie
mogę być matką i ojcem”. „Jeżeli myślisz, że naciągniesz mnie na
kasę, jesteś w błędzie. Nie dostaniesz centa. A teraz won…” — wycedził
przez zęby. Nie wiedział biedaczek, że jest na straconej pozycji.
Nie wiedział, że wszystkie okoliczności przemawiają za jego
ojcostwem. Nie wchodzę w szczegóły, ale gdy sprawa nabrała rozpędu
musiał odpowiedzieć na kilka ciekawych pytań, na które odpowiedź
była szalenie trudna. Musiał przyznać, że tego i tego wieczoru
był w tej i tej knajpie, że bawił się z tą i tylko z tą dziewczyną.
Żeby było śmieszniej, padło pytanie dot. jego umiejętności
tanecznych. Zapytano czy potrafi prowadzić i takie tam. Bał się
okropnie, że zostanie ojcem. Co jakiś czas zmieniał kolor skóry, wił
jak piskorz. Najgorsze dla niego było to, że nie potrafił rozliczyć
się z czasu od 2,30 do 9,30. Przecież nie chodził po mieście, nie
śpiewał „Deszczowej piosenki” Jeżeli nie spędził z tancerką nocy,
to gdzie był. Razem się bawili, razem szczęśliwi wychodzili z knajpy,
szli w kierunku jej domu. Nie jego, jej. Więc o czym tutaj gadać.
Był u niej i koniec. Bajeczki to my, nie nam. Tutaj oddaję gościowi
cześć. Chronił nauczycielkę. Robił wszystko aby jej nazwisko nie
ujrzało światła dziennego. Był lojalny. O ich romansie nikt wcześniej
nie wiedział. Nie wiedział do czasu ogłoszenia wyroku. Sąd
z radosną miną ogłosił światu, że został tatusiem. Najbardziej cieszyła
się mamusia. Zawsze to dziecko ma nazwisko ojca a ona świeży
zastrzyk gotówki co miesiąc. Niestety dla niej, cieszyła się za
wcześniej. Odwołał się od wyroku. Przedstawił nowego, wiarygodnego
świadka. Nauczycielka zeznała, że tej i tej nocy w godzinach
takich i takich był u niej. Sąd dał jej wiarę. Tancerka musiała szukać
innego ojca.
On rozszedł się z żoną, nawiasem mówiąc, znaną w mieście
lekarką, i zamieszkał z nauczycielką. Na odchodne dostał kilka razy
w pysk. Dostał mimo, że nic nie mówił. Tancerka, krótko po sprawie,
zamieszkała z jakimś facetem i razem wychowali syna. Jeżeli
powiem, że jest bardzo podobny do budowlańca, uwierzycie?
Tancerka, kilka dni przed baletami z budowlańcem miał upojną
noc z NN facetem. Gdy zorientowała się, że jest w ciąży postanowiła
działać. Nie wiedziała z kim więc wybór padł na budowlańca.
W końcu prywatna inicjatywa. Już była w ogródku…

KOMPUTEROWIEC



Pamiętam chłopaka przez mgłę. Mieszkał w sąsiednim budynku.
Jakimś cudem wyjechał do Niemiec. Tych zachodnich. Być może były
to czasy przełomu i Niemcy, ze szkodą dla siebie, były już tylko
jedne. Nie pamiętam. Ale nieważne. Mają co chcieli, czyli autostrady,
pieniądze i JEGO. Według słów matki, pracował przy komputerach.
Taką fuchę w Niemczech, mogą mieć tylko szczęściarze.
On szczęście miał. Matka mniej, bo wokół niej wyrosło wiele
zazdrosnych bab. „No tak” mówiły. „My tutaj na kluskach żyjemy
a gówniarz na saksach kasę robi” Jedna z tych zazdrosnych zapytała
o szczegóły. Nie mogła uwierzyć, że facet bez wykształcenia pracuje
jako elektronik. I to w Niemczech. Okazało się, że w wolnym
kraju wszystko może się zdarzyć. Wykształcenie nie ma nic do rzeczy,
liczą się umiejętności. O szczęściu już pisałem. Okazało się, że
to wszystko trzeba mieć aby pakować komputery do kartonów. On
warunki spełniał więc sprzęt pakował. Nie wiem jak chłopakowi płacili.
Akord, dniówka, pod stołem… Ważne, że płacili. Do domu wrócił
po kilkunastu miesiącach. Komputera ze sobą nie przywiózł, bo nie
mógł na nie patrzeć. Po kilku tygodniach zatrudnił się w dużym
zakładzie pracy. Szczęśliwa przyszłość stała przed nim otworem.
Wiedział o tym. Kupił VW GOLFA i tym autkiem dojeżdżał do pracy.
To nic, że auto nie było nowe, ważne, że VW i Golf.
Ten ranek nie różnił się niczym. Pobudka, golenie, śniadanie,
odjazd. Trochę inaczej było po południu. Głupoty piszę. Nie „Trochę
inaczej”, ale inaczej. NIE WRÓCIŁ DO DOMU. Z pracy zwolnił się
godzinę wcześniej.
Obiecał szefowi, że nadgoni zaległości. Szef wyraził zgodę.
Wyszedł… i rozpłynął się jak kamień w wodę. Na parkingu zakładowym
stał, nienaruszony, jego Golf. Po około dwóch miesiącach…
Było ich trzech. Atos, Portos i ten trzeci. Myśliwi z krwi i kości.
Lodówki w domach puste, więc postanowili zapolować na jelenia,
dzika czy inną zwierzynę. Zgłosili odstrzał selekcyjny. To taki
odstrzał, gdzie strzela się do zwierzyny chorej, słabej, czyli tej gorszej.
Brać myśliwska to taka brać, która smakuje wyłącznie dziczyznę zwierzyny chorej.
Tak się poświęcają dla ludzkości. Na miejsce
polowania wybrali starą, właściwie zapomnianą już, ambonę. Pojechali
w nocy. Pogoda idealna, wiatr przeciwny. Cieszyli się. Pierwszy
na ambonę wchodził Portos, za nim Atos i ten trzeci. Spieszyło
im się więc ten drugi uderzał głową dupę pierwszego a trzeci
drugiego. Bali się ciemności ziemskiej, woleli ciemność ambonową,
wyższą, stąd ten pośpiech. Portos jedną nogą, był już u celu.
To co się potem działo nie sposób opisać. Potężny wrzask przeszył
ciszę leśną. Atos puścił szczeble, spadł na tego trzeciego i razem
zwalili się na ziemię. Nie myśleli o niczym jak tylko o sprinterskim
oddaleniu się z piekielnego miejsca. Po ochłonięciu zorientowali
się, że nie ma z nimi Portosa. Ponadto ten trzeci zauważył, że nie
ma ze sobą strzelby. Narzekał też na ból ręki. Potem okazało się, że
złamał. Portosa nie było. Samochodu, którym przyjechali też. Droga
powrotna to 13 kilometrowy spacer. Poszli prosto do Portosa. Ten
siedział przy stole z butelką wódki, którą znacznie nadpił i trząsł
się jak galareta. Oni wypili resztę.„Dlaczego wrzeszczałeś” — pytali.
Nie potrafił wyjaśnić. Stwierdził tylko, że tam coś było, że zakołysało
się gdy dotknął. Za żadne skarby nie chciał tam wracać. Zdecydowali
się powiadomić niebieskich. Pojechał posterunkowy. Wszedł
na ambonę, spojrzał kwadratowymi oczami w dół i krzyknął „WISIELEC”.
Szybciutko zszedł na ziemię. Sprawdziliśmy wszystko dokładnie,
szybko. Śmierć przez powieszenie. Nie było w tym udziału osób
trzecich. Tak skończył komputerowiec. Do dzisiaj nie wiem dlaczego.
Tak szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi.

DWA SZYBKIE



Mimo, że smakuję życie „super bogatego’, „przystojnego” i zdrowego

emeryta milicyjnego, co jakiś czas spotykam się ze sznurem.
Myślałem, że mam to już za sobą. Niestety, sznur wraca. Najczęściej
przechodzę” obok, bez żadnych emocji. Inaczej jest, gdy sprawa
dot. osób znajomych. Wówczas coś we mnie pęka, czuję się jakoś
tak dziwnie. Byliśmy na TY. Znałem Ją ładnych 20-kilka lat. Skorzystała
z możliwości wyjazdu do Włoch. Rzuciła pracę tutaj i pojechała
drapać plecy i sprzątać mieszkania bogatym mieszkańcom
Italii. Chciała zarabiać więcej. Po kilku miesiącach przyjechała na
krótko. Z tego co wiem, była bardzo zadowolona z układu jaki tam
zastała. Potem znów przyjechała na krótko i znów… Przyjechała piąty
raz i nie wróciła. Maż, po powrocie z pracy, zobaczył jak dynda
na sznurze. Na ratunek była za późno. Nie zostawiła żadnej informacji.
Jednym z powodów desperackiego kroku mogła być …Tak
myślę, nie wiem czy tak rzeczywiście było. Mogła być nieodwzajemniona
miłość. Znudziła się i została przez włoskiego kochanka pogoniona.
Tam nie miała po co wracać. Tutaj nie mogła znaleźć miejsca
mimo, że była kochana. Uznała, że jedyne wyjście to...Informacja,
spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Miał tyle lat co moja
córka. Studiowali razem. Miał dziewczynę. Z jego ojcem wymienialiśmy
się informacjami: Co u niego-jej, jak sobie radzą itd. Rodzicielskie
pytania. Po studiach rozpoczął pracę. Starzy kupili mieszkanie.
On sfinansował zakup motocykla. Starzy dorzucili do auta
i wszystko kręciło się w najlepszym porządku. Spotkałem się z nim
około trzech miesięcy temu. On do mnie „Cześć panu” Ja do niego
Cześć D…, co u ciebie?” „Wszystko ok.” — odpowiedział. Uścisk dłoni
i rozstaliśmy się zadowoleni z życia. Umówił się z ojcem w poniedziałek,
w sąsiedniej miejscowości. Ojciec czekał i czekał. W końcu
przedzwonił aby dowiedzieć się o przyczynach jego nieobecności.
Nikt nie odpowiadał. Pojechał sprawdzić co się stało. Miał klucz od
mieszkania syna. Przekręcił zamek, wszedł do pokoju… Wisiał od
soboty wieczorem. Komputer włączony. Nie zostawił żadnej informacji.
Jeżeli nawet zostawił a uważam, że zostawił to ojciec po
przeczytaniu zniszczył lub też nie ujawnił, że takową posiada.
Mieszkanie do sprzedaży, samochód do sprzedaży. Motocykl
zostanie. Umówiliśmy się z ojcem chłopaka na letnie wypady motocyklowe.
W dwójkę raźniej.