środa, 4 marca 2020

BALETMISTRZ


To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Przystojniak z lekko przekrwioną twarzą. Mówił, że to nadciśnienie
z którym walczy, ale tak w ogóle to jest zdrów. Wierzyła, co
miała robić. Była zakochana po uszy a kto kocha wierzy, ufa. Objawy
choroby wystąpiły po około dwóch, trzech miesiącach od chwili
sakramentalnego TAK.
Zaczął wracać z pracy lekko „szurnięty”. Gdy poczuł się pewniej,
przychodził pijany każdego dnia. Coraz częściej miał pretensje,
coraz częściej podnosił głos. Pierwszy raz uderzył po czterech
miesiącach. Uderzył mocno. Przewróciła się raniąc głowę. Nie pozwolił
dzwonić na żadne pogotowie, ranę opatrzył sam. Gehenna trwała
czternaście lat. Pił, bił i kochał. Pił, bił i kochał…
Hłasko opisywał faceta, który miał czworo urodziwych chłopaków
z włosami koloru czarnego. Piąty urodził się rudy. Dla gościa
to tragedia. Nie mógł się z tym pogodzić. Sięgnął po wódkę
a następnie rozpoczął bicie. Bił żonę i pytał czy to ostatnie jego,
czy nie jego. Zaklinała na wszystkie świętości, że jego. Nie wierzył.
Dalej pił, bił i pytał. Tak każdego dnia. Podczas ostatniego picia
i bicia, gdy była umierająca, powiedziała:
Ostatnie twoje, pierwsze czworo, NIE.
To jej ostatnie słowa.
Ten od Hłaski miał jakieś wytłumaczenie ale ten z przekrwioną
twarzą żadnego. Bił z błahych powodów. Przychodził o czwartej
rano i bił, że śniadania nie ma. O tym, że bił bo chłodnik zbyt chłodny,
nie wspomnę. Każdy powód był dobry. Bił dla sportu i jak twierdził,
dla utrzymania dyscypliny. Z tego „szczęśliwego” związku urodziło
się dwoje dzieci. W dniu, gdy oddał ostatnie tchnienie, starszy
syn miał 14 lat, młodszy 12.
Wrócił do domu późną nocą. Oczywiście na alkoholowym haju.
Ściągnął lubą z łóżka i zaczął maltretować. Miał pretensje, że nie
czekała na jego powrót z baletów tylko poszła spać. Bił mocno. Nie
krzyczała. Bała się. Takim diabłem jak tej nocy, nie był nigdy.
Leżała na podłodze, gdy przestał kopać. Bardziej wierzgał
nogami niż kopał. Nieśmiało otworzyła oczy… Za ojcem stało
dwóch synów. Jeden i drugi trzymali w dłoniach sznur, którym
opletli ojca szyję. Każdy ciągnął w swoją stronę. Ciągnął ile tylko
miał sił. Ten z przekrwioną twarzą walczył jak lew. Nie miał
żadnych szans tym bardziej, że maltretowana postanowiła chłopakom
pomóc. Błyskawicznie chwyciła za nogi. Kiedyś musiała
je całować, teraz nastąpił czas rewanżu. Nie chciała być więcej
kopana.
Pierwszy ochłonął starszy syn. Poluzował sznur, ojciec osunął
się na podłogę, bezwładnie, jak worek ziemniaków. Młodszy zaczął
okropnie płakać. Matka trzymała nogi męża w żelaznym uścisku
jeszcze przez kilka minut. Chciała być pewna, że tyran więcej nie
wstanie. Nie wstał.
Potem, ze starszym synem, usiłowała upozorować samobójstwo.
Zrobili to nieudolnie. Na pierwszy „rzut” oka wiadomo było, że
samobójstwo jest grubymi nićmi szyte.
Wziąłem starszego chłopaka do pokoju obok i powiedziałem:
Opowiedz.
Opowiedział. Wszystko brał na siebie. Po kilku dniach powiedział
mi, że nie chciał aby mama dalej cierpiała. Kochał matkę. Matka
jego też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz