Skąd
mogę wiedzieć ile miałem lat. Myślę, że nie więcej jak
5—6
Mieszkałem w mieścinie 3-tysięcznej z kilkoma telefonami
na
krzyż. Jeden telefon, taki na korbkę, sąsiadka miała. Pamiętam
numer
— 129.
Kręciłeś
korbką, zgłaszała się babka z poczty i pytała -Czego?! —
Podawałeś
numer, z którym chciałeś się połączyć i po zawodach. Ona
łączyła
a potem podsłuchiwała. Pamiętam jak pierwszy raz, sam, bez
niczyjej
pomocy, dzwoniłem do ojca, do pracy. Po usłyszeniu „czego”
powiedziałem:
„Poproszę z tatusiem” Nawet nie pytała o czyjego ojca
proszę.
Łączyła bez pudła, celnie. Wszystko wiedziała.
Graliśmy
w piłkę. Padał deszcz więc kopaliśmy między bramami,
na
korytarzu. Ostrą grę przerwała, krzycząca niewyobrażalnie,
kobieta.
Wpadła
jak burza z tekstem, że musi połączyć się z MO bo mąż
chce
się powiesić. Znaliśmy ją i jej męża. Mieszkali 200m od naszego
budynku.
Kolega, starszy ode mnie 2 lata, otworzył drzwi mieszkania,
zawołał
matkę. Spojrzał na mnie:
— Lecimy
zobaczyć.
Pobiegliśmy.
Pamiętam jak dziś, bałem się okropnie ale nie
mogło
być inaczej. Ciekawość była silniejsza od strachu. Podbiegliśmy
pod
okno, mieszkali na parterze, nisko było. Kolego wspiął się
do
góry. Zeskoczył szybciej niż wlazł i bez słowa, w sprinterskim
tempie,
pobiegł w kierunku naszego domu. O mnie zapomniał.
Kolega…
Chciałem
biec za nim, gdy zobaczyłem JEGO. Stał blisko okna,
szukał
coś w szufladzie kredensu. Spojrzał na mnie. Oczy miał
czerwone,
wściekłe, przymrużone. Nie wiem jak długo patrzeliśmy
na
sobie. Stałem jak sparaliżowany. W końcu, po pokonaniu strachu,
uciekłem.
Wpadłem do domu i....rozpłakałem się. Następnego
dnia
dowiedziałem się, że nie żyje. Wzrok gościa pamiętam do
dzisiaj.
Kolega,
z którym biegłem zobaczyć jak człowiek odbiera sobie
życie,
jak to jest fajnie, nie żyje. Wybrał sznur z tym, że wiele, wiele
lat
później. Piszę o nim w jednym z odcinków. Nie powiem, którym.
Po
co?
Podjechałem
pod dom mamy. Wziąłem komórkę w dłoń, przedzwoniłem
informując,
że jestem, że czekam.
— Za
5 minut będę — Odpowiedziała mama.
Włączyłem
radio i czekam. Po 3—4 minutach, z klatki schodowej
wyszedł
znany mi z widzenia facet. Wyszedł szybko, jakoś tak
nietypowo.
Zauważył
mnie w oknie samochodu, ukłonił się i zawrócił.
Poszedł
do piwnicy. Szedł szybko. Wiem, że nie uwierzycie, ale
coś
mnie tknęło. Pomyślałem, że za moment odwali ciekawy
numer.
Mama jak zwykle, przed wyjściem, musiała wykonać szereg,
niezrozumiałych
dla
faceta, czynności.
W
pewnym momencie zauważyłem żonę faceta, który wcześniej
wszedł
do piwnicy. Była zdenerwowana. Ukłoniłem się. Nie odpowiedziała
mimo,
że mnie zauważyła. Wyraźnie szukała męża. Nawet
chciałem
powiedzieć gdzie poszedł ale zrezygnowałem. Nie moja
broszka,
pomyślałem. Poszła do piwnicy. Długo nie czekałem. Usłyszałem
okropny
krzyk. Nie wyszedłem z samochodu. Co to ja kurwa,
ratownik
jestem?
Mamie
nic nie powiedziałem. Nawet nie zauważyła, że coś się
stało.
Wsiadła
do auta i pojechaliśmy. Następnego dnia powiedziała,
że
w sąsiedniej klatce facet popełnił samobójstwo. Nie kojarzyła
gościa,
nie potrafiła go określić. I całe szczęście. Po co?
To
był mój ostatni raz.