niedziela, 23 lutego 2020

Wieczorek zapoznawczy


Miałem wówczas 24 lata. Pamiętam jak dziś. Urlop zaplanowałem

na czerwiec. Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko, gdzie

nigdy nie byłem. Koledzy poradzili miejscowość A. Poszedłem do

socjalnego i mówię, że marzę aby tam być. Młoda Dziewczyna

mówi, że nie ma do A, jest do O. Spierałem się długo, ale z 

uśmiechem,
spokojnie. Nic nie wskórałem. Pojechałem do O. Tak mi się

tam spodobało, że następnego lata poprosiłem o wczasy w O,

a dziewczę, ta sama co wcześniej, pyta czy nie chcę do A, bo

w O już nie ma. Uparłem się… i dostałem w O. Po prostu 

zadzwoniła

do kogoś i namówiła na zmianę miejscowości. Pojechałem

do O. Pojechałem dwa dni wcześniej. Znałem pracowników

 ośrodka,

wszystkie ścieżki, więc zaryzykowałem. Udało się. Nawiasem

mówiąc, nie byłem pierwszy. Był chłopak w moim wieku i dwie

dziewczyny. Oczywiście wszyscy, to niebieskie mundurki. 

Zaproponowałem

wyjście do miasta, na dyskotekę. Piechotą to około 5—6

km. Co to dla nas?

Poszliśmy. Fajnie było. Około 1 w nocy wracamy. Jakoś tak

wyszło, że kolega z koleżanką poszli szybciej. Nie widziałem ich,

nawet nie wiem jak daleko odeszli.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, ale idziemy. W pewnym

momencie czuję, że coś jest nie tak. Odwracam się, wszystko ok.

Potem znów i znów. Wreszcie zobaczyłem postać chowającą się za

przydrożną topolę. Przeszły mnie ciarki. Nie jestem sam, nie mogę

uciekać. Zatrzymaliśmy się. Patrzę w kierunku drzewa. W końcu

wychodzi. Wyższy ode mnie o głowę na pewno znacznie cięższy.

Idzie prosto do mnie i mówi: „Ty nawet nie wiesz jaki wpierdol

dostaniesz. Będziesz wył z bólu. Nie jestem sam” i ogląda się za 
siebie.

Czuję alkohol. Nie powiem, abym się uśmiechał. Serce pikało,

że strach z tym, że byłem skoncentrowany jak nigdy. Zbieram się

w sobie i pytam: -Powiesz za co? - Za to, że ty masz dziewczynę,

a ja nie mam — odpowiada. -Nie rozśmieszaj mnie, chodź z nami,

zabawimy się do rana. Będą dziewczyny -obiecuję. Ku mojemu

zdziwieniu wyraża zgodę. Idziemy. Rozmawiamy, śmiejemy się…

Około 500 m. od ośrodka jest ostry zakręt w prawo, oznaczony

betonowymi słupkami pomalowanymi na biało. Za nimi rów pełen

kamieni. Kilkadziesiąt metrów przed zakrętem biorę partnerkę za

dłoń, przesuwam delikatnie na swoją prawą stronę Idziemy, on, ja,

dziewczyna. Jest bardzo ciemno. Nie skręcam, idę prosto spychając

go delikatnie w stronę kamieni. Gdy nie było już miejsca, 

strzeliłem

prawym hakiem. Tylko fiknął. Partnerkę za rękę i biegiem do

ośrodka.

Następnego dnia poszedłem zobaczyć czy żyje. Żył. Skoro go nie

było, to żył. O sprawie zapomniałem, myślami byłem przy

wieczorku zapoznawczym, który za trzy dni.

Bawiliśmy się w tym samym gronie. Duża sala, mocno oszklona

ściana, bufet obficie zaopatrzony, tzn. tatar, galaretki i takie tam.

Paliłem wówczas, a na sali obowiązywał zakaz palenia.

Wychodziłem więc co jakiś czas na zewnątrz. Kolega robił to

samo. 

Podczas jednej z trójek (grali po trzy kawałki a potem przerwa na

odpoczynek. Ja się nie męczyłem, ale przerwa to 

przerwa  partnerka powiedziała:

O, Jacek”. Powiedziała to jakoś nerwowo. Wiedziałem, że

to imię jej męża, ale co mi tam. Omamy ma, pomyślałem. 

Wychodzimy na kolejny dymek. Przypalamy. Obok chłopak

mundurze milicjanta drogówki. W dłoni  biały kask. Kolega

pyta: „Zapalisz?”

Nie odmawia, palimy razem. Wymiana zdań o wszystkim,

niczym i kolejna trójeczka. Lecimy fokstrota i znowu słyszę:

 -O Jacek!

 Patrzę w szyby, nikogo nie widzę. Proszę aby przestała się

zgrywać. Przeprasza. 

Kręcimy dalej dwa na jeden (taki rytm). Potem.

dymek, częstowanie lotniaka, uśmiechy. Jest miło. 

Tekst „O Jacek”powtarzał się dobrych kilka razy. Z częstowaniem

 było identycznie.

W końcu koniec balu panno Lalu. Wszyscy wyszli. Jeszcze tylko ja

z partnerką. Dopijamy płyny i wychodzimy. Dwa metry od stolika

otrzymałem buzi w policzek z tekstem” Dziękuję za miły wie…”

Nie dokończyła. Potężne walenie w szybę wmurowało mnie w parkiet.
Spojrzałem. „O k… wa Jacek” Zaskoczyłem w momencie, gdy za

oknem zobaczyłem lotniaka. Wpadł na salę z tekstem: 

-Zaraz cię przedziurawię (to do mnie). 

Wmurowało mnie drugi raz w ciągu kilkudziesięciu.

sekund. Leci do mnie jak oszalały. Ubrany był w skórzaną

bluzę. Nie widzę pistoletu, więc straszy, myślę. Jest przy mnie

wściekły jak pies. Wyprowadza cios. Robię unik i pociągam prawą

z dołu. Przewraca się. Do żony, jego żony mówię aby 

zaopiekowała się idiotą. Otrzepałem ręce, poszedłem

do campingu. Opowiadam kumplowi co mnie spotkało. Mówię, że

przyjechałem wypoczywać a nie walczyć jak Winetou. Śmiejemy 

się.W pewnym momencie ciszę nocną przerywa wołanie o pomoc.

Katował ją, bił jak oszalały. Przerwał gdy nas zobaczył. 

Powiedziałem:

-Jeżeli jeszcze raz podniesiesz rękę, smutno się to dla Ciebie

skończy. A teraz wyp… aj do domu, bo powiadomimy kogo trzeba.

Wróciliśmy do siebie. Widziałem go następnego dnia po południu
.
Szedł sam. Widziałem też jak wyjeżdżał. Siedział na służbowej

Emzetce. Miał do przejechania około 400 km. w jedną stronę. Taką

trasę przebył aby sprawdzić żonę. Sprawdził. Stał pod oknem, palił

nasze fajki i obserwował. Potem dostał po ryju a w dalszej

 kolejności dostała jego żona. Nie wiem za co dostała, nie pytałem.

Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodziło. Przyjechałem na 

wczasy.

Nie rozmawiałem z nią więcej, nie wiedziałem jak się zachować.

Widziałem podczas posiłków. Była smutna, było jej wstyd. 

Zrezygnowała z wczasów po trzech dniach. Przyjechał po nią

 kolega męża Mąż nie mógł. Popełnił samobójstwo.

Grill


Popołudniowa sobota, właściwie wieczór. Przyszła z mamusią,
lekko szurniętą i tatusiem, nawalonym tak nieźle. Wszyscy płakali
oprócz tatusia. Twardy facet. Ona 18 lat, około 180cm wzrostu, 85
kg wagi, ciemna karnacja. Zgłosiła gwałt. Zły byłem, miałem kończyć
szychtę, iść do domu. Niestety …
Pojechali na grilla. Była ona z rodzicami oraz dwie kolejne
rodziny z synami. Układ był taki: Jedna dziewczyna i dwóch chłopaków.
Wszyscy w jednym wieku. Starzy bawili się, popijając, przy
ognisku. Młodzi poszli w las. Wrócili pod koniec biesiadowania.
uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Nic nie zapowiadało „tragedii”.
O umówionej godzinie podjechała, zamówiona wcześniej, NYSA.
Rozbawione towarzystwo rozwiezione zostało do domów.
W mieszkaniu oświadczyła rodzicom, że została przez kumpli
zgwałcona. Opowiedziała gdzie, co i jak. Decyzję o zawiadomieniu
MO podjęto natychmiast. Jak postanowili tak zrobili a mnie przypadła
rola wyjaśnienia sprawy.
Przyjąłem protokół, przesłuchałem a potem oględziny w szpitalu.
Czekałem z matką na zewnątrz, paliłem papierosa. Nie płakała
już. W pewnym momencie powiedziała
MOGLI  MI TO ZROBIĆ.
Mało nie połknąłem papierosa. Odniosłem wrażenie, że ma pretensje
do córki, że to nie ona była obiektem gwałtu. Myślałem, że
odgryzę sobie język, tak mnie rozbawiła. Wiem, byłem w błędzie,
ale tak pomyślałem.
To już tyle lat od tamtej sprawy a ja pamiętam ten moment.
Jak to wszystko się zakończyło? Normalnie. Dziewczę wycofało
zgłoszenie i sprawa poszła w zapomnienie. Widuję ją czasami. Gdy
była młoda, kłaniała mi się. Uśmiech nie schodził z jej ust. Dzisiaj,
nie kłaniam się jej. Co to, wszystkim zgwałconym mam bić
pokłony? Tak źle ze mną nie jest.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Kolegom, których nazwiska w mojej teczce IPN nie są obecne, historyjki przypominam.

SKOFEDAL FORTE





Lek, którego nazwy nie zapomnę.  Wezwał mnie szef.
-Kawaler  jesteś więc dasz sobie radę. Ponadto temat powinien cię zainteresować. 
Nigdy nie sprawdzaliśmy jak wygląda sprawa z  przerywaniem ciąży. 
Kilku ginekologów ma zgodę na wykonywanie tego typu zabiegów. Reszta kręci lody na lewo.
 Musimy ich wyłapać. Zorientuj się w sprawie.
-Jawohl!!! — Odpowiedziałem.
Dzisiaj mówi się aborcja, wówczas bardziej po ludzku. Mówili „przerywanie ciąży,
przecinka…”Wszystko zależało od wykształcenia zainteresowanej, zainteresowanego.
Ci z najwyższej półki na pewno mówili „aborcja” jednak takich było mało. Dobra, koniec ze słownikiem wyrazów obcych, czas przystąpić do dzieła. Siadłem za biurkiem i myślę...Chyba
wpierdzielił mnie na minę… Jak ja to sprawdzę??? Do końca dnia
nic więcej nie robiłem, myślałem wyłącznie o sposobie podejścia do
sprawy. Po ginekologach łaził nie będę, bo mnie wyśmieją lub zrzucą ze schodów. Na ulicy mogą pobić. Zainteresowane ...Bez bata nie powiedzą, w życiu! Która kobieta powie, że… No która? 
Z uwagi na fakt, że byłem młody, przystojny, hahaha, więc i koleżanek miałem
trochę. Jedna z nich, z zawodu pielęgniarka, pracowała w szpitalu.
Uderzyłem do niej. Proszę ze łzami w oczach: -POMÓŻ. Pomogła —
Przecież to proste - mówi - Lekarze to lenie, są pewni swego, pewni bezkarności.
To wykorzystaj! Przejdź się po aptekach i przeglądnij recepty.
Jeżeli trafisz na receptę z wypisanym lekiem SKOFEDAL FORTE lub
SKOFEDAL MITE, to znak, że kobieta na którą wystawiono receptę miała zabieg przerwania ciąży. Przynajmniej miała zamiar ciążę przerwać. Leki powinien kupić w aptece lekarz i na niego powinna być wystawiona recepta, ale jak  wcześniej powiedziałam,
lekarze to lenie — zakończyła. 
Dawno nie byłem taki szczęśliwy…
Jasne, że wypiliśmy butelkę dobrego wina. O ile mnie pamięć nie
myli, a jeszcze nie myli, piliśmy CIOCIOSAN. Nie ma się co śmiać.W tamtych czasach łatwiej było kupić cytryny niż CIOCIOSAN. 
Apteki załatwiłem szybko. Dziwiło mnie, że kierowniczki aptek nie protestowały a powinne. Udostępniały recepty od ręki, stawiały kawę aby było przyjemniej. Jedna z nich pomagała nawet szukać. Po miesiącu miałem około 20 kobiet. Na każdej recepcie imię, nazwisko,
adres oraz pieczątka lekarza. Sprawdziłem w wydziale zdrowia, który z ginekologów ma zgodę na dokonywanie aborcji a który zgody takiej nie ma. Był jeden. Pozostała tylko rozmowa z kobietami,
które SKOFEDAL kupowały. Rozmawiałem z trzema, potem odmówiłem.
Źle się z tym czułem. Nie miałem satysfakcji z tych rozmów, wręcz przeciwnie. Przekonałem szefa, że nie ma sensu dalej się w to bawić argumentując, że Wydziałowi Finansowemu wystarczą
dwa przypadki aby faceta ukarać domiarem. Tak też się stało.
Gdy dowiedział się, że „leży” sam poszedł do skarbówki i wpłacił domiar. Potem działał już legalnie. Wracamy do rozmów, właściwie do jednej, tej trzeciej. 
Kobieta 36 lat, urocza, wykształcona, mężatka, bezdzietna. Nie ma sensu opisywać jak temat ją zaskoczył. Zaniemówiła wprost. Spojrzała głęboko w moje oczy a ja… Cóż ja?
Czekam co powie. Czekałem 10 — 15 sekund. Z jej oczu zaczynają
płynąć łzy...Cały czas patrzy na mnie. Zbaraniałem… Czułem w kościach, że wp… łem się na całego. — Dobrze, powiem panu.
To dla mnie sprawa niezwykle trudna, ciężka. Nie potrafię z tym żyć. Nie powinnam o tym mówić, ale muszę to w końcu z siebie wyrzucić. Pan będzie pierwszą i jedyną osobą, która o tym się
dowie. Nie powiedziałem słowa. Czekałem. 
Od około 10 lat —zaczęła — staramy się z mężem o dziecko. On nie chce przyjąć do
wiadomości, że dzieci nie będzie miał nigdy. Nawet badania go nie
przekonały. Uparł się i koniec. Jest zdrowy i żaden lekarz nie będzie
mówił, że jest inaczej. Mimo, że bardzo męża kocham, postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce. Uwiodłam młodego chłopaka, kolegę z pracy. To z nim zaszłam w ciążę. Gdy się o tym dowiedziałam, byłam niesamowicie szczęśliwa. Zaraz potem ogarnął mnie strach.
Przestraszyłam się, że prawda ujrzy światło dzienne, mąż dowie się o wszystkim… Nie chciałam go stracić. Jest dla mnie wszystkim. Wybrałam męża, nie dziecko, stąd zakup leku SKOFEDAL FORTE.
Małżonek nie wie o niczym. Nikt nie wie, tylko pan. Dalej „staramy”
się o dziecko...To jest ponad moje siły — zakończyła. 
Po około roku czasu popełniła samobójstwo. Nie wiem co było tego przyczyną, nie
zajmowałem się sprawą, nie pytałem o szczegóły. Chyba się bałem.
Z przeprowadzonej rozmowy nie sporządziłem żadnej notatki, protokołu.
Nic nie musiała podpisywać, nie było jej. Koniec kropka.

środa, 24 lipca 2019

Taniec towarzyski


Wnerwiały ją tańce w kółeczku, wyginanie się na wszystkie strony,
machanie łapami i w ogóle. Wolała styl klasyczny, czyli ona, partner,
najlepiej jak był leworęczny. Wówczas ona, swoją prawą dłonią
trzymała jego lewą dłoń i prowadziła. Nikt nie podskoczył, każdy tańczył
jak chciała. Raz, ale tylko raz, dostała od opornego w pysk i zabawa
się skończyła. Dla niej się skończyła, oporny tańczył dalej. Oczywiście,
że sam, do tego w kółeczku, na luzie i jak chciał. Nikt mu nie
narzucał swojej woli. Czuł się z tym dobrze, był panem i władcą parkietu.
Ona siedziała sama, troszeczkę zapłakana, ale widać było, że
dochodzi do siebie, że łapie rytm. Liczyła, że zaliczy jeszcze trójeczkę
z księciem z bajki, który weźmie ją w ramiona i popłyną razem,
gdzieś daleko. Długo nie czekała. Nie był to książę, lecz stangret, do
tego nieźle wstawiony. Stanął przed nią, ukłonił się grzecznie i zapytał:
Zatańczysz ze mną cha che?”( inaczej cza cze) Spojrzała na
niego z obrzydzeniem — Spierdalaj (inaczej, nie tańczę). Uśmiechnął
się, przeprosił, że przeszkadza i odszedł krokiem chwiejnym lecz dystyngowanym.
Odniosła wrażenie, że nie pierwszy raz dostał kosza,
że wie jak się w takiej sytuacji zachować. Przestała o nim myśleć
zaraz potem jak zniknął jej z oczu. Nawet nie wiedziała, czy tańczył
z dziewczynami czy smutny zapijał piwem. To była jej ostatnia szansa
tego wieczoru. Do końca dyskoteki siedziała przy stole. Sama, zła
jak bezpański pies. Dziwne, przecież ładna była.
Życie toczy się dalej. Smutki znikają, pojawia się nadzieja. Tak
było i tym razem. Po trzech tygodniach poszła w tan kolejny raz.
Kupiła oranżadę, siadła przy stole, rozglądała się, sprawdzając
gdzie, kto, co z kim, po co itd. Nic szczególnego nie zauważyła,
zabawa jak zabawa. Siedziała czekając na pierwsze, słyszalne, nuty.
Rozpoczęto Apasjonatą, śpiewaną przez miejscową artystkę. Zauważyła
ruch na parkiecie. Natychmiast też usłyszała: — Zatańczysz ze
mną cha che? — Odwróciła głowę. Z jej prawej strony stał, uśmiechnięty
od ucha do ucha, pochylony do kolan, absztyfikant pogoniony
na poprzednim balu. Zaczęła się głośno śmiać. On razem z nią.
Wstała, wzięła go za rękę i poprowadziła. Był uległy, tańczył jak
chciała. Co tu dużo mówić, potrafiła prowadzić. Widziała go drugi
raz w życiu a po godzinie zdawało się jej, że znają się od dzieciństwa.
Był miły, szarmancki trzeźwy no i taki trochę przystojny.
Czuła się wyróżniona. Było jej z nim dobrze. Tańczyli wyłącznie ze
sobą, beż żadnych tam odbijanych. Wypili po dwie ciepłe oranżady.
Bawili się. Około 3 nad ranem zapytał grzecznie, czy pozwoli
się odprowadzić. Przytuliła się do niego. Zaraz potem wyszli. Trzymał
za rękę. Trzymał mocno aby nie uciekła. Szła jak baranek mimo,
że pierwszy raz w życiu, nie ona prowadziła. Przechodzili przez
mały park, gdy zatrzymał się, przycisnął mocno do siebie i powiedział:
Teraz zatańczymy cha chę, taką prawdziwą. Zaczęła się
śmiać. Jeszcze nie rozumiała, że wdepnęła w gówno. Zrozumiała,
gdy dostała z liścia i przewróciła na ziemię. Nie broniła się. Sparaliżował
ją strach. Po kilkunastu taktach wstał, zapiął spodnie, powiedział:
Do miłego — i poszedł. Wróciła do domu oszołomiona. Nie
potrafiła ogarnąć sytuacji. Wykąpała się, położyła do łóżka. Nie
usnęła, myślała o zdarzeniu. W pewnym momencie zesztywniała.
Zdała sobie sprawę, że o miłośniku cha chy nic nie wie. Nie zna jego
imienia, miejsca zamieszkania. Nic, nic, nic. Gwałt zgłosiła w poniedziałek.
Przyjmowałem zgłoszenie a potem szukałem kolesia. Była
rzeczowa, konkretna, naiwna. Przedstawiła wszystkie okoliczności
związane ze sprawą. Była zdecydowana ścigać sprawcę. Nie miała
w tym względzie żadnych obiekcji. Jego ustaliłem po czterech
dniach. Nie było to trudne, mieszkał w miejscowości położonej 25
km od jej miejsca zamieszkania. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się
po niego jechać. Miałem zbyt mocne materiały, aby dać mu szansę.
Wysłałem wezwanie z adnotacją do stawienia się w charakterze
podejrzanego. Nie stawił się. Pojechałem radiowozem. Mimo wczesnej
godziny, nie było go w domu. Matka powiedziała, że nie ma
od kilku dni, nie wie gdzie jest. Zaczęła się ostra robota. Nie spałem
przez dwa dni. On spał! Po dwóch dniach przyszła, wycofała
wniosek o ściganie. Nie chciała powiedzieć dlaczego. Nie, bo nie.
Szczerze mówiąc, nawet nie naciskałem. Widocznie spodobało się
dziewczynie i tyle. Tak myślałem. Powiedziałem, że ma gość szczęście,
bo był już na widelcu. Uśmiechnęła się i powiedziała:
Przykro mi, że się pan napracował. On był nie do znalezienia, spał u mnie.
Myślałem, że się pochlastam. Po przełknięciu śliny powiedziałem do siebie
Potrafi prowadzić.
Widuję czasami. Mają dwoje dzieci. Dzisiaj to dorośli
mężczyźni. Oni cały czas razem. Myślę, że są szczęśliwi. Przetańczyli
całe życie. Jeszcze trochę zostało.

Wypadkowo


Zginął w wypadku samochodowym około godz. 5.35 rano.
Razem z nim odeszło trzech kumpli. którzy jego Trabantem jechali.
Jechał zbyt szybko, zawsze tak jeździł, gdy na zakręcie wpadł pod
jadącego z przeciwnej strony ciężarowego Kamaza. Mokro było, przy
tym zakręt, szybkość. Kamaz też nieźle pędził. Jego kierowca odwoził
żonę na dworzec PKP. Z wypadku pamiętam jeszcze, że dłuższy
czas szukaliśmy głowy kierującego. Pozostali byli na miejscu,
w całości. Sąsiadki dwie. Kupiły flaszkę żytniej. Siedziały w mieszkaniu
jednej z nich. Popijały, śmiały się, cieszyły życiem. Miały powody
do radości. Nie martwiły się o pieniądze. To była domena ich
mężczyzn. Skoro starczało na flaszkę, było ok. Tym razem odrobinę
zabrakło. Postanowiły dopić piwem. Wyszły do sklepu, który
usytuowany był po drugiej stronie ulicy. Postanowiły skrócić drogę
i przejść z dala od pasów. Nie przeszły, nie kupiły piwa. Jedna zginęła
na miejscu. Drugiej się udało, widuję ją do dzisiaj. Zdarzenia,
o których wyżej, miały miejsce w okresie dwóch trzech miesięcy, tak
pamiętam. Po roku życie nabrało innych kolorów. Poznali się. Ona
wdowa po właścicielu Trabanta, on wdowiec po niedopitej żonie.
Pokochali się, zamieszkali razem. Zaczęło się szybko. Wódka, piwo
lało się strumieniami. Pili użalając się nad swoim losem. Gdy zabrakło,
on bił ją, ona jego, przy czy on nie wrzeszczał, gdy był torturowany.
Ona darła się przeraźliwie. Taki styl. Byli ze sobą osiem,
dziewięć lat. Zachorował na raka. Opiekowała się nim troskliwie.
Gdy zmarł, świat się załamał. Nie miała nikogo. Siadła przy stole,
rozmyślała. Potem poszła do sklepu, kupiła butelkę wódki. Wróciła
do mieszkania. Piła i płakała. Nie wypiła wszystkiego. Chwiejnym
krokiem poszła na dworzec kolejowy. Wykupiła bilet do najbliższej
miejscowości. Udała się na peron. Kasjerce wydawała się taka trochę
niepewna. O swoich spostrzeżeniach powiadomiła SOK-istów.
Poszli za nią, udając się na peron gdzie miał podjechać pociąg na
który wykupiła bilet. Nie było jej tam. Była na innym peronie. Właśnie
podjeżdżał pociąg. Usłyszeli krzyk…

Noc poślubna


Wpadła jak burza, w sukni ślubnej z welonem. Młoda, piękna,
zapłakana. Ślubny wypił zbyty dużo, właściwie przesadził. Postanowiła
położyć go spać i wrócić do gości. Poszedł jak baranek.
Gdy ścieliła łóżko zamknął drzwi. Postanowił skonsumować małżeństwo.
Nie miała ochoty widząc, że jest zbyt pijany. Zaczął bić,
chcąc siłą wymusić posłuszeństwo. Bił mocno, skoro przybiegła się
poskarżyć. To, że uciekła zawdzięcza szczęściu. Ślubny nie miał
sił, położył się i zasnął. Przeżyła to okropnie. Poprosił aby siadła
na kozetce, która była w Posterunku. Szlochała i mówiła. Szczerze
mówiąc, bardziej szlochała. Siadł obok niej, zaczął głaskać włosy,
prosić aby się uspokoiła. Był dla niej jak ojciec. Przytulił delikatnie
do siebie. Położył dłoń na jej piersi. Nie reagowała. Wychodząc
powiedziała, że żałuje. Rozłożył bezradnie ręce. Głupio wyszło, niestety.
Wróciła na poprawiny. Potem urodziła syna poczętego
w Posterunku. Ma w sobie krew gliniarza, to widać i czuć. Chowany
jest przez ojczyma, który nie wie, że nim jest. Kocha dziecko, które
jest dla niego skarbem. Nieważne kto pocznie, ważne kto wychowa.
Faktyczni rodzice chłopaka, nie utrzymują ze sobą kontaktów mimo,
że widują się każdego dnia. Poślubieni nie mają więcej dzieci.
To znak, że nie bije jej więcej.