Wnerwiały
ją tańce w kółeczku, wyginanie się na wszystkie strony,
machanie
łapami i w ogóle. Wolała styl klasyczny, czyli ona, partner,
najlepiej
jak był leworęczny. Wówczas ona, swoją prawą dłonią
trzymała
jego lewą dłoń i prowadziła. Nikt nie podskoczył, każdy tańczył
jak
chciała. Raz, ale tylko raz, dostała od opornego w pysk i zabawa
się
skończyła. Dla niej się skończyła, oporny tańczył dalej.
Oczywiście,
że
sam, do tego w kółeczku, na luzie i jak chciał. Nikt mu nie
narzucał
swojej woli. Czuł się z tym dobrze, był panem i władcą parkietu.
Ona
siedziała sama, troszeczkę zapłakana, ale widać było, że
dochodzi
do siebie, że łapie rytm. Liczyła, że zaliczy jeszcze trójeczkę
z
księciem z bajki, który weźmie ją w ramiona i popłyną razem,
gdzieś
daleko. Długo nie czekała. Nie był to książę, lecz stangret, do
tego
nieźle wstawiony. Stanął przed nią, ukłonił się grzecznie i
zapytał:
— Zatańczysz
ze mną cha che?”( inaczej cza cze) Spojrzała na
niego
z obrzydzeniem — Spierdalaj (inaczej, nie tańczę). Uśmiechnął
się,
przeprosił, że przeszkadza i odszedł krokiem chwiejnym lecz
dystyngowanym.
Odniosła
wrażenie, że nie pierwszy raz dostał kosza,
że
wie jak się w takiej sytuacji zachować. Przestała o nim myśleć
zaraz
potem jak zniknął jej z oczu. Nawet nie wiedziała, czy tańczył
z
dziewczynami czy smutny zapijał piwem. To była jej ostatnia szansa
tego
wieczoru. Do końca dyskoteki siedziała przy stole. Sama, zła
jak
bezpański pies. Dziwne, przecież ładna była.
Życie
toczy się dalej. Smutki znikają, pojawia się nadzieja. Tak
było
i tym razem. Po trzech tygodniach poszła w tan kolejny raz.
Kupiła
oranżadę, siadła przy stole, rozglądała się, sprawdzając
gdzie,
kto, co z kim, po co itd. Nic szczególnego nie zauważyła,
zabawa
jak zabawa. Siedziała czekając na pierwsze, słyszalne, nuty.
Rozpoczęto
Apasjonatą, śpiewaną przez miejscową artystkę. Zauważyła
ruch
na parkiecie. Natychmiast też usłyszała: — Zatańczysz ze
mną
cha che? — Odwróciła głowę. Z jej prawej strony stał,
uśmiechnięty
od
ucha do ucha, pochylony do kolan, absztyfikant pogoniony
na
poprzednim balu. Zaczęła się głośno śmiać. On razem z nią.
Wstała,
wzięła go za rękę i poprowadziła. Był uległy, tańczył jak
chciała.
Co tu dużo mówić, potrafiła prowadzić. Widziała go drugi
raz
w życiu a po godzinie zdawało się jej, że znają się od
dzieciństwa.
Był
miły, szarmancki trzeźwy no i taki trochę przystojny.
Czuła
się wyróżniona. Było jej z nim dobrze. Tańczyli wyłącznie ze
sobą,
beż żadnych tam odbijanych. Wypili po dwie ciepłe oranżady.
Bawili
się. Około 3 nad ranem zapytał grzecznie, czy pozwoli
się
odprowadzić. Przytuliła się do niego. Zaraz potem wyszli. Trzymał
za
rękę. Trzymał mocno aby nie uciekła. Szła jak baranek mimo,
że
pierwszy raz w życiu, nie ona prowadziła. Przechodzili przez
mały
park, gdy zatrzymał się, przycisnął mocno do siebie i powiedział:
— Teraz
zatańczymy cha chę, taką prawdziwą. Zaczęła się
śmiać.
Jeszcze nie rozumiała, że wdepnęła w gówno. Zrozumiała,
gdy
dostała z liścia i przewróciła na ziemię. Nie broniła się.
Sparaliżował
ją
strach. Po kilkunastu taktach wstał, zapiął spodnie, powiedział:
— Do
miłego — i poszedł. Wróciła do domu oszołomiona. Nie
potrafiła
ogarnąć sytuacji. Wykąpała się, położyła do łóżka. Nie
usnęła,
myślała o zdarzeniu. W pewnym momencie zesztywniała.
Zdała
sobie sprawę, że o miłośniku cha chy nic nie wie. Nie zna jego
imienia,
miejsca zamieszkania. Nic, nic, nic. Gwałt zgłosiła w
poniedziałek.
Przyjmowałem
zgłoszenie a potem szukałem kolesia. Była
rzeczowa,
konkretna, naiwna. Przedstawiła wszystkie okoliczności
związane
ze sprawą. Była zdecydowana ścigać sprawcę. Nie miała
w
tym względzie żadnych obiekcji. Jego ustaliłem po czterech
dniach.
Nie było to trudne, mieszkał w miejscowości położonej 25
km
od jej miejsca zamieszkania. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się
po
niego jechać. Miałem zbyt mocne materiały, aby dać mu szansę.
Wysłałem
wezwanie z adnotacją do stawienia się w charakterze
podejrzanego.
Nie stawił się. Pojechałem radiowozem. Mimo wczesnej
godziny,
nie było go w domu. Matka powiedziała, że nie ma
od
kilku dni, nie wie gdzie jest. Zaczęła się ostra robota. Nie
spałem
przez
dwa dni. On spał! Po dwóch dniach przyszła, wycofała
wniosek
o ściganie. Nie chciała powiedzieć dlaczego. Nie, bo nie.
Szczerze
mówiąc, nawet nie naciskałem. Widocznie spodobało się
dziewczynie
i tyle. Tak myślałem. Powiedziałem, że ma gość szczęście,
bo
był już na widelcu. Uśmiechnęła się i powiedziała:
— Przykro
mi, że się pan napracował. On był nie do znalezienia, spał u
mnie.
Myślałem,
że się pochlastam. Po przełknięciu śliny powiedziałem do siebie
— Potrafi
prowadzić.
Widuję
czasami. Mają dwoje dzieci. Dzisiaj to dorośli
mężczyźni.
Oni cały czas razem. Myślę, że są szczęśliwi. Przetańczyli
całe
życie. Jeszcze trochę zostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz