To
była miłość od pierwszego wejrzenia.
Przystojniak
z lekko przekrwioną twarzą. Mówił, że to nadciśnienie
z
którym walczy, ale tak w ogóle to jest zdrów. Wierzyła, co
miała
robić. Była zakochana po uszy a kto kocha wierzy, ufa. Objawy
choroby
wystąpiły po około dwóch, trzech miesiącach od chwili
sakramentalnego
TAK.
Zaczął
wracać z pracy lekko „szurnięty”. Gdy poczuł się pewniej,
przychodził
pijany każdego dnia. Coraz częściej miał pretensje,
coraz
częściej podnosił głos. Pierwszy raz uderzył po czterech
miesiącach.
Uderzył mocno. Przewróciła się raniąc głowę. Nie pozwolił
dzwonić
na żadne pogotowie, ranę opatrzył sam. Gehenna trwała
czternaście
lat. Pił, bił i kochał. Pił, bił i kochał…
Hłasko
opisywał faceta, który miał czworo urodziwych chłopaków
z
włosami koloru czarnego. Piąty urodził się rudy. Dla gościa
to
tragedia. Nie mógł się z tym pogodzić. Sięgnął po wódkę
a
następnie rozpoczął bicie. Bił żonę i pytał czy to ostatnie
jego,
czy
nie jego. Zaklinała na wszystkie świętości, że jego. Nie
wierzył.
Dalej
pił, bił i pytał. Tak każdego dnia. Podczas ostatniego picia
i
bicia, gdy była umierająca, powiedziała:
— Ostatnie
twoje, pierwsze czworo, NIE.
To
jej ostatnie słowa.
Ten
od Hłaski miał jakieś wytłumaczenie ale ten z przekrwioną
twarzą
żadnego. Bił z błahych powodów. Przychodził o czwartej
rano
i bił, że śniadania nie ma. O tym, że bił bo chłodnik zbyt
chłodny,
nie
wspomnę. Każdy powód był dobry. Bił dla sportu i jak twierdził,
dla
utrzymania dyscypliny. Z tego „szczęśliwego” związku urodziło
się
dwoje dzieci. W dniu, gdy oddał ostatnie tchnienie, starszy
syn
miał 14 lat, młodszy 12.
Wrócił
do domu późną nocą. Oczywiście na alkoholowym haju.
Ściągnął
lubą z łóżka i zaczął maltretować. Miał pretensje, że nie
czekała
na jego powrót z baletów tylko poszła spać. Bił mocno. Nie
krzyczała.
Bała się. Takim diabłem jak tej nocy, nie był nigdy.
Leżała
na podłodze, gdy przestał kopać. Bardziej wierzgał
nogami
niż kopał. Nieśmiało otworzyła oczy… Za ojcem stało
dwóch
synów. Jeden i drugi trzymali w dłoniach sznur, którym
opletli
ojca szyję. Każdy ciągnął w swoją stronę. Ciągnął ile tylko
miał
sił. Ten z przekrwioną twarzą walczył jak lew. Nie miał
żadnych
szans tym bardziej, że maltretowana postanowiła chłopakom
pomóc.
Błyskawicznie chwyciła za nogi. Kiedyś musiała
je
całować, teraz nastąpił czas rewanżu. Nie chciała być więcej
kopana.
Pierwszy
ochłonął starszy syn. Poluzował sznur, ojciec osunął
się
na podłogę, bezwładnie, jak worek ziemniaków. Młodszy zaczął
okropnie
płakać. Matka trzymała nogi męża w żelaznym uścisku
jeszcze
przez kilka minut. Chciała być pewna, że tyran więcej nie
wstanie.
Nie wstał.
Potem,
ze starszym synem, usiłowała upozorować samobójstwo.
Zrobili
to nieudolnie. Na pierwszy „rzut” oka wiadomo było, że
samobójstwo
jest grubymi nićmi szyte.
Wziąłem
starszego chłopaka do pokoju obok i powiedziałem:
— Opowiedz.
Opowiedział.
Wszystko brał na siebie. Po kilku dniach powiedział
mi,
że nie chciał aby mama dalej cierpiała. Kochał matkę. Matka
jego
też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz