środa, 4 marca 2020

PRÓBA SAMOBÓJCZA


Miałem wówczas 10 — 12 lat.
Podczas kolacji ojciec opowiadał o sąsiedzie, który odebrał
sobie życie. Opowiadał o nietypowym sposobie samobójstwa. Facet
klęczał za krzesłem z którym połączony był sznurem. Nie żył. Ojciec
wbiegł do jego mieszkania na wrzeszczące wezwanie żony wisielca.
Próbował go reanimować, ale nic z tego nie wyszło. Odpłynął za
krzesłem.
Coś mi tutaj nie pasowało. Nie mogłem zrozumieć jak można
w taki sposób odebrać sobie życie. Najbardziej intrygowało mnie
stojące krzesło. Byłem na bank pewny, że przy szarpnięciu krzesło
powinno się przewrócić, tym samym uniemożliwić skuteczne zaciśnięcie
pętli. Powiedziałem ojcu o swoich wątpliwościach. Zareagował
impulsywnie, nakrzyczał na mnie. Myślę, że było mu wstyd, iż
przy mnie, gówniarzu, opowiadał matce o tak nietypowym zdarzeniu.
Nie zniechęciło mnie to jednak od przeprowadzenia doświadczenia.
Poszedłem do drugiego pokoju. Wziąłem krzesło, nitkę, którą
matka używała do cerowania skarpet. Powoli, dokładnie, przygotowałem
pętlę, którą zarzuciłem na szyję a koniec nitki przywiązałem
do oparcia krzesła. Byłem przygotowany do doświadczenia. Nie
bałem się niczego. Wiedziałem, że nitka zerwie się po gwałtownym
pociągnięciu. Pochyliłem się mocno, szarpnąłem. Poczułem
ogromny ból. Zrobiło mi się ciemno w oczach, mokro w gaciach.
To już koniec, pomyślałem. Byłem pewien, że się powiesiłem. Zastanawiałem
się tylko, dlaczego boli mnie dupa a nie szyja.
Powinno być odwrotnie. Postanowiłem walczyć o życie. Chciałem
koniecznie żyć.
Ogromną siłą woli otworzyłem oczy. Za mną stał ojciec
z paskiem w dłoni.
Ból siedzenia był tak duży, że zacząłem biegać w koło stołu. Nie
wiem ile kółek zrobiłem.
Pamiętam łzy, które leciały mi z oczu i słowa ojca:
-SYNU, NIE RÓB TEGO WIĘCEJ!!!
Zapamiętałem te słowa. Więcej głupich doświadczeń nie robię.
Czy wracam do tego zdarzenia w rozmowie z ojcem?
Kiedyś tak, śmialiśmy się z tego wiele razy. Mówił, że
w uderzenie paskiem włożył wszystkie siły. Dzisiaj nie rozmawiamy
w ogóle. Ojciec nie żyje od kilku lat.
Powiesił się na sznurze zrobionym ze słomy.

NIEDOSZŁY



Około 23 telefon dyżurnego:
Jedź do szpitala, mają tam trampolinowego skoczka. Z mostu
drogowego skoczył do Odry jakiś gnojek. Pogadaj z nim. Może ktoś
go wypchnął, zmusił do skoku. Nigdy nic nie wiadomo.
Panikujesz. Lato jest, chciał sobie popływać mówię. Radiowóz
czekał Trasa z komendy do szpitala to trzy minuty jazdy. Witam
się z lekarzem, który mówi, że nie może z (jak to określił) pacjentem
nawiązać kontaktu. Pytam w którym pokoju pacjent leży. Okazało
się, że leży w izolatce czyli na korytarzu.
W tamtych czasach korytarz to najbardziej popularna izolatka.
Szukam wzrokiem…
Jest. Leży z zamkniętymi oczami, ręka spoczywa na czole,
policzki rumiane czyli krążenie jest. W końcu człowiek szkolił się
z udzielania pierwszej pomocy i potrafi rozpoznać czy pacjent żyje
czy odpłynął. Ten zakończył pływanie. Odpoczywał.
Siadłem na taborecie, spojrzałem na chłopaka.
Cześć. Zdjął rękę z czoła, spojrzał:
Cześć- odpowiedział.
Nie widział lekarza stojącego za nim, który zaczął się śmiać.
Widocznie cieszył się, że nawiązano z pacjentem kontakt. Zaraz też
poszedł do siebie.
Co ty odpierdalasz ? -pytam.
Teraz pacjent zaczął się śmiać. Nooo, pomyślałem, skoro jest tak
wesoło to wszystko pójdzie dobrze.
Co się stało, dlaczego pływałeś w ubraniu? — pytam.
Dziewczyna mnie rzuciła. Nie mogłem sobie z tym poradzić.
Miałem wszystkiego dość. Skoczyłem odpowiedział załamany.
Wiesz co? Miała rację, że cię pogoniła. Ty się nawet utopić
nie potrafisz. Takiego łamagę trzymać w domu to tragedia. Opowiadali
mi, kłamałem, jak szybko do brzegu płynąłeś. Szybciej kraulowałeś
niż z mostu leciałeś. Przestań z siebie nieszczęśnika robić.
Idź do domu, zmień ciuchy na suche i leć na jakiś five. Sobota jest,
grają. Dziewczyny chcą tańczyć, chłopaków poznawać a ty na korytarzu
szpitalnym leżysz i innym czas zajmujesz.
Chyba ma pan rację — stwierdza.
Nie chyba a na pewno. Spadaj i to już. Tylko lekarza przeproś
i pielęgniarkę, która przy tobie skakała. Jeszcze jedno. Nie chce cię
tutaj więcej widzieć. Jeżeli jeszcze raz odwalisz taki numer, utopie
w misce wody.Gdybym ja miał skakać do wody po każdej dziewczynie, która
mnie pogoniła, byłbym mistrzem olimpijskim w pływaniu. Wiesz
co? Cieszę się, że nim nie zostałem. Będziesz rozsądny, też się
będziesz cieszyć.
Proszę pana. Mogę zaprosić pana na lampkę wina?
Nie możesz. Mało się płynu nałykałeś? Uciekaj na zabawę.
Widuję chłopaka czasami. Teraz to dorosły mężczyzna. Ma bardzo
ładną żonę.
Udajemy, że się nie znamy.

PAMIĘTAM JAK


Pamiętam jak przyjmował się do pracy. Średniego wzrostu blondynek.
Cichy, spokojny, uśmiechnięty. Wyraził chęć pracy w SB, tam
miał zamiar zrobić karierę. Potrzebowali, więc przyjęli. Szybko znalazł
wspólny język z kolegami.
Do Legionowa, trzy letniej szkoły, pojechał po 5 miesiącach.
Pierwszą przepustkę otrzymał po miesiącu. Oczywiście, że odwiedził
kumpli. Była wódka, były śmiechy i było jedno, niepotrzebne
pytanie: — Jak żona radzi sobie bez ciebie?
Ktoś inny uśmiechnął się przy tym. Pozostali nie zwrócili
na to uwagi. Ot, pytanie zatroskanego. Nie było odpowiedzi.
Był błysk w oku. Po powrocie z balangi uderzył pierwszy raz.
Z każdym przyjazdem na przepustkę bił coraz mocniej i częściej.
Gdy był na trzecim roku, przyjechał na dwutygodniowe wakacje.
Cały czas siedział w domu. Nawet kolegów nie odwiedził.
Zadzwonił tylko, że urlop się skończył i wraca do Legionowa.
Następnego dnia przedzwonił na Milicję jego 13-letni syn.
Powiedział:
Mama nie żyje. Powiesiła się w piwnicym
Nie zostawiła żadnego listu. Nie chciała żyć więc odeszła.
Jak w życiu. Faktem jest, że syn mówił, że ojciec znęcał się nad
mamą, ale cóż tam kilkunastoletni gówniarz może wiedzieć
o życiu. Nie byłem na pogrzebie.
Z tego co wiem, wdowiec bardzo rozpaczał. Po załatwieniu
spraw rodzinnych wyjechał do Legionowa. Po trzech miesiącach
powiadomiono go, że w miejscu gdzie znaleziono zwłoki żony,
powiesił się 13-letni syn. Przyczyny nie ustalono. Był to okres przełomu,
weryfikacji w służbach mundurowych i wycinania niewygodnych.
Jego wycięto.
 Nie widuję go. Podobno wyjechał do Niemiec i tam założył rodzinę. Nie
ma się co dziwić, był kawalerem, bez zobowiązań.


LUCYFER



Słonecznie, cieplutko a ja mam dyżur. Pierwszy, samodzielny
dyżur. W każdym razie, jeden z pierwszych. Bałem się, a co? Nie wiedziałem
co się przytrafi, czy dam radę, czy nie będzie plamy… takie
tam wątpliwości. Nie czekałem długo.
Jedź pod kolegiatę. Facet i kilka bab trzymają jakiegoś bandytę.
Zobacz co się stało.
Na miejscu byli chłopaki z ZOMO, z wojewódzkiego miasta.
Nudzili się więc pojechaliśmy razem ich Nyską tzw "suką”. Kierowca,
trzech niebieskich i ja cywil. Oni żartowali a we mnie pełno emocji.
Kolegiata dzisiaj, to przepiękna budowla, teren zagospodarowany.
Wówczas ruina, pełno gruzów, trochę zieleni. Na miejscu kilkanaście
bab otaczających zawianego, zakrwawionego, szarpiącego się
i wykrzykującego coś 40-latka. Do pomocy gość z cegłą w dłoni.
Obok babinka w długiej sukni, chustce na głowie, sierpem
w prawej dłoni i workiem pełnym zieleniny. Wszyscy krzyczą, tylko
babinka spokojna.
Najgłośniej krzyczał zawiany. Darł mordę:- LUCYFER...
LUCYFER — pokazując na babinkę.
Pytam rozhisteryzowanych kobiet co się stało. Jedna przez
drugą krzyczy, że gość, którego trzymają, napadł na babinkę,
dusił ją, usiłował zgwałcić. D-ca zomowców podejmuje decyzję
mówiąc do kobiet: -Dobra, trzymajcie tego s...syna, ja pogadam
z poszkodowaną-
To był pierwszy szok jaki przeżyłem w organach.
Nie, nie, ty pilnuj gościa ja porozmawiam- mówię.
Balem się, że babci krzywdę zrobi. Podchodzę do babinki a ona
gdzieś odleciała...myśli.
Pytam nieśmiało co się stało. A ona nic tylko:
-Panie, dok..wy nędzy, mnie??? Naprawdę mnie???
Uśmiecha się przy tym. Pytam o zdarzenie. Mówi, że przyszła po zieleninę
dla królików. Kosząc zauważyła pijanego faceta biegnącego w jej kierunku
Krzyczał: LUCYFER...LUCYFER… Zanim się zorientowała, facet
rzucił się na nią. Nie straciła głowy, zaczęła się bronić. Cięła sierpem
na lewo i prawo. Całe zdarzenie widziało kilka kobiet, które ruszyły
babince na pomoc. W sprawę zaangażował się facet z cegłą. Napastnik
nie miał żadnych szans. Już wiedziałem co się stało, ale nie chcę
nic sugerować.
Jest pani przekonana, że chciał panią zgwałcić, żąda pani ścigania
sprawcy? — pytam.
Daj pan spokój - mówi uśmiechnięta - niech idzie do domu.
Dostał dobrą szkolę i to mu wystarczy. Dalej nie wierzę, NAPRAWDĘ
MNIE???
Nie mogłem zostawić zawianego na miejscu i jechać do komendy.
Musiał zniknąć z oczu pilnujących go kobiet. Postanowiłem, że
pojedzie do izby wytrzeźwień. Tam dojdzie do siebie i wróci do społeczeństwa.
W Nysce zaczął fikać. Miał pretensje, że jego bierzemy
a Lucyfera zostawiamy. Zaczął nam ubliżać. Mnie to nie wzruszało,
ale nie byłem sam.
Jechało ze mną trzech wrażliwych chłopaków. Jeden z nich nie
wytrzymał. Strzelił błyskawicznie z pięści. Zawiany opuścił głowę,
podniósł do góry, był cały zakrwawiony. To był szok numer dwa.
Ale my nie o tym. Sprawa wyglądała tak: Ponad 70-letnia kobieta
w długiej sukni, chuście na głowie, sierpem w prawej dłoni
i workiem w lewej, poszła po zieleninę.
Obok przechodził pijany facet. W pijanym widzie zobaczył
LUCYFERA. Postanowił zbawić świat.
Zbawił. W nierównej walce naruszono mu przednie zęby, pocięto
sierpem, pozwolono wyspać w „hotelowych” warunkach. Babinka
też była zadowolona


BONY PKO


Starsi na pewno pamiętają bony PKO. Młodszych poinformuję, ze
były to takie nasze dolary. W sklepach PEWEX można było za nie
kupić wszelkiego rodzaju frukta, których na wolnym rynku nie było.
Np ocet, dobre papierosy czy rajtuzy nylonowe,
które się nie przecierały, nie puszczały oczek i nie trzeba było
do nich gumek do weków. Można też było kupić samochód, który
z kilkukrotną „przebitką” można było sprzedać chętnemu. Nie wszyscy
sprzedawali. Większość cieszyła się cackami, które dla innych
były niedostępne.
Telefon z L.
Natychmiast przeszukać mieszkanie takiego i takiego gościa,
który dwa dni wstecz w tamtejszym Pewexie płacił fałszywymi
bonami. Fałszywe bony ujawnił bank.
Mieli szczęście bo kasjerka Pewexu spisała dane personalne
kupującego. Spisała, bo ten robił jakiś większy zakup (0 ile mnie
pamięć nie myli, wydał wówczas około 100 fałszywych bonów).
Przeszukanie było dokładne. Zachodziło podejrzenie, że fałszywek
może być znacznie więcej. Było około 1100szt, (potwierdził
to później NBP) z tym, że nie zostały znalezione tylko facet wydał
dobrowolnie. Przy przeszukaniu obecna była żona właściciela fałszywek.
Nic nie mówiła, nie wnosiła zastrzeżeń co do sposobu przeszukania.
Po załatwieniu sprawy pojechaliśmy do Komendy. Tam, po
dłuższej rozmowie i ustaleniu co gdzie, od kogo, ile i za ile facet
poszedł do domu. Oczywiście o wszystkim powiadomiliśmy Komendę
w L. Nie mieli uwag. Następnego dnia, około 9, do mojego szefa
przyszła żona właściciela fałszywek. Powiedziała, że po powrocie
do domu, mąż wypił herbatę i poszedł do swojego zakładu.
Szewcem był. Powiedział, że na następny dzień musi wykonać
kilka napraw. Nie było go długo więc poszła do niego. Nie żył.
Powiesił się na klamce od drzwi. Nie mógł przeboleć straty bonów.
Oszczędzał kilka lat. Marzył o „Wartburgu”. Cieszył się, że jest tak
blisko…


NAZYWAM SIĘ BOND. DŻEJMS BOND


Coś mnie wzięło i poszedłem na cmentarz. Chciałem wspomnieć
tych, których znałem a których już nie ma. Zobaczyć, kto
odszedł a ja o tym nie wiem.
Naszła mnie taka chwila i nic na to nie poradzę. Miałem dużo
czasu, więc łaziłem.
Nie wiem jak jest teraz, ale dawniej, tych co samowolnie odeszli,
chowali na uboczu. Nie wszystkich, fakt, ale najczęściej. Zawędrowałem
na takie „ubocze”
Tak po prostu, nie spodziewając się niczego szczególnego.
W pewnym momencie zrobiło mi się gorąco. Niemożliwe, ONA???
Zameldował się w hotelu gdzie była recepcjonistką. Zauroczył
ją swoim spojrzeniem, uśmiechem, eleganckim garniturem, butami
na wysoki połysk. Ręce jej się trzęsły, gdy spisywała jego dane personalne.
Głos, gdy rozmawiała. Był na tyle bystry,
że zauważył jej zakłopotanie. Zapłacił za dwie doby. Wziął klucz
do pokoju, uśmiechnął się, spojrzał na nią i zapytał czy jutro też
będzie Odpowiedziała twierdząco. W takim razie jesteśmy umówieni
powiedział z uśmiechem. Poszedł spać.
Następnego dnia przyszła specjalnie dla niego. Poprosiła
o zastępstwo koleżankę, więc wieczór miała wolny. Oczywiście on
o tym nie wiedział. Jeszcze by sobie coś pomyślał. Nie miała pewności
czy przyjdzie, ale kręciła się przy recepcji. Przyszedł
po kilku minutach. Ucieszył się, gdy ją zobaczył. Widać było, że
jest w siódmym niebie.
Ona była trochę wyżej lecz nie okazywała emocji. Podobno
to taka kobieca gra. Do hotelowej restauracji poszli na kawę. Poprosił
aby opowiedziała o sobie.
Nie miała nic specjalnego do powiedzenia. Ot, szara myszka
mieszkająca na obrzeżach miasta, szukająca miłości. On nie powiedział
o sobie nic. Prosił o wyrozumiałość.
Nie naciskała. Nie, to nie, bez łaski. Do domu wróciła taksówką,
za którą płaciła swoją kasą. On nie mógł odwieźć gdyż miał sprawę
do załatwienia. Zresztą ta sprawa była powodem, że skrócili spotkanie.
Następnego dnia spotkali się ponownie. Powiedział ze smutkiem,
że musi pilnie wyjechać, że centrala zleciła kolejne zadanie
do wykonania. Jaka centrala, co ty mówisz? — zapytała z niepokojem.
Pocałował ją w dłoń. i powiedział -Widzę i wiem, że mogę
tobie zaufać. Proszę tylko o zachowanie tej rozmowy w największej
tajemnicy- Obiecała, przerażona, że nikt się nie dowie.
No i powiedział…,że jest tajnym agentem, że wykonuje tajne
zadania dla ministerstwa i takie tam ceregiele. Słuchała z podziwem,
przerażeniem, dumą
Już wówczas zaczęła się o niego bać. Nie muszę dodawać,
że wieczór skończyli w łóżku. Nie wiem czy wówczas poczęli czy
w późniejszym okresie, ale łóżko zaliczyli.
Następnego dnia wyjechał w misji tajnej na, jak obliczył, miesiąc
czasu. Wrócił po dwóch dniach. Szybko i w tajemnicy powiedział,
że nie może nocować w hotelu bo go szukają. Pytał czy zna
jakieś miejsce, gdzie mógłby się skryć. Zaproponowała swoje mieszkanie.
To nic, że mieszkała z rodzicami, mieszkanie
było duże. Pojechali taksówką. Oczywiście ona płaciła, bo
jemu centrala nie przysłała jeszcze wypłaty. Miał z tym, jak mówił,
zawsze problem. W domu przedstawiła go jako swojego narzeczonego.
Tak uzgodnili wcześniej. Przyszłej teściowej bardzo się
spodobał. Przyszły teść też nie narzekał. Wyciągnął flaszkę, rozpili.
Potem drugą i też rozpili i poszli spać. Przez pierwsze dwa
tygodnie, przyszły zięć nigdzie nie wychodził. Dobrze żarł, dobrze
spał i opiekował się przyszłą żoną. Po tygodniu, niby przez pomyłkę,
co jakiś czas zwracał się do przyszłej teściowej per „mamusiu”.
Rumienił się przy tym jak dziewczynka. Kobieta była szczęśliwa
jak nigdy.
Po pierwszym, dwutygodniowym locie godowym, wyszedł po
pieniądze. Uznał, że centrala na pewno kasę przysłała. Wrócił po
trzech tygodniach. Wrócił goły i bosy. -Wszystkiemu winna centrala - powiedział.
Bliższych informacji nie mógł zdradzić.
Uwierzyła. Dalej żarł, spał i kochał się z przyszłą zoną. Sielanka
trwała około czterech miesięcy. Centrala kasy nie przysyłała ale
realizacji niebezpiecznych zadań wymagała.
Znikał więc, co jakiś czas, na dwa, trzy dni, tydzień. Wszystko
zależało od powagi zadania. Martwiła się o niego bardzo. Bała się
okropnie, że może coś mu się stać.
Ale on był dzielny. Zawsze wracał zwycięski. Bez pieniędzy,
zmęczony, ale wracał i to było najważniejsze. Teść, przyszły, coraz
rzadziej przestał stawiać. Teściowa, przyszła,
coraz gorzej gotować. Tylko ona, zakochana do granic możliwości,
wierzyła. W końcu wyszedł po pieniądze ostatni raz. Czekała
miesiąc dwa, trzy… Nie doczekała się.
Zrozumiała, że została bezczelnie oszukana. Urodziła bliźniaki,
dwóch chłopców. O ojcu dzieci nie wiedziała nic. Czas bliźni rany.
Zajęła się dziećmi i one były dla niej najważniejsze. O Bondzie
starała się nie myśleć. Zbyt mocną ją to raniło. Gdy chłopcy mieli po
14 miesięcy, przyszła kartka. Od niego.
Napisał, że nie mógł się kontaktować, że był w innym kraju,
gdzie wykonywał ważne zadanie, że za kilka dni przyjedzie.
O chłopcach nie napisał nic. Chyba nie wiedział, że jest ojcem. Czytała
kartkę kilkanaście razy. Nie mogła uwierzyć, że tak ją traktuje.
Coś ją opętało. Chłopcy spali w łóżeczkach. Rodzice wyszli do miasta.
Zamknęła drzwi na klucz. Otworzyła wszystkie kurki gazu. Położyła
się na podłodze przy łóżku dzieci…
Do dzisiaj kurwicy dostaję, gdy o tym myślę. Nie mogę zrozumieć
dlaczego zabrała chłopców. Przecież nie byli winni jej
durnocie.
Minęło około 30 lat od tamtego zdarzenia. Grób istnieje. Ktoś
przychodzi, położy kwiaty, zapali znicz.
Zginęła tragicznie. Tak pisze.


OKNO


Cały internat Liceum Pedagogicznego szuka jednego z uczniów

klasy maturalnej.

Wczoraj wrócił z wakacji a dzisiaj, ani widu ani słychu. W końcu

jeden z umyślnych postanowił zajrzeć do WC mieszczącego się

w podwórzu. Niestety, drzwi były skutecznie zamknięte. Poprosił

drugiego ucznia aby podsadził go na wysokość okna. Niestety, było

zbyt wysoko. Załatwiono drabinę po której wszedł do góry.

Wszedł,

zobaczył co zobaczył. Wrzasnął i zeskoczył na dół. Przerażonym 

głosem powiedział: 

Wisi!

Zrobiło się zbiegowisko. Belfrada, kierownik internatu no

i uczniowie. Ciało pedagogiczne zastanawia się jak wejść do

wnętrza.

Udają, że nie wiedzą, są dwa wyjścia. Jedno to wyważyć drzwi.

Drugie, po drabinie, przez okno do środka, zeskok i od wewnątrz

je otworzyć. Wybierają drugą opcję. Jest jednak problem, nie ma

chętnego aby to wykonał. Najodważniejszy belfer, zapytał

nieśmiało

zebranych, czy jest wśród nich chętny do tej operacji. Zgłosił się

jeden uczeń, taki mały, a może najmniejszy z zebranych.

Szybko wszedł po drabinie. Jeszcze szybciej otworzył drzwi

i błyskawicznie wyszedł.

Nie muszę dodawać, że przez OKNO. Jak to zrobił, nie wiadomo.