niedziela, 23 lutego 2020

Mój pierwszy i ostatni raz


Skąd mogę wiedzieć ile miałem lat. Myślę, że nie więcej jak
5—6 Mieszkałem w mieścinie 3-tysięcznej z kilkoma telefonami
na krzyż. Jeden telefon, taki na korbkę, sąsiadka miała. Pamiętam
numer — 129.
Kręciłeś korbką, zgłaszała się babka z poczty i pytała -Czego?! —
Podawałeś numer, z którym chciałeś się połączyć i po zawodach. Ona
łączyła a potem podsłuchiwała. Pamiętam jak pierwszy raz, sam, bez
niczyjej pomocy, dzwoniłem do ojca, do pracy. Po usłyszeniu „czego”
powiedziałem: „Poproszę z tatusiem” Nawet nie pytała o czyjego ojca
proszę. Łączyła bez pudła, celnie. Wszystko wiedziała.
Graliśmy w piłkę. Padał deszcz więc kopaliśmy między bramami,
na korytarzu. Ostrą grę przerwała, krzycząca niewyobrażalnie,
kobieta.
Wpadła jak burza z tekstem, że musi połączyć się z MO bo mąż
chce się powiesić. Znaliśmy ją i jej męża. Mieszkali 200m od naszego
budynku. Kolega, starszy ode mnie 2 lata, otworzył drzwi mieszkania,
zawołał matkę. Spojrzał na mnie:
Lecimy zobaczyć.
Pobiegliśmy. Pamiętam jak dziś, bałem się okropnie ale nie
mogło być inaczej. Ciekawość była silniejsza od strachu. Podbiegliśmy
pod okno, mieszkali na parterze, nisko było. Kolego wspiął się
do góry. Zeskoczył szybciej niż wlazł i bez słowa, w sprinterskim
tempie, pobiegł w kierunku naszego domu. O mnie zapomniał.
Kolega…
Chciałem biec za nim, gdy zobaczyłem JEGO. Stał blisko okna,
szukał coś w szufladzie kredensu. Spojrzał na mnie. Oczy miał
czerwone, wściekłe, przymrużone. Nie wiem jak długo patrzeliśmy
na sobie. Stałem jak sparaliżowany. W końcu, po pokonaniu strachu,
uciekłem. Wpadłem do domu i....rozpłakałem się. Następnego
dnia dowiedziałem się, że nie żyje. Wzrok gościa pamiętam do
dzisiaj.
Kolega, z którym biegłem zobaczyć jak człowiek odbiera sobie
życie, jak to jest fajnie, nie żyje. Wybrał sznur z tym, że wiele, wiele
lat później. Piszę o nim w jednym z odcinków. Nie powiem, którym.
Po co?
Podjechałem pod dom mamy. Wziąłem komórkę w dłoń, przedzwoniłem
informując, że jestem, że czekam.
Za 5 minut będę — Odpowiedziała mama.
Włączyłem radio i czekam. Po 3—4 minutach, z klatki schodowej
wyszedł znany mi z widzenia facet. Wyszedł szybko, jakoś tak
nietypowo.
Zauważył mnie w oknie samochodu, ukłonił się i zawrócił.
Poszedł do piwnicy. Szedł szybko. Wiem, że nie uwierzycie, ale
coś mnie tknęło. Pomyślałem, że za moment odwali ciekawy
numer. Mama jak zwykle, przed wyjściem, musiała wykonać szereg, niezrozumiałych
dla faceta, czynności.
W pewnym momencie zauważyłem żonę faceta, który wcześniej
wszedł do piwnicy. Była zdenerwowana. Ukłoniłem się. Nie odpowiedziała
mimo, że mnie zauważyła. Wyraźnie szukała męża. Nawet
chciałem powiedzieć gdzie poszedł ale zrezygnowałem. Nie moja
broszka, pomyślałem. Poszła do piwnicy. Długo nie czekałem. Usłyszałem
okropny krzyk. Nie wyszedłem z samochodu. Co to ja kurwa,
ratownik jestem?
Mamie nic nie powiedziałem. Nawet nie zauważyła, że coś się
stało.
Wsiadła do auta i pojechaliśmy. Następnego dnia powiedziała,
że w sąsiedniej klatce facet popełnił samobójstwo. Nie kojarzyła
gościa, nie potrafiła go określić. I całe szczęście. Po co?
To był mój ostatni raz.

Miłośniczka psów


Być może historia jest Wam znana. Ładnych kilkanaście a może
więcej lat temu, pisała o tym prasa. Przynajmniej w naszym, tutaj,
rewirze. Jeżeli znacie, przeczytajcie.
On szpakowaty, prawie taki jak ja dzisiaj, od wielu, wielu lat
wdowiec. Nie interesował się kobietami. Prowadził, jak na tutejsze
warunki, dużą i dobrze prosperującą, firmę. Większość czasu spędzał
w pracy. Relaksować się wyjeżdżał do daczy nad jeziorem. Widziałem,
piękny dom. Lubiany był przez swoich pracowników mimo, że
wymagał, że potrafił obsobaczyć, rzucić mięsem.
Szanowali go. To właśnie miłość do szefa spowodowała, że kilka
pań doszła do wniosku, że pryncypała trzeba ożenić. Po co się
chłop męczy, zadręcza samotnością, schnie w oczach. Postanowiły
podłożyć” panienkę z dobrego domu. Do tego ładną, wykształconą
i w ogóle. Właśnie w sekretariacie zwolniło się miejsce. Już
następnego dnia, w sprawie zatrudnienia zgłosiła się urocza dziewczyna.
Zrobiła wrażenie, przyjęta została na okres próbny. Po dwóch
miesiącach była z szefem na kawie. Po trzech miesiącach byli na
ty” Oczywiście, że po pracy. Po czterech miesiącach zamieszkali
razem. Baby, które to wszystko „nagrały” były z siebie zadowolone.
Na ich oczach szef kwitł niczym holenderski tulipan. Po roku czasu
w firmie polał się szampan. Szef wstąpił w związek małżeński.
Żona przestała pracować. Uznał, że nie powinna się przemęczać. Nie
chciała się na to zgodzić, ale nie miała wyjścia. Taka była jego
decyzja. Poprosiła aby kupił psa. Kochała zwierzęta, zawsze o psie
marzyła. Nie zgodził się. Był przeciwnikiem domowej hodowli zwierząt.
Ponadto miał uraz. W młodości pogryzł go kundel sąsiadów.
Po upływie pół roku od zawarcia związku doszły go słuchy, dobrzy
ludzie donieśli, że w jego małżeństwie nie wszystko jest jak być
powinno. W pierwszym odruchu, nie zwrócił na to uwagi. Gadają
bo gadają — myślał. Ponadto za rękę nie złapał. W jego odczuciu
wszystko było ok. Telefony, donosy zaczęły się powtarzać.
Stało się to męczące. Stał się czujny. W końcu dowiedział się.
Miała kochanka o pięknym imieniu WALDEMAR. Postanowił sprawdzić.
Na urodziny, kochanej żonie, sprezentował psa. To był młody,
dobrze wypasiony rottweiller. Już przeszkolony. Cieszyła się jak
dziecko. Nie mogła zrozumieć, że pies może być tak posłuszny, tak
dobrze ułożony. Jej pies był.
Tego wieczoru nie wychodzili nigdzie. Wypili szampana, oglądali
tv, rozmawiali. Nie spodziewali się gości. Impreza ustawiona była
na sobotę a urodziny, miała w czwartek. Położyli się spać. Bora, nie
jestem pewien, ale wydaje mi się, że tak wabił się rottweiler, położył
się na podłodze od jej strony. Rano wstali jak zwykle. Przygotowała
mężowi śniadanie. Potem nakarmiła psa. W Dalszej kolejności
buzi i wyjazd do pracy. Przed wyjściem spojrzał na nią tak
jakoś dziwnie. Powiedział: „KOCHAM CIĘ”. Nie zdążyła odpowiedzieć.
Szybko zamknął drzwi i zbiegł po schodach.
Około godziny 11 zadzwonił telefon. Bał się odebrać. Bał się, że
może to być telefon, na który nie czeka. Podniósł słuchawkę.
SAMOBÓJSTWA. GWAŁTY. GWAŁTY?
25
Dzień dobry, Komenda Milicji. Czy rozmawiam z panem…
Odłożył słuchawkę. Nie zdała testu — pomyślał.
Powiedział, że jedzie do domu, do żony. Powiedział też, że
została zagryziona przez psa. Wyszedł z biura. Do domu nie pojechał.
Udał się prosto na daczę. Tam znaleziono go następnego dnia.
Powiesił się. Ona przeżyła.
Bora, czyli rottweiler, był szkolony przez fachowca. Gość brał
duże pieniądze, ale pracę wykonywał przyzwoicie, bez żadnej lipy.
Właściciel Bory zażyczył sobie gruntowne szkolenie. Był jeden
warunek: Atak psa na napastnika mógł nastąpić wyłącznie na hasło
WALDEK. Miał to być atak zdecydowany, natychmiastowy, skuteczny.
Test nastąpił w piątek. W głębi duszy liczył, że ukochana test
zda, stąd jego, prawie błagalne: -KOCHAM CIĘ — gdy wychodził
z mieszkania. Po jego wyjściu, posprzątała, bawiła się z Borą. Potem
podeszła do telefonu. Wykręciła numer. -WALDEK, TO … Nie zdążyła
dokończyć. Atak psa był zdecydowany, natychmiastowy
i...nieskuteczny, bo żyje a miało być inaczej. Widuję ją do dzisiaj.
Chodzi pokiereszowana, sama, zmęczona życiem. Najczęściej siedzi
w domu. Firma poszła z dymem gdyż nie potrafiła zarządzać. Ponadto
miała wszystkich przeciwko sobie. Jest dzisiaj bardziej samotna
niż kiedyś jej mąż. Wszystko przez jeden oblany egzamin. Borę
uśpiono.

Bliźniakiem być


Jechałem samochodem. Jechałem, rozmyślałem. Wróciły wspomnienia
z wielu lat wstecz. Przypomniałem sobie Łódź. OSOMO na
ulicy Północnej, obok Wojskowa Akademia Medyczna, po drugiej
stronie budynek operetki. Spędziłem tam wiele uroczych chwil.
Byłem też na „widelcu”. Stałem na placu sam, jak idiota, przed
wszystkimi chłopakami a komendant wydawał wyrok. Nagana
z wpisaniem do akt. Miałem dużo szczęścia,
że nie wyleciałem. Za co mnie ukarano? Myślicie, że za wódkę.
Nie, nie za wódkę. Trzeźwy byłem jak łza. Ukarano mnie...Dobra,
napiszę.
Pielęgniarki z Akademii Medycznej organizowały wieczorek
taneczny. Zaprosiły nas, niebieskich chłopaków. Przed wyjściem
przełożony zastrzegł:
O GODZ. 24 WSZYSCY W POKOJACH!
Nie zwróciłem na to uwagi. Bardzo chce, to będę — pomyślałem.
Zabawa przy płytach. Piękne dziewczyny. Wszyscy się czają a ja
spokojnie. Znałem swoje miejsce w szyku, wiedziałem na co mnie
stać. Nie szarpałem się do najładniejszych. Śmiać mi się chciało
z kolesi, którzy wybierali. Zanim taki wybrał, dziewczyna tańczyła
z innym. Ze mną było inaczej. Rozpoczęła się druga trójka, gdy usłyszałem:
Zatańczysz ze mną?
Przede mną stało wysoka uśmiechnięta dziewczyna. Spojrzałem
i… wybitnie mi się nie spodobała. Ale cóż, przyszedłem się bawić.
Uśmiechnąłem się i powiedziałem: — Czekam na ciebie od momentu
gdy zagrała muzyka. Roześmieliśmy się, a potem już poszło. Wróciłem
o godzinie 8 rano. Nie skakałem przez płot, wchodziłem przez dyżurkę.
Tam odebrano mi dokumenty. Po południu zorganizowano apel
o którym wcześniej. Najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze.
Koniec wspomnień, bracia bliźniacy czekają.
Podobni jak dwie krople wody. Charaktery trochę inne, ale nic
to, zawsze razem, nie odstępowali siebie na krok. Jeden skończył
technikum plastyczne, drugi górnicze. Pracowali w swoich zawodach
czyli plastyk był na utrzymaniu górnika oraz tatusia i mamusi.
Niezaradny był i tyle. Górnik miał pieniądze, powodzenie i ten
młodzieńczy luz. Poznał dziewczynę, która spowodowała, że więzy
z bratem bliźniakiem stały się luźniejsze. Widać było, że dziewczyna
zdominowała jego świat.
Plastyk zazdrosny nie był, nie, rozumiał brata i wybaczał
odstawkę” na boczny tor
Po ślubie, górnik ze swoją lubą zamieszkał w przytulnym M-2.
(Starsi wiedzą, M-2 to pokój z kuchnią).
Mieszkali, pracowali, kochali, cieszyli się życiem. Nie wspomniałem
wcześniej, że górnik pracował na zmiany a pracował. Najgorsze
było nocne fedrowanie. Myślał o swojej lubej, martwił, że
siedzi w domu sama, tęskniąca. Przed kolejnym zjazdem pod ziemię,
zwrócił się do swojego sztygara z prośbą o wolne. Powiedział, że źle
się czuje, że chyba jest chory. Sztygar wyraził zgodę. Do domu
wrócił około 23. Żona zdziwiona, ale radosna, że wrócił, że spędzą
noc razem. Brat bliźniak tez był zadowolony. Co robił o tak późnej
porze w jego mieszkaniu? Nic szczególnego. Po prostu przechodził
obok, zauważył, że świeci się światło. Pomyślał, że oboje są w domu
więc odwiedził. Skoro wszedł, bratowa postawiła herbatę. Posiedzieli
chwilkę razem i pożegnali się. Kilka miesięcy później. Kolejne
nocne fedrowanie. Kolega, niby żartem, mówi:
Chyba rzadko w domu bywasz- Nie odpowiedział, ale coś
w nim drgnęło. Przygotował grunt. Poinformował lubą, że mają
ważną robotę i nie wykluczone, że po nocnej zmianie zostanie
także na zmianie pierwszej. Prosiła aby odmówił, ale nie zgodził się.
Przekonał ją pieniędzmi mówiąc, że po zakończeniu zadania dostanie
dobrą kasę. Pojechał na nockę. Na dół nie zjechał, miał załatwione
wolne. Poszedł na piwo. Do domu wrócił około 2 w nocy.
Otworzył cicho drzwi… Obok jego lubej leżał brat, bliźniak. Spali
wykończeni późną porą. Ściągnął z nich kołdrę. Byli nadzy. Wziął
się za brata...Skatował jak psa. Lubej nie ruszał. Splunął w jej stronę,
wyszedł z mieszkania. Nie wiadomo co robił potem. Do pracy,
na nocną zmianę, przyjechał jak zawsze. Przebrał się, zjechał na
dół. Pracował jak zwykle. Może mniej mówił, ale wszystko było
w normie. Po około 3 godzinach powiedział do kumpla, że idzie się
odpryskać” (tak powiedział ) i poszedł w stronę zamkniętego chodnika.
Wszedł do niego mimo, że znaki informowały o bezwzględnym
zakazie jakiegokolwiek ruchu. Chodnik był niezabezpieczony.
W każdej chwili istniało niebezpieczeństwo zawalenia się stropu,
ściany. Po około 25 minutach od jego tam wejścia, tak się rzeczywiście
stało. Nie było to duże tąpnięcie, ale było, a wewnątrz znajdował
się człowiek. Po około 2 godzinach, spod skał, wydobyto zwłoki
górnika bliźniaka. Na szyi miał luźną pętlę zakończoną sznurem
długości 170cm. Konsternacja. Nikt nie wiedział co o tym myśleć.
Ktoś powiedział, że na pewno zginął śmiercią samobójczą. Sekcja
zwłok temu zaprzeczyła. Zginął przygnieciony skałami. Tak sobie
myślę, że trzeba mieć kurewskiego pecha. Nawet powiesić się nie
można spokojnie. Zawsze coś. Chłop spokojnie szukał miejsca do
zarzucenia pętli. Być może był blisko. Niestety, nie zdążył, zawał był
szybszy. Szkoda


Reprezentacyjny posyterunek


Zaczynał od posterunkowego. Wysoki, lekko ryżawy, piegowaty,
zawsze uśmiechnięty, zaradny, przebojowy. Na robocie się znał,
wykrywalność wyższa od średniej a to powód do awansu. Został
komendantem posterunku. Wtedy się zaczęło. Zaczął chodzić
w modnym garniturze, do tego dobrej klasy, który co pewien czas
zamieniał na bardziej modny. Podobnie było z białymi koszulami.
Nie było lipy, wszystko najwyższa półka. Żeby nie było, że dbał
tylko o siebie, pamiętał o posterunku. Jego posterunek, rósł i piękniał
razem z nim. Nie wiem jak żona, bo ukrywał ją przed wszystkimi.
W życiu jej nie widziałem. Sorry, widziałem raz, na pogrzebie,
ale to potem. Teraz remontuje posterunek. Pamiętam, przejeżdżałem
czarną wołgą prze wioskę. Zatrzymałem się przed posterunkiem.
Zainteresowały mnie wykonywane tam prace. Wewnątrz znajomy
inżynier, dwie młode urzędniczki z gminy i on, Leon Zawodowiec.
Witam się z inżynierem mówiąc: — Co, budujemy?
Nie, walimy — odpowiada
No tak, jak się ma zdrowie…
-Nie, nie, nie, nie o to chodzi !!!
Dziewczyny się zarumieniły a ja spokojnie zmieniłem temat. Po
grzecznościowej wymianie zdań, Leon Zawodowiec otworzył drzwi
swojego gabinetu, zaprosił wszystkich. Było wszystko. Picie, jedzenie,
popitka. Odmówiłem. Po prostu nie mogłem, musiałem jechać
dalej. Miałem do załatwienia sprawę. Kierowca wołgi trochę się
boczył, ale nie było wyjścia. Odjechaliśmy ze łzami w oczach.
Po miesiącu, uroczyste otwarcie posterunku. Był szef z powiatu,
szef gminy i jeszcze kilku oficjeli. Najważniejszym był jednak Leon.
To jemu dziękowano za zaangażowanie, trud, włożoną pracę itd.
To on zbierał pochwały. Po uroczystościach oficjalnych, Leon zaprosił
wszystkich na poczęstunek. Nie było mnie tam, zbyt mały byłem,
ale wiem, że stół był szwedzki. W tamtych czasach nie wiedziano, co
to szwedzki stół, ale tak jakoś wyszło, że stół Leona, był pierwszym
szwedzkim stołem w gminie. Rozumiecie??? Było wszystko co dusza
zapragnie. Wszystkie wyroby naturalne, bez żadnych chemicznych
dodatków. Po zakończeniu uroczystości towarzystwo się rozjechało.
Następnego dnia przyjechali ponownie z tym, że w mniejszym składzie.
Leon robił poprawiny. Potem znów i znów… Trwało to trochę.
Wiadomo, drapane smakuje najbardziej. Nikogo nie interesowały
koszty. Ktoś na pewno płaci, ważne, że nie ja. Ostatni bankiet miał
miejsce w piątek. Sprzątanie w sobotę. W poniedziałek niespodzianka.
Przyjechał zespół kontrolny z wojewódzkiej. Czekali na Leona
przed Posterunkiem. Do budynku weszli razem. Zabezpieczyli dokumentację
trochę służbowych drobnych. Zapytali Leona, czy ma coś
więcej do przekazania. Nie miał. Wrócili więc do wojewódzkiej. Leon
został sam. Służby na godziny popołudniowe i nocne rozpisane. Nie
spodziewał się nikogo. Zrobił kawę, zaliczył dwa, trzy łyki. Wziął
kartkę papieru, zaczął pisać. Potem wstał, otworzył szafę pancerną,
wziął w dłoń pistolet. Poszedł na dół, do celi. Kartkę ze swoją
twórczością położył na pryczy. Otworzył szeroko usta… Znaleziono
go w południe. List, który napisał, skierowany był do żony. Przyznał
w nim, że przepił służbowe pieniądze, że nie ma z czego oddać,
że nie chce iść do więzienia. Skończony idiota. Przecież nie było
tego dużo. Mógł wziąć pożyczkę z banku i szybko pokryć straty. Tak
myślałem do momentu, gdy dowiedziałem się, że w banku to dopiero
wisi. Przerosło go to wszystko. A był taki zdolny, operatywny. Po
prostu ideał. Szkoda, że nie za swoje.
Byłem na pogrzebie. Było kierownictwo Komendy, oficjele
z Gminy, koledzy z pracy. Byli wszyscy obecni wcześniej, przy
szwedzkim stole. Wszyscy poważni, jego żona i dzieci załzawione,
a mnie chciało się śmiać. W pewnym momencie musiałem zagryźć
wargi. Jeden z kolegów zauważył: „Coś cię poj… ło” — mówi cicho.
A mnie przypomniał się Leon żywy, taki jaki był naprawdę.
Sobota, miałem dyżur operacyjny. Przez radiostację wołają
Leona. Raz, drugi, dziesiąty. Po trzech godzinach dyżurny oficer
mówi: „Jedź zobacz co tam się dzieje”. Pojechałem. Posterunek
zamknięty. Rozpłynął się Leon. Pytam ludzi, może coś wiedzą. Jeden
z rozpytywanych sugeruje, że Leon może być w polu. Pojechałem.
Był. Orał pole. Pług przymocował do samochodu służbowego, marki
gazik, i hejta. Profesjonalna robota. Orka na ukończeniu. Siadłem
w rowie i zacząłem się śmiać. Dawno tak się nie śmiałem. Po żniwach,
dostałem od Leona worek ziemniaków.
Żona Leona ułożyła sobie życie z jednym z jego podwładnych.
Chłopak został Komendantem Posterunku. Nawet dzisiaj, jest
to jeden z najładniejszych Posterunków, taki reprezentacyjny.

KAZIU


Jeden z letnich miesięcy, około 23, ciepło fajnie. Siedzę
w domu, przy otwartym balkonie, oglądam tv. W pewnym momencie ogromny huk wyrwał mnie z fotela. Mieszkam blisko jednejz głównych ulic miasta. Wychodzę na balkon, spoglądam w kierunku ulicy. Szczerze mówiąc, nic specjalnego nie widzę, bo zasłaniają drzewa. Zaniepokoiła mnie cisza. Zadzwoniłem do chłopaków mówiąc czego byłem świadkiem. Obiecali, że sprawdzą. Siadłemw fotelu, zająłem się oglądaniem tv. Potem spanko i rano do pracy.
Siadłem za swoim biurkiem. Kolega pyta
Słyszałeś?
Nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie mówi dalej. —
Kaziu się rozpierdolił. Jechał zbyt szybko, nie wyrobił na zakręcie
i trzasnął w betonowy słup oświetleniowy. Maluch do kasacji,
jemu nic.
Pijany był? — pytam
A kiedy był trzeźwy?
No to popłynął — mówię.
Tak, tak, huk, który wyrwał mnie z fotela, to Kazia sprawka.
Poczułem się głupio. Przecież to ja dzwoniłem po chłopaków,
a mogłem wyjść, zobaczyć co jest grane
i dopiero potem, gdyby były ofiary, powiadomić kogo trzeba. Nie
zrobiłem tego. Rozmawiałem na ten temat z Kaziem. Powiedziałem
o wszystkim. Nie miał pretensji.
Stwierdził, że na moim miejscu postąpiłby identycznie.
Przyszedł do pracy kilka lat po mnie. Kawaler, ukończone studia
i to nie byle jakie. Wszystko przed nim. Przez pewien okres czasu
dzieliliśmy ten sam pokój. Szybko złapaliśmy kontakt. Mówił, że ma dziewczynę w Krakowie, że planują wspólne życie. Jest jednak problem. Ona opiekuje się niesprawną siostrą, której za żadne
skarby nie zostawi. Przez rok czasu sprawa była w zawieszeniu.
Kaziu jeździł do dziewczyny, ona do niego nie. W końcu problem się rozwiązał. Siostra zmarła. Dziewczyna przyjechała do Kazia, pobrali się. Poznałem ją, urocza, miła osoba. Dzieci nie mieli. Nawet nie wiem czy planowali. Myślę, że był to jeden z powodów, pozwalających Kaziowi na zbyt częste, biesiadne, wyskoki. Szczerze mówiąc pił dosyć często. Dochodziły słuchy, że bił żonę. Rozmawialiśm z nim na ten temat. Niestety, wódka była silniejsza. Przeginał z piciem i tyle. Po stłuczce, którą opisałem, wyleciał z roboty.
Zatrudnił się w kopalni. Po miesiącu był już sztygarem. Kariera
w górnictwie stała przed nim otworem. Pewnego dnia, bez uprawnień, wcisnąłem się do autobusu pracowniczego. Patrzę, Kaziu. Siadłem obok niego. Przywitaliśmy się. Zapytałem co słychać. Zaczął opowiadać. Nie rozumiałem co mówi. Spojrzałem na ręce. Był skończony.
Kolejny raz, ostatni, widzieliśmy się po siedmiu miesiącach.
Stał z kolegą, który podobnie jak on, wyleciał z roboty za nadużywanie.
Podszedłem, zamieniliśmy kilka słów. Moja Śliczna zapytała kto
to był. Powiedziałem. Nie wierzyła. 
„To niemożliwe- stwierdziła -
że człowiek może tak bardzo się zmienić”. Kazia znała dobrze, byli\ po imieniu.
Po dwóch tygodniach dowiedziałem się, że Kaziu popełnił
samobójstwo. Zaczął od bicia żony. Potem wygonił z domu. Zabronił powrotu. Zabarykadował się w pokoju. Położył na wersalce i pociął żyletką. Odszedł spokojnie. Były problemy z wyważeniem drzwi.
Górnicy wiedzą jak zakładać zabezpieczenia.
Po pewnym czasie rozmawiałem z żoną Kazia. Nie pytałem
o niego, nie chciałem. Po co rozdrapywać rany. Sama powiedziała: —
Gdy mnie ostatni raz bił, był trzeźwy

Wieczorek zapoznawczy


Miałem wówczas 24 lata. Pamiętam jak dziś. Urlop zaplanowałem

na czerwiec. Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko, gdzie

nigdy nie byłem. Koledzy poradzili miejscowość A. Poszedłem do

socjalnego i mówię, że marzę aby tam być. Młoda Dziewczyna

mówi, że nie ma do A, jest do O. Spierałem się długo, ale z 

uśmiechem,
spokojnie. Nic nie wskórałem. Pojechałem do O. Tak mi się

tam spodobało, że następnego lata poprosiłem o wczasy w O,

a dziewczę, ta sama co wcześniej, pyta czy nie chcę do A, bo

w O już nie ma. Uparłem się… i dostałem w O. Po prostu 

zadzwoniła

do kogoś i namówiła na zmianę miejscowości. Pojechałem

do O. Pojechałem dwa dni wcześniej. Znałem pracowników

 ośrodka,

wszystkie ścieżki, więc zaryzykowałem. Udało się. Nawiasem

mówiąc, nie byłem pierwszy. Był chłopak w moim wieku i dwie

dziewczyny. Oczywiście wszyscy, to niebieskie mundurki. 

Zaproponowałem

wyjście do miasta, na dyskotekę. Piechotą to około 5—6

km. Co to dla nas?

Poszliśmy. Fajnie było. Około 1 w nocy wracamy. Jakoś tak

wyszło, że kolega z koleżanką poszli szybciej. Nie widziałem ich,

nawet nie wiem jak daleko odeszli.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, ale idziemy. W pewnym

momencie czuję, że coś jest nie tak. Odwracam się, wszystko ok.

Potem znów i znów. Wreszcie zobaczyłem postać chowającą się za

przydrożną topolę. Przeszły mnie ciarki. Nie jestem sam, nie mogę

uciekać. Zatrzymaliśmy się. Patrzę w kierunku drzewa. W końcu

wychodzi. Wyższy ode mnie o głowę na pewno znacznie cięższy.

Idzie prosto do mnie i mówi: „Ty nawet nie wiesz jaki wpierdol

dostaniesz. Będziesz wył z bólu. Nie jestem sam” i ogląda się za 
siebie.

Czuję alkohol. Nie powiem, abym się uśmiechał. Serce pikało,

że strach z tym, że byłem skoncentrowany jak nigdy. Zbieram się

w sobie i pytam: -Powiesz za co? - Za to, że ty masz dziewczynę,

a ja nie mam — odpowiada. -Nie rozśmieszaj mnie, chodź z nami,

zabawimy się do rana. Będą dziewczyny -obiecuję. Ku mojemu

zdziwieniu wyraża zgodę. Idziemy. Rozmawiamy, śmiejemy się…

Około 500 m. od ośrodka jest ostry zakręt w prawo, oznaczony

betonowymi słupkami pomalowanymi na biało. Za nimi rów pełen

kamieni. Kilkadziesiąt metrów przed zakrętem biorę partnerkę za

dłoń, przesuwam delikatnie na swoją prawą stronę Idziemy, on, ja,

dziewczyna. Jest bardzo ciemno. Nie skręcam, idę prosto spychając

go delikatnie w stronę kamieni. Gdy nie było już miejsca, 

strzeliłem

prawym hakiem. Tylko fiknął. Partnerkę za rękę i biegiem do

ośrodka.

Następnego dnia poszedłem zobaczyć czy żyje. Żył. Skoro go nie

było, to żył. O sprawie zapomniałem, myślami byłem przy

wieczorku zapoznawczym, który za trzy dni.

Bawiliśmy się w tym samym gronie. Duża sala, mocno oszklona

ściana, bufet obficie zaopatrzony, tzn. tatar, galaretki i takie tam.

Paliłem wówczas, a na sali obowiązywał zakaz palenia.

Wychodziłem więc co jakiś czas na zewnątrz. Kolega robił to

samo. 

Podczas jednej z trójek (grali po trzy kawałki a potem przerwa na

odpoczynek. Ja się nie męczyłem, ale przerwa to 

przerwa  partnerka powiedziała:

O, Jacek”. Powiedziała to jakoś nerwowo. Wiedziałem, że

to imię jej męża, ale co mi tam. Omamy ma, pomyślałem. 

Wychodzimy na kolejny dymek. Przypalamy. Obok chłopak

mundurze milicjanta drogówki. W dłoni  biały kask. Kolega

pyta: „Zapalisz?”

Nie odmawia, palimy razem. Wymiana zdań o wszystkim,

niczym i kolejna trójeczka. Lecimy fokstrota i znowu słyszę:

 -O Jacek!

 Patrzę w szyby, nikogo nie widzę. Proszę aby przestała się

zgrywać. Przeprasza. 

Kręcimy dalej dwa na jeden (taki rytm). Potem.

dymek, częstowanie lotniaka, uśmiechy. Jest miło. 

Tekst „O Jacek”powtarzał się dobrych kilka razy. Z częstowaniem

 było identycznie.

W końcu koniec balu panno Lalu. Wszyscy wyszli. Jeszcze tylko ja

z partnerką. Dopijamy płyny i wychodzimy. Dwa metry od stolika

otrzymałem buzi w policzek z tekstem” Dziękuję za miły wie…”

Nie dokończyła. Potężne walenie w szybę wmurowało mnie w parkiet.
Spojrzałem. „O k… wa Jacek” Zaskoczyłem w momencie, gdy za

oknem zobaczyłem lotniaka. Wpadł na salę z tekstem: 

-Zaraz cię przedziurawię (to do mnie). 

Wmurowało mnie drugi raz w ciągu kilkudziesięciu.

sekund. Leci do mnie jak oszalały. Ubrany był w skórzaną

bluzę. Nie widzę pistoletu, więc straszy, myślę. Jest przy mnie

wściekły jak pies. Wyprowadza cios. Robię unik i pociągam prawą

z dołu. Przewraca się. Do żony, jego żony mówię aby 

zaopiekowała się idiotą. Otrzepałem ręce, poszedłem

do campingu. Opowiadam kumplowi co mnie spotkało. Mówię, że

przyjechałem wypoczywać a nie walczyć jak Winetou. Śmiejemy 

się.W pewnym momencie ciszę nocną przerywa wołanie o pomoc.

Katował ją, bił jak oszalały. Przerwał gdy nas zobaczył. 

Powiedziałem:

-Jeżeli jeszcze raz podniesiesz rękę, smutno się to dla Ciebie

skończy. A teraz wyp… aj do domu, bo powiadomimy kogo trzeba.

Wróciliśmy do siebie. Widziałem go następnego dnia po południu
.
Szedł sam. Widziałem też jak wyjeżdżał. Siedział na służbowej

Emzetce. Miał do przejechania około 400 km. w jedną stronę. Taką

trasę przebył aby sprawdzić żonę. Sprawdził. Stał pod oknem, palił

nasze fajki i obserwował. Potem dostał po ryju a w dalszej

 kolejności dostała jego żona. Nie wiem za co dostała, nie pytałem.

Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodziło. Przyjechałem na 

wczasy.

Nie rozmawiałem z nią więcej, nie wiedziałem jak się zachować.

Widziałem podczas posiłków. Była smutna, było jej wstyd. 

Zrezygnowała z wczasów po trzech dniach. Przyjechał po nią

 kolega męża Mąż nie mógł. Popełnił samobójstwo.

Grill


Popołudniowa sobota, właściwie wieczór. Przyszła z mamusią,
lekko szurniętą i tatusiem, nawalonym tak nieźle. Wszyscy płakali
oprócz tatusia. Twardy facet. Ona 18 lat, około 180cm wzrostu, 85
kg wagi, ciemna karnacja. Zgłosiła gwałt. Zły byłem, miałem kończyć
szychtę, iść do domu. Niestety …
Pojechali na grilla. Była ona z rodzicami oraz dwie kolejne
rodziny z synami. Układ był taki: Jedna dziewczyna i dwóch chłopaków.
Wszyscy w jednym wieku. Starzy bawili się, popijając, przy
ognisku. Młodzi poszli w las. Wrócili pod koniec biesiadowania.
uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Nic nie zapowiadało „tragedii”.
O umówionej godzinie podjechała, zamówiona wcześniej, NYSA.
Rozbawione towarzystwo rozwiezione zostało do domów.
W mieszkaniu oświadczyła rodzicom, że została przez kumpli
zgwałcona. Opowiedziała gdzie, co i jak. Decyzję o zawiadomieniu
MO podjęto natychmiast. Jak postanowili tak zrobili a mnie przypadła
rola wyjaśnienia sprawy.
Przyjąłem protokół, przesłuchałem a potem oględziny w szpitalu.
Czekałem z matką na zewnątrz, paliłem papierosa. Nie płakała
już. W pewnym momencie powiedziała
MOGLI  MI TO ZROBIĆ.
Mało nie połknąłem papierosa. Odniosłem wrażenie, że ma pretensje
do córki, że to nie ona była obiektem gwałtu. Myślałem, że
odgryzę sobie język, tak mnie rozbawiła. Wiem, byłem w błędzie,
ale tak pomyślałem.
To już tyle lat od tamtej sprawy a ja pamiętam ten moment.
Jak to wszystko się zakończyło? Normalnie. Dziewczę wycofało
zgłoszenie i sprawa poszła w zapomnienie. Widuję ją czasami. Gdy
była młoda, kłaniała mi się. Uśmiech nie schodził z jej ust. Dzisiaj,
nie kłaniam się jej. Co to, wszystkim zgwałconym mam bić
pokłony? Tak źle ze mną nie jest.