Ona
piękna i młoda. On młody, brzydki, taki dzwonnik z Notre
Dame.
Miał jednak zaletę. Był właścicielem bardzo dużego gospodarstwa
i
bardzo dużej kasy na koncie. Ten trzeci był przystojny,
młody
i ksiądz. Mówili, że chodziła do niego na spowiedzi. Nic to, że
wieczorami,
nocą czy w dzień. Chodziła i tyle. Dla niej drzwi kościoła
otwarte
były zawsze. Wiedzieli o tym wszyscy oprócz „Dzwona”
i
jego rodziny. Ślubu udzielał ten, który nie zamykał przed nią
drzwi.
Mówili,
że cieszył się z uroczystości, bo miał już dość jej
natarczywości.
Na
zewnątrz słoneczko a wewnątrz kościoła pełno gapiów,
zaproszonych
gości, kwiatów, zapachu potu, uśmiechniętych, radosnych
twarzy.
Po
pełnej radości mowie tego trzeciego, zaproszeni udali się
do
miejsca zamieszkania „Dzwona”. Tam w adaptowanej na salę
stodole,
czekała orkiestra. Pierwszy taniec wyskakał ten trzeci.
Potem
z gracją przekazał pannę młodą właścicielowi. Rozpoczął
się
bal. Co prawda, jakoś tak inaczej ale zawsze bal. Ojciec pana
młodego
zarządził podanie kawy i ciasta. Ludzie głodni jak bezpańskie
psy
a tutaj kawa zamiast rosołu. Słychać było szmerek
niezadowoleni,
ale kultura wzięła górę. Widać było uniesione do
góry
i lekko zakrzywione, malutkie palce dłoni trzymających filiżanki.
Wódka
na stole była od zaraz. Popijano kawą i ciastem.
Po
około dwóch godzinach było już dobrze. Nikt nie myślał
o
rosole tylko o tańcach. Sielanka skończyła się po około trzech
godzinach.
Radosnego walczyka przerwał potężny krzyk matki
„Dzwona”.
Ona pierwsza zobaczyła bezwładnego męża z grubą
pętlą
na szyi, skręconą na klamce drzwi wejściowych prowadzących
do
pomieszczenia gospodarczego. Spoglądał na gapiów tym
swoim
kpiącym uśmieszkiem. Wyraźnie widać było, że wszystkich
ma
poniżej pasa. Dlaczego się powiesił, dlaczego w trakcie
wesela
syna, nie wyjaśniono. Najprawdopodobniej wówczas
dowiedział
się o przedślubnym romansie synowej z księdzem.
Dla
mnie to pryszcz, dla niego, człowieka głęboko wierzącego,
tragedia.
Przyjechało
dwóch posterunkowych załatwić sprawę. Dla kurażu
wlano
im po szklance. Nie odmówili. Potem poprawili i zażądali
aby
zagrała orkiestra. Władzy się nie odmawia. Zaczęto od „DOBRY
JEZU”,
potem zaczęły lecieć melodie i piosenki biesiadne. Panowie
prosili
panie, potem panie panów i nie tylko. Co jakiś czas wzywano
do
modlitwy, które przerywano toastami.
Około
6-tej rano towarzystwo zaczęło się rozchodzić, rozjeżdżać.
Młodej
parze życzono wszystkiego naj, naj. O desperacie nie
pamiętano.
On był już w innym świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz