Wracaliśmy
z pola. Trochę brudni od kurzu, zmęczeni, ale weseli.
Najwięcej
dokazywał Józiek. Znał dużo przyśpiewek, wierszyków,
żartów.
Jeden z wierszyków, który zapamiętałem to :
— Za
stodołą, gdzieś na płocie, Kogut gromko pieje.
Zaraz
przyjdę, miła, do cię
Tylko
się odleję.
Śpiewał,
gadał, śmiał się. Non stop, jak mówią bigbitowcy. Miał
melodię.
W
końcu zamilkł. Zamilkł, gdy przechodziliśmy obok słupa
wysokiego
napięcia. Nikt nie zwrócił uwagi gdy błyskawicznie
wdrapał
się na jego szczyt. Krzyknął coś niezrozumiałego. Spojrzałem
w
górę, zauważyłem, że łapie dłonią elektryczny przewód.
Potem
widziałem już tylko dym i spadającego Jóźka.
Do
dzisiaj pamiętam głuchy odgłos ciała spotykającego się
z
ziemią.
Najbardziej
przytomnie z nasz wszystkich zachował się Gienek.
Szybko
przeszukał kieszenie Jóźka. Wyciągnął z nich papierosy
„Popularne”,
które potem z tych nerwów wypaliliśmy. Czy Józiek
miał
jakieś pieniądze, nie wiem.
Wiem
tylko, że Gienek tego wieczoru bardzo się upił.
To
wszystko co mam do zeznania w tej sprawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz