środa, 4 marca 2020

KARDIOLOG


Był ordynatorem w dużym szpitalu. Znany był z fachowości,
pazerności i toyoty corolli, pierwszej w mieście.
Przyjmował prywatnie i w szpitalu, też prywatnie. Nie miał skrupułów,
brał jak leci.
Gdy miał kilkudniową przerwę w pracy, pacjentów oddawał pod
opiekę podległych sobie lekarzy. Robił to z fasonem, jak na lekarza
przystało. Przedstawiał swoich zastępców i odchodził. Po powrocie
robił obchód i pytał chorych o zdrowie.
Gdy narzekał jeden z drugim i płakał, że nie ma poprawy, obsobaczał
tego, który zastępował. Robił to przy pacjentach, żeby wiedzieli
jak o nich dba. Potem mówił, że zmieni leki bo to co dał
zastępca nie nadaje się w weterynarii a co dopiero na jego oddziale.
Zmieniał na takie same, z tej samej grupy, tylko o innej nazwie.
Następnego dnia zaczęły działać leki przypisane przez poprzedników,
ale splendor spadał na ordynatora- kardiologa. Dzięki niemu
przecież, pacjent poczuł się lepiej.
Młodzi lekarze wiedzieli o tego typu zagrywkach, ale nie mogli
nic zrobić.
Skutecznie trzymał ich za uzdę. Podobnie jak mój szef, komendant
MO trzymał za twarz kardiologa. Gdy zabolał palec, wsiadał
z walizką wypełnioną przyborami do utrzymania higieny osobistej,
oraz koszulkami nocnymi do służbowego samochodu i jechał do
szpitala.
Tam czekała na niego solówka z telewizorem, okno z widokiem
na park.
Kładł się i umierał przez tydzień. Ordynator latał koło niego
za wszystkich udając, że leczy a szef udawał, że ledwo żyje.
Wszyscy byli z siebie zadowoleni. Każdego dnia wizyty podwładnych,
zamartwiających się zdrowiem komendanta, kwiatki,
wódeczka, buzi. Następnego dnia kolejna delegacja. I tak się
kręciło. Po tygodniu wszyscy zmęczeni, ale komendant zdrowy
i o to chodziło.
Ordynator „sprowadzał” leki z zachodu. Mówił pacjentowi, że
jest poważnie chory, że tylko sprowadzony, np. z Niemiec, lek może
pomóc. Przestraszony pacjent sprzedał kota, psa czy chomika, aby
mieć za co kupić walutę i żyć dalej.
Dwóch moich kolegów, milicjantów, zaopatrzyłem w zielone,
tak się bali o swoje zdrowie. W sumie załatwiłem i przekazałem 60
dolarów. Żyją do dzisiaj. Wiedziałem, że są robieni na szaro. Nic jednak
nie mówiłem. Kardiolog brał zielone a leki, za darmo, otrzymywał
z darów. Pisałem na ten temat notatkę służbową.
Niestety, ginęła u komendanta. Coś za coś.
W życiu jest tak, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak
było i tym razem.

Przyjechała z mężem, wstrząśnięta tym co się stało, co przeżyła.
Była z prywatną wizytą u kardiologa. Gabinet miał w domku
jednorodzinnym. Kazał się rozebrać i położyć na kozetce. Zdjęła
bluzkę i czeka.
Pani nie słyszała o co poprosiłem. Proszę się rozebrać do
naga i położyć na kozetce — powiedział.
Panie doktorze, przyszłam do kardiologa, nie ginekologa.
Pani wybór, albo się pani rozbiera, albo kończymy wizytę.
Rozebrała się i położyła na kozetce.
Przystąpił do „badania” obmacując całe ciało. Tam też. Potem
szybko podbiegł do zlewu, rozpiął rozporek…
Gdy to zobaczyła, uciekła z gabinetu narzucając na siebie odzienie.
Zapłakana opowiedziała o wszystkim mężowi. Razem przyjechali
na komendę.
Nie złożyli zawiadomienia do końca, gdyż zadzwonił telefon.
Dzwonił komendant. Nie będę rozwodził się nad tym co się tam
działo. W każdym razie odstąpili od zgłoszenia. Myślę, że otrzymali
propozycję spotkania z kardiologiem co w konsekwencji przerodziło
się na ofertę finansową, nie do odrzucenia. Co się mieli rozczulać,
w końcu nic specjalnego się nie stało. Ot, mała odskocznia od dnia
codziennego. Sprawę zatuszowano, kardiolog mógł jeździć corollą
z podniesioną kierownicą.

Żona kolegi była w którymś tam miesiącu ciąży. Były kłopoty
z donoszeniem więc położono ją w szpitalu. Nie muszę nadmieniać,
że na oddziale kardiologa. Nie znam się na tym dlatego też, nie
potrafię połączyć ginekologii, kardiologii i czegoś tam jeszcze. Kolega
widocznie potrafił więc ochoczo zgodził się aby jego małżonka
donosiła ciążę kardiologiczną.
Tam dziewczynie coś odbiło, zaczęła zachowywać się jak wuwuzela.
Ustawiała pielęgniarki, lekarzy, salowe. Zbyt ostentacyjnie
okazywała swoje niezadowolenia. Myślała, że będzie leżeć na
kozetce komendanta, w jednoosobowym pokoju z widokiem na park
a nie w sali ogólnej z plebsem.
Przeliczyła się, stąd jej frustracja. Kolega zresztą też okazywał
swoje niezadowolenie. Na zwracane uwagi o niestosowności zachowania,
nie reagowała. Zachowywała się jak pani na włościach.
Doszło do tego, że wywalili ją ze szpitala na zbity pysk. Pamiętam
jak mąż wuwuzeli powiedział: — My się jeszcze spotkamy.

On okropnie wzburzony, ona zapłakana, nie potrafiąca wypowiedzieć
słowa.
Przyszli złożyć doniesienie na kardiologa.
DYŻUR OPERACYJNY MIAŁ MĄŻ WUWUZELI
Zgłaszająca była u kardiologa z wizytą prywatną. Skarżyła się
na dolegliwości sercowe. Kazał jej się rozebrać do naga i położyć na
kozetce. Trochę zdziwiona, ale uczyniła co kazał. Zaczęło się obmacywanie.
Na uwagi, nie reagował.
Nie pozwolił jej wstać, robił swoje. Uciekła nago w momencie,
gdy podbiegł do zlewu. W poczekalni czekał mąż. Chciał na miejscu
wymierzyć sprawiedliwość, ale kardiolog uciekł do drugiego pokoju
zamykając za sobą drzwi na klucz.
Zgłoszenie błyskawicznie przyjęto. Kolega zadbał o to aby udokumentować
zdarzenie we wszystkich obowiązujących dokumentach.
Chciał w ten sposób uniemożliwić zatuszowanie sprawy
i odegrać się za „krzywdę” żony-wuwuzeli.
Inaczej mówiąc, spotkali się.
W trakcie rozmowy z poszkodowaną, zadzwonił komendant,
chciał się zorientować w sprawie. Wiedział o zdarzeniu, gdyż był
u niego kardiolog prosząc o pomoc.
Stary, gdy dowiedział się, że nie ma szans na odkręcenie tematu,
wygonił kardiologa z domu pozostawiając go z problemem nie
do rozwiązania. Nie pomogły wcześniejsze układy, sala z widokiem
na park, kozetka…
Natychmiast powiadomiono prokuratora. Ordynatora zatrzymano
w areszcie.
Kolega zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, powiadomił
o sukcesie żonę. Cieszyli się razem, przy czym ona powiadomiła
o wszystkim znajomych a ci…
Huczało całe miasto.
Kardiolog nie dostał aresztu i słusznie, bo nie było za co.
Wrócił do domu, siadł w fotelu, myślał. O czym, nie wiem. Po
pewnym czasie zamocował sznur przy klamce. Pętlę zarzucił na szyję...
szarpnął.
W tym samym momencie do domu przyszła zona. Był nieprzytomny,
ale dzięki zimnej krwi najbliższej mu osoby, uratował życie.
Żył jeszcze cztery dni.
Nie wychodził z domu, ciągle myślał, przeżywał sytuację.
W końcu postanowił z tym skończyć. Pod nieobecność domowników…
Żona znalazła go wiszącego w piwnicy. Sznur przymocował
do rury ciepłowniczej. Skutecznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz